Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Na pewno widziałeś model. Jest dość dokładny, biorąc pod uwagę, co widać przez wasze teleskopy. Oczywiście mało kto z Czterdziestu Tysięcy widział statek od zewnątrz; znają tylko wnętrze kuli, w której spędzają całe życie.
Mówił o sercu Daban Urnuda: szesnastu wydrążonych sferach o średnicy niespełna mili, skupionych wokół centralnie umieszczonej osi i obracających się wraz z nią w celu wytworzenia pseudograwitacji.
— O to właśnie pytam — odparłem. — Jak wygląda wasze dziesięciotysięczne laterryjskie społeczeństwo?
— W tej chwili jest podzielone między Opokę i Piedestał.
Opoka była opozycyjnym ruchem fthozyjskim.
— Ale w normalnych warunkach…
— Dopóki tu nie przybyliśmy i Piedestał z Opoką nie okopały się na swoich pozycjach, przypominało sympatyczne prowincjonalne miasteczko, w którym znajduje się uniwersytet albo inny ośrodek naukowy. Każda kula jest w połowie napełniona wodą. Na wodzie unoszą się łodzie mieszkalne. Na ich dachach uprawiamy nasze jedzenie… Ach, jak ja je dobrze pamiętam!
— Rozumiem, że każda rasa dysponuje czterema kulami?
— Teoretycznie tak, ale przemieszania nie da się całkowicie uniknąć. Kiedy statek nie przyspiesza, można otworzyć przejścia do sąsiednich kul i swobodnie się między nimi przemieszczać. W jednej z naszych laterryjskich kul mamy szkołę.
— Czyli macie też dzieci?
— Oczywiście, że mamy dzieci. I bardzo dbamy o ich porządne wychowanie. Edukacja jest dla nas wszystkim.
— Nam też by się przydała — mruknąłem. — Extramuros, znaczy.
Jules zamyślił się i wzruszył ramionami.
— Nie zrozum mnie źle, to nie jest jakaś utopijna idylla. Kształcimy młodzież nie z zamiłowania do szlachetnych idei, tylko po to, żeby przetrwać; żeby rejs Daban Urnuda mógł trwać. Dzieciaki z Urnuda, Tro, Laterre i Fthosa rywalizują o stanowiska w Dowództwie.
— Czy ta rywalizacja rozciąga się także na lingwistykę?
— Ależ naturalnie! Jestem aktywem strategicznym! Przenoszenie nas do nowych kosmosów i przeprowadzanie nowych Zstąpień jest rezon detr Dowództwa! A podczas Zstąpienia mało kto jest bardziej przydatny niż lingwista.
— Oczywiście. Wasze dziesięciotysięczne miasteczko jest dostatecznie duże, żebyście mogli się pobierać, czy co tam robicie…
— Pobieramy się. Wystarczająco duża część z nas zawiera związki małżeńskie i płodzi dzieci, żeby populacja utrzymywała się na stałym poziomie.
— A ty? Jesteś żonaty?
— Byłem.
A zatem znali także rozwody.
— Dzieci?
— Nie. Jeszcze nie. A teraz to już nigdy.
— Odwieziemy cię do domu — zapewniłem Julesa. — Może poznasz nową dziewczynę.
— Nie taką jak ona. — Skrzywił się i wzruszył ramionami. — Kiedy byliśmy z Lise razem, zawsze mówiłem jej takie rzeczy, czułe błahostki: „Nie ma drugiej takiej jak ty, najdroższa”. — Pociągnął nosem i spuścił wzrok. — Oczywiście nieszczerze.
— Oczywiście.
— Ale jej śmierć uświadomiła mi z absolutną jasnością, jaka jest prawda: nie ma drugiej takiej jak ona. W społeczeństwie liczącym dziesięć tysięcy ludzi, na zawsze odciętym od macierzystego kosmosu… Ras, ja je wszystkie znam, wszystkie kobiety w moim wieku. I nie mam cienia wątpliwości, że w tym kosmosie nie ma drugiej takiej kobiety jak moja Lise.
Łzy strumieniami spływały mu po policzkach.
— Strasznie mi przykro… Czuję się jak idiota. Nie wiedziałem, że twoja żona nie żyje.
— Nie żyje. Widziałem jej ciało… jej twarz… Cały konwoks je widział.
— Na boga! — Nie miałem zwyczaju zaklinać się na bóstwa, ale nic innego równie mocnego nie przyszło mi do głowy. — Ta kobieta w ładowniku w Orithenie…
— To była moja Lise — powiedział Jules Verne Durand. — Moja żona. Sammannowi już powiedziałem.
I kompletnie się rozkleił.
Siedzieliśmy w zaciemnionej celi, rozjaśnianej symulowanym światłem słońca, odbitym od symulowanej Arbre i symulowanego księżyca. Symulowane postaci w kombinezonach szybowały bezgłośnie wokół nas. Jules skulił się i szlochał.
Przypomniałem sobie nasze rozmowy z messalanu — o tym, że możemy wchodzić w proste fizyczne interakcje z Geometrami, nawet jeśli oddziaływanie na poziomie biologicznym nie wchodzi w grę. Podszedłem do Laterryjczyka, objąłem go i przytulałem, dopóki nie przestał płakać.
— Powiedział mi — poinformowałem później Sammanna.
Od razu się zorientował, o kim i o czym mówię. Spuścił wzrok i pokręcił głową.
— Co z nim?
— Już lepiej… Powiedział coś dobrego.
— To znaczy?
— Ja dotknąłem Orola. Orolo dotknął Lise, oddał za nią życie. Kiedy z kolei dotknąłem Julesa, to tak jakby…
— Zamknąłeś krąg.
— No właśnie. Opowiedziałem mu, jak przygotowaliśmy ciało do pogrzebu, jak wyraziliśmy jej swój szacunek. Chyba chciał to usłyszeć.
— Powiedział mi w aeroplanie. Prosił, żebym nikomu nie mówił.
— Masz kogoś takiego, Sammann? — zapytałem. Spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu, ale nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
Parsknął śmiechem i pokręcił głową.
— Kogoś takiego? Nie. Nie takiego. Miałem parę dziewczyn, poza tym mam rodzinę. Dla itów rodzina… no… jest ważna… — Niezręcznie zawiesił głos. Kontrast z deklarantami był oczywisty.
— Skoro już zeszliśmy na takie tematy… pomógłbyś mi domknąć jeszcze jeden krąg?
Wzruszył ramionami.
— Chętnie spróbuję. Czego potrzebujesz?
— Prosiłem cię niedawno, żebyś przekazał Ali wiadomość. Zanim wystartowaliśmy, pamiętasz? Trochę się czułem onieśmielony…
— Martwił cię brak prywatności. Ja to rozumiem.
— Wysłałbyś jej coś jeszcze?
— Pewnie. Ale z tym brakiem prywatności nic się nie zmieniło.
Roześmiałem się — tak jakby.
— Domyślam się. Ale w tej sytuacji jakoś to przeżyję.
— W porządku. Co mam jej napisać?
— Że jeśli dostanę czwarte życie, chcę je spędzić z nią.
— No, no… — Oczy mu się zaszkliły, jakbym go spoliczkował. — Wpiszę to szybko, zanim się rozmyślisz.
— Odtąd możemy już tylko posuwać się naprzód. Nie będzie żadnego rozmyślania się.
Sztabowanie: Określenie zaczerpnięte z żargonu wojskowego, oznaczające zbombardowanie z orbity obiektu znajdującego się zazwyczaj na powierzchni planety sztabą wykonaną z jakiegoś ciężkiego materiału. Sztaba nie ma żadnych ruchomych części, nie przenosi również ładunku wybuchowego, a jej niszczycielski potencjał wynika z ogromnej prędkości, z jaką uderza w cel.