Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 201 202 203 204 205 206 207 208 209 ... 253
Перейти на страницу:

Jesry pokiwał głową.

— A teraz jest ich szesnaście.

— Ale nas jest tylko jedenaścioro! — zawołał z głośnika Arsibalt.

Zdążyliśmy o nim zapomnieć. Pajęczą łapą namacał zatrzask osłony, zwolnił ją i odsłonił ekranik. Zobaczyliśmy komicznie powiększoną znajomą twarz z wytrzeszczonymi oczami.

— W rzeczy samej — przytaknął Jesry.

— Pomyślałem, że to będzie oczywiste, ale widzę, że muszę to powiedzieć wprost — odezwał się Lio. — Nie wolno nam tego spieprzyć. Z kombinezonami rzecz ma się podobnie jak z wyrzutniami: tajemnica wojskowa. Wydaje się niemożliwe, żeby Piedestał, który prawie całą wiedzę na temat Arbre czerpie z uciekających w kosmos przekazów popkulturowych, wiedział o istnieniu wyrzutni, zwłaszcza że są słabo widoczne z góry. Kiedy jednak wystrzelimy pierwszy pocisk, instrumenty Geometrów natychmiast namierzą jego ślad cieplny i tajemnica przestanie być tajemnicą. Dlatego albo wystrzelimy je wszystkie naraz, albo nie wystrzelimy ich wcale. Pocisków jest dwieście; wszystkie zostaną wystrzelone w dziesięciominutowym oknie startowym, które otworzy się za trzy dni. W jedenastu z nich będą zainstalowane manifiki wiozące członków tej komórki. Niektóre zabiorą niezbędne zapasy i sprzęt.

— A reszta? — zapytał Sammann.

Lio nic nie powiedział, ale zerknął w moją stronę. Obaj pomyśleliśmy o megazabójcach.

— Wabiki i zasłona antyradarowa — odparł w końcu.

— Co mamy zrobić, jak już będziemy na górze? — spytał Arsibalt.

— Z elementów dostarczonych w innych kapsułach zbudować platformę odrzutową, bo pojazdem to bym jej nie nazwał, która ma nas wynieść na nową orbitę i na kurs zbieżny z Daban Urnudem.

— Tego się domyślaliśmy — powiedział Jesry. — Fraa Arsibalt pyta…

Fraa Ossa wystąpił naprzód, zerkając na Lio w taki sposób, jakby pytał: Mogę? Rzadko zabierał głos, więc teraz wszyscy ustawiliśmy się w taki sposób, żeby go widzieć i słyszeć.

— Największą trudność sprawi wam nie wykonanie wyznaczonych zadań, lecz niepewność i upokorzenie wynikające z nieznajomości całości planu. Te emocje mogą wam przeszkadzać, dlatego musicie już teraz zdecydować, czy angażujecie się w tę sprawę ze świadomością, że całego planu możecie nigdy nie poznać (i że kiedy go poznacie, może się okazać niedoskonały), czy wycofujecie się i oddajecie przeznaczony dla was kombinezon komuś innemu.

Fraa Ossa wrócił na swoje miejsce w szeregu, a my przez minutę próbowaliśmy zdecydować — jeśli można w ten sposób określić to, co działo się w naszych głowach. Nie czułem żadnych emocji związanych zazwyczaj z dokonywaniem wyborów; przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym się odłączyć od ekipy. Nie było mowy o żadnym decydowaniu i fraa Ossa, który przez całe życie przygotowywał się do takich sytuacji, z pewnością o tym wiedział. Nie prosił nas wcale o podjęcie decyzji, tylko dawał — w miarę dyplomatycznie — do zrozumienia, że powinniśmy przestać paplać i skoncentrować się na tym, co naprawdę ważne.

I tym się właśnie zajmowaliśmy po osiemnaście godzin dziennie, dopóki nie przyjechała ciężarówka i nie zabrała nas na lotnisko. Przypadkowy obserwator mógłby pomyśleć, że tylko połowę tego czasu przeznaczaliśmy na pracę, a drugą połowę zajmowały nam gry wideo. Trzy przylegające do dziedzińca cele zostały wyposażone w syntakty podłączone do ogromnych, rozpiętych na wszystkich czterech ścianach ekranów. Na środku każdej celi stało krzesło z przyczepionymi rękawami od kombinezonu. Na zmianę siadaliśmy na krzesłach, wsuwaliśmy ręce w głąb rękawów i uczyliśmy się rozpoznawać przyciski i przełączniki. Na ekranach wyświetlały się widoki, jakich mogliśmy się spodziewać na niskiej orbicie Arbre, włącznie ze wskazaniami przyrządów, które, jak nas zapewniano, wbudowany w kombinezon syntakt miał automatycznie nakładać na obraz. Część przełączników w kikutach służyła do sterowania silnikami manifika, mającymi nam umożliwić poruszanie się i wykonywanie przewidzianych planem zadań. Pod lewą dłonią znajdowała się niewielka kulka, obracająca się swobodnie w małej kołysce; pod prawą grzybkowaty drążek poruszający się w cztery strony świata, a także w górę i w dół. Kulka pozwalała kierować obrotami kombinezonu, co było dosyć proste. Drążek sterował translacją, czyli przemieszczaniem się w przestrzeni (w odróżnieniu od obracania się w miejscu), i to już nie było takie łatwe. Przedmioty na orbicie zachowywały się inaczej, niż byliśmy do tego przyzwyczajeni. Dam tu prosty przykład: kiedy chciałem dogonić jakiś przedmiot znajdujący się na tej samej orbicie, instynkt kazał mi włączyć silniki i przyspieszyć, ale w ten sposób przenosiłem się na wyższą orbitę i mój przedmiot pożądania, zamiast przede mną, lądował pode mną. Nasze nawyki i wiedza na orbicie stawały się całkowicie bezużyteczne. Nawet ci z nas, którzy pod okiem Orola zgłębiali tajniki mechaniki planetarnej, byli bezradni i nie mieli innego wyjścia, jak po prostu nauczyć się grać w tę grę.

— To zwodnicze — powiedział Jules.

Siedzieliśmy razem w jednej z cel. Znając teoryczne podstawy gry, dosyć szybko zacząłem osiągać niezłe wyniki i przypadło mi w udziale nauczanie innych.

— Wydaje się, że lewa ręka ma ogromny wpływ na nasze położenie — mówił dalej Jules. Pokręcił kulką. Zamknąłem oczy i przełknąłem ślinę, kiedy obraz na ekranie (Arbre i wszystko inne na „orbicie” wokół nas) zawirował i przeskoczył gwałtownie. — Tymczasem sześć elementów wcale się nie zmienia.

Miał na myśli rząd sześciu liczb u dołu ekranu: tych samych sześciu liczb, o których zrobiłem kiedyś Barbowi wykład w kuchni obok refektarza.

— Oczywiście — przytaknąłem. — Możesz się kręcić, ile chcesz, ale nie zmienisz w ten sposób swoich elementów orbitalnych. A one są najważniejsze.

Sześciokierunkowy wskaźnik w lewym dolnym rogu zaczął pulsować: to Jules prawą ręką (którą nazywał dexterem) poruszył grzybkowatym drążkiem (który nazywał joystickiem). Sześć elementów zaczęło fluktuować, jeden zmienił kolor z zielonego na żółty.

— Oho! — powiedziałem. — Zepsułeś inklinację. Wypadłeś z płaszczyzny.

— Na dłuższą metę to chyba poważny błąd, ale na razie nie widać wielkiej różnicy.

— Rzeczywiście. Poczekaj, przewinę do przodu. Sam zobaczysz, co się stanie.

Trzymałem w rękach sterownik instruktorski, za pomocą którego przyspieszyłem teraz bieg czasu w symulacji i następne pół godziny skompresowałem do mniej więcej dziesięciu sekund. Inne satelity oddaliły się od nas tak bardzo, że straciliśmy je z oczu.

— Kiedy znajdziesz się tak daleko, że przestaniesz widzieć swoich partnerów albo odróżniać ich od wabików…

— Będę perdi — powiedział Jules beznamiętnie. — Możesz cofnąć?

— Naturalnie.

Cofnąłem do momentu, w którym przesadził z nachyleniem.

— Co by tu teraz…? Może tak spróbujemy? — mruknął i poruszył joystickiem. Inklinacja nieznacznie się pogorszyła, za to mimośród poleciał na łeb, na szyję, przez żółć do czerwieni. — Merd… Teraz już dwa z sześciu mam spaprane.

— Spróbuj odwrotnie — poradziłem.

Odpalił przeciwległy silnik: mimośród się poprawił, półoś większa się zepsuła.

— Wyrafinowana układanka — powiedział. — Dlaczego uparłem się studiować lingwistykę zamiast mechaniki nieba? Przez lingwistykę wpakowałem się w takie kłopoty, że teraz tylko fizyka może mnie uratować.

— Jak tam jest na górze? — zapytałem. Widząc, że narasta w nim frustracja, pomyślałem, że przerwa dobrze mu zrobi.

1 ... 201 202 203 204 205 206 207 208 209 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)