Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Nie mów mi, że się jej obawiasz — zadrwił Cauthon, uchylając się od odpowiedzi na jej pytania. Jakich odpowiedzi miałby jej udzielić? Wszystkie, które przychodziły mu do głowy, brzmiały szaleńczo. — Możesz sobie z nią poradzić prawie tak łatwo jak ja. Obiecuję, że nie pozwolę, aby ci zrobiła krzywdę.
— Egeanin nikogo się nie obawia, chłopcze — warknął Domon zaczepnym tonem. — Gdy nie zechce pójść, będziesz musiał sam nadskakiwać dziewczynie. Zostań nawet u niej na noc, jeśli chcesz.
Seanchanka nadal wpijała się wzrokiem w twarz Mata. Jeszcze przez chwilę patrzyła na niego z furią, potem zerknęła na Domona, a wtedy ramiona jej opadły. W końcu nieoczekiwanie wstała i szarpnęła swój płaszcz z kołka na ścianie.
— Ruszamy, Cauthon — rzuciła ostro. — Skoro trzeba coś zrobić, najlepiej od razu sprawę zakończyć i mieć ją z głowy.
Szybko wyskoczyła z wozu, a Mat pospiesznie podążył w jej ślady, starając się ją dogonić. Pomyślał, że może nie chciała zostać sam na sam z Domonem, choć myśl ta nie miała zbytniego sensu.
Wśród czarnej nocy przed pozbawionym okien purpurowym wozem jakiś cień skrył się głębiej w ciemności. Sierp księżyca wysunął się akurat zza chmur na tak długą chwilę, że Cauthon rozpoznał kwadratową szczękę Harnana.
— Wszędzie spokój, mój panie — oświadczył dowódca roty.
Mat kiwnął głową i wziął głęboki wdech, którym poruszył skrywaną w kieszeni skórzaną sakiewkę. Powietrze po deszczu było czyste i Cauthon nie wyczuł w nim nawet śladu zapachu koni. Tuon na pewno była zadowolona, że nie dociera do niej ani smród łajna, ani nieprzyjemny fetor ze zwierzęcych klatek. W wozach członków widowiska po lewej stronie panował identyczny mrok jak w przykrytych płótnem wozach towarowych po prawej. Nie było sensu czekać dłużej. Mat popchnął Egeanin, która zaczęła się wspinać po stopniach purpurowej siedziby Tuon.
W środku znajdowało się więcej osób, niż Mat przypuszczał. Na jednym z łóżek siedziała Setalle, haftując znów na tamborku, przy drugim końcu stała Selucia, obrzucając gniewnym spojrzeniem chustę, którą zazwyczaj obwiązywała sobie głowę, na innym łóżku przysiadł Noal, jawnie zatopiony w myślach, Tuon natomiast siedziała po turecku na podłodze i grała z Olverem w Węże i Lisy.
Kiedy Cauthon wszedł, chłopiec obrócił się do niego z uśmiechem tak szerokim, że niemal sięgającym od ucha do ucha.
— Noal opowiadał nam o Co’dansin, Macie — krzyknął. — To inna nazwa krainy zwanej Shara. Wiedziałeś, że Ayyadki tatuują sobie twarze? Właśnie tak nazywa się w Sharze kobiety, które potrafią przenosić Moc.
— Nie, nie wiedziałem — przyznał Cauthon, popatrując srogo na Noala. I tak źle, że Vanin i Czerwonoręcy uczyli Olvera swych paskudnych nałogów, nie wspominając o nawykach, którymi dzieciak zarażał się od Juilina i Thoma. Po co jeszcze Noal napełniał mu głowę zmyślonymi bzdurami?
Nagle starzec klepnął się w udo, zerwał się z miejsca i stanął prosto.
— Teraz sobie przypominam — oznajmił.
Po czym stary głupiec zaczął recytować:
To powiedziawszy, Noal — ów mężczyzna ze złamanym nosem — rozejrzał się wokół siebie, jakby dopiero teraz sobie uprzytomnił, że nie jest sam w wozie.
— Próbuję pamiętać tę strofkę. Stanowi część Proroctw Smoka.
— Bardzo interesujące, Noalu — szepnął Mat. Kolory zawirowały w jego głowie dokładnie w taki sam sposób, w jaki wirowały tamtego ranka, kiedy Aes Sedai owładnęła panika. Tym razem wprawdzie barwy zniknęły, zanim ułożyły się w konkretny obraz, jednakże Cauthon poczuł takie zimno, jakby przespał noc pod krzakiem. Ostatnią rzeczą na ziemi, jakiej potrzebował, było łączenie go z Proroctwami. — Może kiedyś wyrecytujesz nam cały tekst. Ale nie dzisiejszego wieczoru. Rozumiesz?
Tuon podniosła głowę i popatrzyła na niego przez zmrużone rzęsy. Przypominała lalkę z czarnej porcelany ubraną w zbyt dużą sukienkę. O Światłości, ależ ta dziewczyna miała długie rzęsy! Zignorowała Egeanin, wyraźnie udając, że druga kobieta w ogóle nie istnieje i po prawdzie Egeanin ze wszystkich sił starała się zniknąć, na przykład wtopić się w szafę wbudowaną w ściankę wozu. I najwidoczniej doskonale jej się to udawało.
— Nie musisz być niegrzeczny, Zabawko — mruknęła Tuon z typowym dla siebie powolnym „miodnym” cedzeniem. — Po prostu nie uczono go manier. Jest już wszakże późno, panie Charin. Olver powinien położyć się do łóżka. Może odprowadzisz go do jego namiotu? Zagramy ponownie innym razem, Olverze. Chciałbyś, żebym cię nauczyła grać w kamienie?
Chłopiec przytaknął z wielką ochotą, wiercąc się i nie mogąc usiedzieć w miejscu. Temu dzieciakowi podobało się wszystko, co dawało szansę posłania uśmiechu jakiejś kobiecie, nie mówiąc o możliwości wypowiedzenia słów, za które ktoś powinien natrzeć mu uszu. Jeśli Mat kiedykolwiek odkryje, który z „dobrych wujaszków” uczy Olvera tego wszystkiego... Teraz jednak chłopiec posłusznie zebrał pionki i ostrożnie zwinął pełniącą funkcję planszy szmatkę. Nie trzeba mu było drugi raz powtarzać polecenia. Zanim pozwolił się Noalowi wyprowadzić z wozu, wykonał nawet przyzwoity ukłon i kurtuazyjnie podziękował Wysokiej Lady. Cauthon pokiwał głową z aprobatą. Sam nauczył malca tego ukłonu, zazwyczaj jednak Olver przy okazji obrzucał ładną kobietę pożądliwym spojrzeniem.
— Masz powód, że mi przeszkadzasz, Zabawko? — spytała chłodnym tonem Tuon. — Jest późno i chciałam się już położyć.
Ukłonił się i dodał swój najlepszy uśmiech. Potrafił być dla niej uprzejmy, nawet jeżeli jej brakowało grzeczności.
— Chciałem jedynie sprawdzić, czy wszystko u ciebie w porządku. W tych wozach jeździ się bardzo niewygodnie. I wiem, że nie czujesz się dobrze w ubraniu, które dla ciebie znalazłem. Pomyślałem, że może poprawi ci humor coś takiego.
Wyłowił z kieszeni skórzaną sakiewkę i z rozmachem pokazał ją dziewczynie. Uważał, że kobietom podoba się rozmach.
Selucia napięła mięśnie i bystrzej spojrzała niebieskimi oczyma, jednak Tuon dała tylko lekki znak szczupłymi palcami i służąca o pełnym łonie natychmiast nad sobą zapanowała. Ogólnie rzecz ujmując, Cauthon lubił zadziorne kobiety, jeśli jednak Selucia przeszkodzi mu w jego zamierzeniach, ostro ją skarci. Zmusił się do utrzymania uśmiechu na twarzy, a nawet zdołał go nieco rozszerzyć.
Tuon obróciła sakiewkę w dłoniach kilka razy, po czym rozwiązała sznurki i wysypała sobie zawartość na kolana. Ciężki, złoty naszyjnik z rzeźbionymi bursztynami. Kosztowny przedmiot, robota Seanchan. Mat był dumny, że coś takiego znalazł. Cacko stanowiło własność pewnej akrobatki, a ta otrzymała je od seanchańskiego oficera, któremu przypadła do gustu, teraz wszakże, gdy oficer pozostał daleko za nimi, skłonna była sprzedać błyskotkę. Twierdziła, że nie pasuje do jej skóry, cokolwiek to znaczyło... Cauthon uśmiechnął się i czekał. Na widok klejnotów kobietom zawsze wszak miękną serca.
Nikt jednakże nie zareagował zgodnie z jego przewidywaniami. Tuon podniosła naszyjnik w obu rękach do oczu i studiowała go z taką uwagą, jak gdyby nigdy wcześniej niczego takiego nie widziała. Selucia wydęła wargi z szyderstwem. Setalle odłożyła robótkę na kolana i przyglądała się Matowi. Gdy potrząsnęła głową, zakołysały się wielkie złote koła, które nosiła w uszach.
Sekundę później Tuon niespodziewanie rzuciła naszyjnikiem w Selucię.