Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Rozstaje zmierzchu
Rozstaje zmierzchu - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Rozstaje zmierzchu

Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:

Rozstaje zmierzchu
1 ... 201 202 203 204 205 206 207 208 209 ... 236
Перейти на страницу:

Aes Sedai jeszcze nie zniknęły na dobre między wozami i namiotami, gdy ukazały się trzy kolejne, okryte płaszczami kobiece kształty i pospieszyły za tamtymi. Jedna z tych kobiet miała bystrzejszy wzrok, toteż zauważyła Mata, podniosła rękę i wskazała na niego, jej towarzyszki jednakże zatrzymały się zaledwie na moment, po czym popędziły naprzód. Cauthon zaczął przeklinać, lecz się powstrzymał. Wolał nie krzyczeć na Aes Sedai i sul’dam, nawet jeśli wychodziły poza siedzibę widowiska, choć mogły je tam przecież przyuważyć seanchańskie patrole. Postanowił jednak, że dowie się, które z nich postępują wbrew jego rozkazom i je pouczy. Nie myślał przy tym oczywiście o Tuon i Selucii.

— Zastanawiam się, czego szukają? — zadumał się stojący za nim Noal.

Mat drgnął, a pod wpływem tego ruchu strumyczek deszczówki spłynął mu pod kaptur i skapał w dół po szyi. Miał dość tego sękatego starca, który stale za nim chodził.

— Zamierzam się tego dowiedzieć — odparł szeptem, wygładzając płaszcz. Nie miał pojęcia, dlaczego przejmuje się w tej chwili okryciem. Płaszcz był mokry, wilgoć przesączyła się już nawet do lnianej koszuli.

Zastanowiło go, że gdy dotarł do brudnobiałego wozu w szare pasy, w którym sypiały Aes Sedai i sul’dam, Noala już przy nim nie było. Nieobecność starca wydawała mu się tym dziwniejsza, że Noal lubił wszędzie wtykać nos. Może uznał, że dość już przemókł i poszedł się schować przed ulewą. Pod wozem leżeli zawinięci w koce Blaeric i Fen, wyraźnie nie bacząc na deszcz czy błoto, jednakże Mat nie założyłby się, że któryś z nich śpi. I miał rację, ponieważ na odgłos jego kroków jeden z wartowników natychmiast usiadł. Cauthon nie wiedział, który to z nich, a mężczyzna się nie odezwał, jednakże Mat poczuł na sobie jego wzrok. Nie zawahał się wszakże i otworzył drzwi wozu, nie kłopocząc się pukaniem.

Wewnątrz tłoczyło się wszystkie sześć kobiet. Stały, w rękach nadal trzymając ociekające wodą płaszcze. Dwie lampy w zawieszonych na ścianach specjalnych przegubach dawały dobre światło, w pewnym sensie lepsze, niżby Cauthon sobie życzył. Kiedy wszedł, zwróciło się ku niemu sześć twarzy i cała szóstka kobiet posłała mu spojrzenia zarezerwowane dla mężczyzn, którzy stawiają stopy tam, gdzie nie powinni. Powietrze w wozie pachniało wilgotną wełną, atmosfera zaś zdawała się iskrzyć niczym po przejściu błyskawicy lub tuż przed jej pojawieniem. Deszcz bębnił o dach, gdzieś niedaleko uderzył grzmot, jednak medalion z godłem lisiego łba nie dawał obecnie żadnych znaków, jakby był jedynie zwyczajnym kawałkiem srebra. Może Blaeric i Fen bez przeszkód pozwolili Matowi wejść do środka, gdyż sądzili, że Aes Sedai pozbawią go tu głowy. A może po prostu woleli się trzymać z dala od całej sprawy. Każdy Strażnik był gotów umrzeć, jeśli jego Aes Sedai uznała taką śmierć za konieczną. Ale nie on, nie Mat Cauthon. Pchnął wciąż otwarte drzwi biodrem, zatrzaskując je. Jego ból pogłębił się jedynie odrobinę. Ostatnio na szczęście rzadziej mu się dawał we znaki.

Kiedy wypomniał siostrom ich zachowanie, Edesina zareagowała wściekle, odrzuciwszy czarne włosy, które spłynęły jej kaskadą na plecy.

— Jestem wdzięczna, że uratowałeś mnie z rąk Seanchan, panie Cauthon, i okażę ci swoją wdzięczność, wierz mi, istnieją jednak granice wdzięczności. Nie jestem twoją służącą i nie będziesz mi rozkazywał. We wsi nie spotkałyśmy ani jednego Seanchanina, a poza tym ukryłyśmy twarze. Nie musiałeś wysyłać po nas swoich... suk. — Gorącym spojrzeniem, którym obrzuciła trzy Seanchanki, mogłaby niemal usmażyć jajka. Edesinę drażniły dosłownie wszystkie osoby mówiące z seanchańskim akcentem. Potrzebowała towarzystwa kobiet przenoszących Moc, a sul’dam były pod ręką. Cauthon liczył na słynne opanowanie Aes Sedai, jako że nie chciał być świadkiem przemocy. Miał nadzieję, że sprawy nie zaszły już za daleko. Słyszał, że kiedyś Aes Sedai wybuchały niczym cudeńka Iluminatorów.

Na ciemnej twarzy Bethamin nie pojawił się żaden ślad trwogi. Podczas gdy Edesina mówiła, Bethamin skończyła otrząsać płaszcz i zawiesiła go na kołku, potem wygładziła sukienkę na biodrach. Dzisiejszego wieczoru nosiła wyblakłe, zielone halki. Skarżyła się, że ta eboudariańska część garderoby jest nieprzyzwoita i Mat przypuszczał, że teraz, kiedy oddalili się od wybrzeża, będzie musiał znaleźć jej coś innego. Miała całkiem ładne ciało, co widać było w bardzo długim, lecz wąskim dekolcie. Chociaż, jak na gust Cauthona, Bethamin przemawiała w sposób zbyt matczyny.

— Rzeczywiście ukrywały twarze, mój panie — wycedziła — i trzymały się razem. Nie zauważyłam nikogo podejrzanego. Ogólnie rzecz biorąc, zachowywały się bardzo dobrze.

Matka wychwalająca dzieci! Albo może treserka chwaląca psy.

Jasnowłosa Seta pokiwała głową na potwierdzenie słów tamtej.

„Tak, tak” — pomyślał Mat. „Zdecydowanie treserka psów”.

— Jeśli życzysz sobie, mój panie, mogą pozostawać związane — oświadczyła Renna przesadnie pochlebczym tonem. — Użyjemy po prostu a’dam. Naprawdę nie powinniśmy im ufać i dawać im zbyt dużo wolności.

Nawet mu się ukłoniła, choć na modłę Seanchan, czyli pochylając się ostro w prawo. Jej duże brązowe oczy wydawały się przepełnione nadzieją.

Teslyn straciła oddech i przycisnęła mokry płaszcz do piersi. Bez wątpienia nie przezwyciężyła jeszcze swego lęku przed sul’dam, w każdym razie wyglądała na zdenerwowaną. W tym momencie podeszła harda jak zawsze Joline. Z typowej dla Aes Sedai spokojnej twarzy jej oczy strzelały błyskawicami. Jak to się zresztą często zdarza w przypadku ładnych kobiet...

— Nie — odparł pospiesznie Mat. — Nie ma potrzeby. Najlepiej oddajcie mi te przedmioty, a ja się ich pozbędę. — O Światłości, po co w ogóle obarczał się tymi kobietami? Pomysł, który kiedyś wydawał się wspaniały, z obecnej perspektywy wyglądał kompletnie bezsensownie. — Musicie po prostu wszystkie zachować ostrożność. Dopiero oddaliliśmy się od Ebou Dar zaledwie o niecałe trzydzieści mil. Drogi są pełne cholernych Seanchan.

Posłał przepraszające spojrzenie trzem Seanchankom. Stały przecież mimo wszystko po jego stronie. Poniekąd. Nie miały dokąd pójść (z wyjątkiem Egeanin), doskonale też wiedziały, kto tutaj dysponuje funduszami. Brwi zaskoczonej Bethamin uniosły się i wygięły łukowato. Mat wiedział, że seanchańscy arystokraci nie przepraszają, nawet wzrokiem.

— Żołnierze Seanchan przeszli przez wieś wczoraj — powiedziała Teslyn. Jej illiański akcent zabrzmiał wyjątkowo wyraźnie. Joline przeniosła na nią błyszczące oczy, jednak Teslyn, nie zwracając na nią uwagi, obróciła się i zawiesiła płaszcz. — Rzeczywiście wypytywali mieszkańców o podróżujących obcych. A niektórzy narzekali, że wysyłają ich na północ. — Teslyn spojrzała przez ramię na sul’dam, po czym odwróciła do niej wzrok i wzięła głęboki wdech. — Wydaje się, że celem Powrotu jest wschód. Żołnierze mieli nadzieję, że Wiecznie Zwycięska Armia przed końcem wiosny sprezentuje swojej cesarzowej Illian. Miasto i całą resztę.

1 ... 201 202 203 204 205 206 207 208 209 ... 236
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)