Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Rozstaje zmierzchu
Rozstaje zmierzchu - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Rozstaje zmierzchu

Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:

Rozstaje zmierzchu
1 ... 202 203 204 205 206 207 208 209 210 ... 236
Перейти на страницу:

Z pozoru Aes Sedai, trafiwszy do Białej Wieży, zapominały o miejscu swego pochodzenia, jednak każdy Illiańczyk stolicę swego kraju zawsze nazywał „Miastem”.

— To dobrze — stwierdził w zadumie Cauthon, po części do siebie. Żołnierze przez cały czas mówili o zwrocie, z tego powodu do ostatniej minuty nie powierzali swoich planów każdemu konnemu. Na widok unoszących się cienkich brwi Teslyn dodał: — Oznacza to bowiem, że droga do Lugard będzie przeważnie pusta.

Teslyn kiwnęła mocno głową. Nie wyglądała na szczególnie zadowoloną. Powinności Aes Sedai i ich rzeczywiste działania często bardzo się od siebie różniły.

— Z nikim nie rozmawiałyśmy, mój panie, tylko obserwowałyśmy dziewczęta — powiedziała Bethamin jeszcze wolniej niż zwykle, a cedzone zdania wymawiane przez Seanchan zazwyczaj kojarzyły się Matowi z czynnością przelewania miodu w śnieżycę. Bethamin najwyraźniej miała najwięcej spośród sul’dam do powiedzenia, chociaż zanim podjęła wypowiedź, zerknęła na obie pozostałe. — W Ebou Dar wszystkie rozmowy w kwaterach sul’dam dotyczyły Illian. Żyzna ziemia i bogate Miasto, w którym wielu zdobędzie sławę. I bogactwo. — Ostatnie słowo dorzuciła niedbałym tonem. Jak gdyby majątek liczył się znacznie mniej od reputacji. — Powinnyśmy były się domyślić, że zechcesz wiedzieć o takich kwestiach. — Przy kolejnym potężnym wdechu o mało nie pękła na niej sukienka. — Jeśli masz jakieś pytania, mój panie, pytaj. Powiemy ci wszystko, co wiemy.

Renna wykonała jeszcze jeden ukłon. Jej mina wyrażała wyłącznie gorliwość.

— Mogłybyśmy także podsłuchać, o czym się mówi w miastach i wsiach, w których się zatrzymujemy, mój panie — dodała piskliwie Seta. — Dziewczęta potrafią być przebiegłe, nam wszakże możesz zaufać.

Dlaczego, kiedy kobiety oferują swą pomoc, zawsze dokonują tego w tak dziwny sposób? Rysy Joline ułożyły się w maskę lodowatej pogardy. Ta kobieta najwidoczniej nie zamierzała się zniżać do obserwacji Seanchanek. Po prostu dla niej nie istniały, co było jasno widać na pierwszy rzut oka. Stąd odbiorcą jej pogardliwych, mrożących krew w żyłach spojrzeń stał się on, cholerny Mat Cauthon. Edesina zacisnęła usta i patrzyła takim wzrokiem, jakby chciała nim przewiercić na wylot zarówno Mata, jak i sul’dam. Nawet Teslyn opanowała oburzenie. Również czuła wdzięczność za ratunek, lecz była przecież Aes Sedai. I ona spoglądała na Cauthona z marsową miną. Mat podejrzewał, że jeżeli któraś z sul’dam nagle klaśnie w dłonie, Teslyn podskoczy niczym przestraszona żaba.

— Chcę jedynie — wyjaśnił cierpliwie — żebyście wszystkie pozostały w pobliżu wozów. — Wobec kobiet należało wykazywać cierpliwość, także wobec Aes Sedai. Odkrył tę prawdę już dawno temu. — Wystarczy plotka, że wśród członków widowiska znajduje się choćby jedna siostra i zaczną na nas polować Seanchanie. A z kolei pogłoski o przebywających w wozach i namiotach widowiska Seanchankach też nam się w żaden sposób nie przysłużą. Każdą tego typu wiadomość prędzej czy później przyjdzie ktoś sprawdzić i nagle nasza sytuacja zrobi się trudna i nieprzyjemna. Nie afiszujcie się więc, tylko tego żądam! Do czasu aż zbliżymy się do Lugard, nie oddalajcie się od wozów. Nie proszę chyba o zbyt wiele, prawda?

Widok za oknem wozu rozświetliła nagle błyskawica, gdzieś w pobliżu trzasnął też grzmot. Dźwięk przeciągnął się, odbijając się echem od ścian wozów.

Jak pokazały upływające dni, najwyraźniej Mat prosił jednak te kobiety o zbyt wiele. Na szczęście wychodzące poza teren obozowiska Aes Sedai skrywały twarze pod kapturami — wystarczająco je usprawiedliwiał stale padający deszcz oraz panujące zimno — jednak co jakiś czas któraś z nich upierała się przy jeździe na koźle, a żadna nie starała się szczególnie uchodzić za służącą pracowników widowiska. Na szczęście nie przyznawały się, kim są, nikomu nie rozkazywały, nie pomiatały innymi, z nikim nie rozmawiały, jedynie między sobą, jednakże... jaka służąca jawnie czeka, aż ludzie zejdą jej z drogi? Nadal wyprawiały się również do wiosek, a czasami nawet do miast, jeśli tylko miały pewność, że nie spotkają tam żadnych Seanchan. A kiedy Aes Sedai były czegoś pewne, nie mogły się mylić. Dwukrotnie pospiesznie wróciły, gdyż w mieście dostrzegły mnóstwo wędrujących na północ osadników.

Za każdym razem opowiadały mu o wszystkim, czego się dowiedziały podczas swoich wycieczek. To znaczy... Mat tak sądził. Teslyn okazywała mu wdzięczność, chociaż w typowy dla Aes Sedai sposób. Podobnie Edesina.

Wbrew dzielącym je różnicom Joline, Teslyn i Edesina trzymały się razem niczym stadko gęsi. Gdy Cauthon dostrzegał jedną, w pobliżu zawsze kręciły się dwie pozostałe. A ilekroć widział, jak wychodzą na przechadzkę, starannie okryte płaszczami i w głęboko nasuniętych na czoło kapturach, mógłby się założyć, że minutę później zauważy depczące im po piętach Bethamin, Rennę i Setę, które udawały swobodę, niemniej jednak ani na chwilę nie spuszczały wzroku z „dziewcząt”. Prawdziwe dwa odrębne stadka. Ślepiec wychwyciłby panujące między dwiema grupkami kobiet napięcie. I nawet ślepiec bez najmniejszych wątpliwości wiedziałby, że żadna z nich nie jest służącą. Sul’dam także rzucały wokół dumne, władcze spojrzenia, domagały się szacunku i poruszały niemal z równą arogancją co Aes Sedai. Mat jednak nie potrafił sobie z nimi poradzić.

Bethamin i jej dwie towarzyszki zachowywały ostrożność i unikały Seanchan, tym niemniej podążały tuż za Aes Sedai, wchodząc za nimi do wiosek czy miast. Bethamin zawsze przekazywała Cauthonowi ciekawe informacje, które we trzy podsłuchały, Renna uśmiechała się przymilnie, Seta zaś ćwierkała, że „dziewczęta” przegapiły to czy tamto, bądź też twierdziła, że niczego nie słyszała. Nigdy nie można być pewnym kobiety, która ma czelność nazywać siebie Aes Sedai. Wszystkie trzy sugerowały Matowi, że może powinien ponownie rozważyć wzięcie tamtych na smycz, choćby do czasu, póki sytuacja nie stanie się bezpieczniejsza.

W sumie opowieści tych trzech kobiet wcale tak bardzo nie różniły się od historii, które opowiadały Cauthonowi siostry. Jedne i drugie wspominały mu podsłuchane rozmowy mieszkańców na temat przemieszczających się przez miasto Seanchan. Wielu osadników zachowywało się nerwowo i mówiło o dzikich Aielach, którzy siali spustoszenie w Altarze, chociaż miejscowi zgodnie twierdzili, że Aielowie są raczej gdzieś dalej na północy. Chyba ważniejsi i wyżej postawieni myśleli jednak tak samo, ponieważ wielu osadników kierowało się na wschód, do Illian. Najwyraźniej zawarte zostało przymierze z kimś potężnym, kimś, kto mógłby dać Wysokiej Lady Suroth dostęp do licznych ziem. Seanchanki nie dawały się przekonać, że nie muszą słuchać pogłosek. Nigdy też nie przekazały Matowi a’dam. Po prawdzie, te srebrzyste smycze i trzy sul’dam stanowiły jedyny prawdziwy środek nacisku, jakiego mógłby użyć wobec Aes Sedai.

A wdzięczność? Wdzięczność ze strony Aes Sedai?! Ha! Nie, nie, tak naprawdę Cauthon ani przez chwilę nie myślał o ponownym nałożeniu siostrom metalowych kołnierzy. Nie chciał zmieniać obecnego stanu rzeczy.

Właściwie nie potrzebował informacji, które przekazywały mu sul’dam i Aes Sedai. Miał lepsze źródła, ludzi, którym ufał. No cóż, ufał Thomowi i wierzył w nowiny, które siwowłosy bard zdobywał podczas gry wraz z Olverem w Węże i Lisy. Albo gdy oddawał się marzeniom nad mocno pogniecionym listem, który nosił pod kaftanem na piersi. Thom potrafił wejść do głównej sali gospody, opowiedzieć historię, może trochę pożonglować, a po wyjściu znał myśli wszystkich swoich towarzyszy. Mat ufał także Juilinowi, który działał podobnie jak Thom, tyle że bez żonglerki czy opowieści, jednakże Juilin zawsze się upierał, by wszędzie zabierać z sobą Therę, skromnie trzymającą swego mężczyznę pod ramię podczas spacerku do miasta. Juilin twierdził, że próbuje swoją kobietę ponownie przyzwyczaić do wolności, ona zaś, słysząc te słowa, podnosiła na niego duże, połyskujące tajemniczo oczy i uśmiechała się pełnymi ustami, które niemal domagały się pocałunku. Czyżby, jak twierdzili Juilin i Thom, Thera rzeczywiście była kiedyś Panarch Tarabonu? Cauthon powoli zaczynał w to wątpić. Słyszał, jak niektórzy akrobaci żartowali sobie, że taraboniańska dziewczyna służebna używa sobie z taireniańskim łowcą złodziei, aż mężczyzna prawie nie może chodzić. Panarch czy służąca jednak, Thera wciąż usiłowała klękać, ilekroć usłyszała słowa wypowiadane z „cedzącym” akcentem. Matowi przeniknęło przez myśl, że każdy Seanchanin, który zada jej jakiekolwiek pytanie, dowie się od niej wszystkiego, co dziewczyna wie, poczynając od informacji na temat Juilina Sandara, a kończąc na lokalizacji wozu, w którym znajdowały się Aes Sedai. W dodatku wszystkich tych odpowiedzi Thera udzieli przedstawicielowi narodu najeźdźców, nie podnosząc się z kolan. Z tego też względu w opinii Cauthona kobieta Juilina stanowiła dla nich większe niebezpieczeństwo niż Aes Sedai i sul’dam razem wzięte. Sam Juilin wszakże obruszał się na najdrobniejszą nawet sugestię związaną z potencjalną nieodpowiedzialnością i niesolidnością Thery i natychmiast zaczynał wymachiwać swoją bambusową pałką z wyraźnym zamiarem roztrzaskania nią Matowi głowy. Nic nie można było poradzić na zaślepienie Tairenianina, na szczęście Cauthon znalazł przynajmniej tymczasowe rozwiązanie — coś w rodzaju ostrzeżenia na wypadek najgorszego.

1 ... 202 203 204 205 206 207 208 209 210 ... 236
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)