Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Nagle w wyściełany linami koniec przystani uderzył jeden z promów, z którego opuszczono trap. Po trapie zaś na kamienną drogę zaczął zjeżdżać purpurowy wóz. Na koźle siedziała Setalle z cuglami w dłoniach. Po jednej jej stronie tkwiła Selucia, zerkając spod kaptura płaszcza w kolorze wyblakłej czerwieni. Po drugiej stronie Setalle zaś siedziała Tuon owinięta w ciemny płaszcz, nie ukazujący ani cala jej ciała.
Mat odniósł wrażenie, że za moment oczy wyskoczą mu z orbit. Albo że łomoczące serce wyrwie mu się lada chwila z piersi. W głowie zagrzechotały mu znowu przetaczające się po stole wyobrażone kości do gry. Skojarzyły mu się z oczyma Czarnego, tak po prostu.
Nic nie mógł zrobić, jedynie podjechać do purpurowego wozu i ruszyć obok niego swobodnie, jakby jego życie było cudowne i łatwe. I tak się przemieszczali szeroką, główną ulicą, wśród krzykaczy reklamujących sklepy i straganiarzy sprzedających przedmioty na tacach. No i wśród seanchańskich żołnierzy, którzy teraz nie maszerowali w szeregu, lecz przypatrywali się z zainteresowaniem jaskrawo pomalowanym wozom. Cauthon jechał więc i tylko czekał, aż Tuon zacznie krzyczeć. Dała mu niby słowo, wiadomo jednak, że każdy więzień zrobi wszystko, co w jego mocy, jeśli tylko dostrzeże szansę na uwolnienie. Wystarczy, że dziewczyna podniesie głos i wezwie na pomoc tysiąc seanchańskich żołnierzy. Wyobrażone kości podskoczyły w głowie Mata i zawirowały. Jechał i czekał na oczy Czarnego.
Tuon wszakże nie powiedziała ani słowa. Zerkała jedynie spod krawędzi głębokiego kaptura — z ciekawością, lecz ostrożnie, gdyż nie tylko twarz przez cały czas miała schowaną, ale nawet ręce. Cała była spowita w ciemny płaszcz. A czasem lgnęła do Setalle niczym dziecko lękające się tłumu obcych i szukające ochrony u swej matki. Nie odezwała się aż do bram Coramenu, które minęli, po czym wytoczyli się na drogę i ruszyli ku podstawie wznoszącego się nad miastem pasma wzgórz, gdzie Luca ustawiał już wozy i przygotowywał się do przedstawienia. Wówczas właśnie Cauthon uprzytomnił sobie w sposób ostateczny, że nie ma dla niego ucieczki. Tuon zarzuciła już na niego haczyk i po prostu czekała na odpowiedni moment.
Tej nocy dopilnował, aby wszystkie Seanchanki i wszystkie Aes Sedai pozostały w wozach. Nikt wprawdzie nie widział wcześniej ani znanych mu sul’dam, ani damane, jednak Aes Sedai tym razem się z nim nie spierały. Tuon także się nie kłóciła. Tym niemniej wysunęła żądanie, po którym brwi Setalle uniosły jej się niemal do linii włosów. Dziewczyna wypowiedziała to żądanie z pozoru tonem prośby, przypominając jednak, że złożył jej kiedyś taką obietnicę, zresztą Mat znał różnicę między żądaniem i prośbą, szczególnie gdy padały z kobiecych ust. No cóż, mężczyzna musi ufać kobiecie, którą ma poślubić. Odparł zatem Tuon, że musi się nad sprawą zastanowić. Powiedział tak głównie po to, ażeby nie zaczęła sobie wyobrażać, iż może dostać od niego wszystko, czego zapragnie. Poświęcił na rozmyślania cały dzień, w którym Luca organizował pokaz. Dumał i pocił się też wieczorem, gdy sporo Seanchan przyszło popatrzeć na przedstawienie. Rozmyślał nawet później, kiedy wozy ruszyły na wschód, przez wzgórza, posuwając się jeszcze wolniej niż dotąd. Myślał i myślał, od początku wszakże wiedział, jaką musi dać odpowiedź.
Trzeciego dnia po opuszczeniu rzeki dotarli do miasta soli o nazwie Jurador, a wtedy Mat oświadczył dziewczynie, że się zgadza. Tuon uśmiechnęła się do niego i przetaczające się w jego głowie kości znieruchomiały. Czuł, że zapamięta ten moment na zawsze. Tuon się uśmiechnęła i właśnie wtedy kości się zatrzymały! Naprawdę miał ochotę się rozpłakać!
29
Coś migocze
— To szaleństwo — zagrzmiał Domon z miejsca, w którym stał z założonymi rękoma, jakby blokował wyjście z wozu.
Mężczyzna wojowniczo wysunął do przodu szczękę, podobnie brodę, której zarost nosił krótko przycięty, choć i tak dłuższy niż włosy na głowie. Przez moment poruszał rękoma, być może z zamiarem zaciśnięcia ich w pięści lub pochwycenia w nie czegoś. Domon był barczysty i wcale nie tak gruby, jak wyglądał na pierwszy rzut oka. Tak czy owak, Mat w miarę możliwości wolałby uniknąć zarówno zapasów z tym osobnikiem, jak i jego pięści.
Cauthon skończył zawiązywać wokół szyi ukrywający bliznę czarny, jedwabny szalik, po czym wetknął jego długie końce w kaftan. Niebezpieczeństwo, że w Juradorze znajduje się ktoś, kto słyszał o mężczyźnie, noszącym w Ebou Dar czarny szalik... No cóż, niebezpieczeństwo wydawało się niewielkie, nawet gdyby Mat nie brał pod uwagę swojego szczęścia. Oczywiście, musiał pamiętać o tym, że jest ta’veren, jeśli jednak przyjdzie mu stanąć twarzą w twarz z Suroth albo garstką służących z Pałacu Tarasin, najwyżej pozostanie w łóżku, przykrywając się kocem aż po same uszy. Czasem wystarczy zaufać szczęściu. Niestety, gdy zbudził się tego ranka, wyobrażone kości znów grzechotały mu w czaszce. Jeszcze w tej chwili czuł, że podskakują mu w głowie.
— Obiecałem — przypomniał.
Och, jak dobrze było wrócić do przyzwoitego ubrania.
Jego zielony kaftan uszyto z pięknej wełny. Był dobrze skrojony, sięgał mu niemal do kolan i zawiniętych cholew butów. Stroju nie przyozdobiono haftem — a szkoda — do mankietów przyszyto wszakże pasek koronki. Pod kaftanem Cauthon miał koszulę z dobrego jedwabiu. Żałował, że nie może się przejrzeć w lustrze. W takim dniu człowiek powinien wyglądać jak najlepiej. Podniósł z łóżka płaszcz i narzucił go sobie na ramiona. Płaszcz nie był barwny i nie mógł się równać ze strojami Luki. Ciemnoszary, prawie tak mroczny jak noc. Tylko podszewka była czerwona. Spinająca płaszcz szpilka, niewiele większa niż kciuk, miała postać prostych, srebrnych supłów.
— Ona dała słowo, Bayle — dodała Egeanin. — Zagwarantowała swoim słowem. Nigdy go nie złamie, nigdy!
Mówiła z absolutnym przekonaniem. Wydawała się w każdym razie bardziej przekonana niż Mat.
Bywają wszak sytuacje, w których trzeba zaryzykować. Nawet jeśli stawką było własne życie. Obiecał jej! No i miał swoje słynne szczęście!
— I tak uważam, że to szaleństwo — upierał się gderliwie Domon. Jednakże kiedy Mat nałożył na głowę czarny kapelusz z szerokim rondem, ruszył się niechętnie od drzwi. No cóż, usunął się w każdym razie, gdy Egeanin dała mu znak szybkim szarpnięciem głowy. Wciąż wszakże popatrywał wilkiem.
Egeanin wyszła za Cauthonem z wozu. Również miała nachmurzoną minę i mimowolnie dotykała palcami długiej, czarnej peruki. Może nadal czuła się w niej niepewnie, a może po prostu teraz, po miesiącu od ogolenia głowy, peruka nie przylegała jej już tak doskonale jak na początku, gdyż kobiecie nieco odrosły własne włosy. Choć nie były jeszcze na tyle długie, ażeby mogła chodzić z gołą głową. Będzie mogła odrzucić perukę, kiedy oddalą się od Ebou Dar przynajmniej o sto mil. A może poczują się bezpieczne dopiero po przekroczeniu Gór Damona i znalezieniu się w Murandy?
Niebo było bezchmurne, tyle że niewidoczne jeszcze za płócienną ścianą siedziby widowiska, słońce dopiero się wspinało nad horyzont, a poranek mógł się wydawać ciepły jedynie w porównaniu z zimowymi śnieżycami. Wokół nie panowała zatem rześkość typowa dla późnozimowego ranka w Dwu Rzekach, lecz raczej chłód, który męczył ludzi i zmieniał ich oddechy w lekką mgiełkę. Wykonawcy kręcili się po terenach niczym mrówki w rozkopanym przez kogoś mrowisku, wypełniając powietrze głośnymi wrzaskami; pytali, kto zabrał koła do żonglowania, pożyczył sobie parę spodni z czerwonego brokatu albo nieco przesunął platformę do występów. Otoczenie wyglądało (i brzmiało) jak na początku jakichś zamieszek, aczkolwiek w głosach członków widowiska nie było przecież wcale prawdziwego gniewu. Wszyscy wprawdzie stale coś wykrzykiwali i przez cały czas wymachiwali rękoma, nigdy wszakże nie posuwając się do agresji. Denerwowali się po prostu zbliżającym się przedstawieniem, ale zanim zjawią się goście, każdy z wykonawców znajdzie się już na swoim miejscu i będzie gotów do występu. Może ociągali się podczas pakowania przed wyjazdem, jednak występy oznaczały zarobek i myśl o pieniądzach wyraźnie wszystkich mobilizowała.