Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Rozstaje zmierzchu
Rozstaje zmierzchu - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Rozstaje zmierzchu

Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:

Rozstaje zmierzchu
1 ... 200 201 202 203 204 205 206 207 208 ... 236
Перейти на страницу:

Fergin złapał spojrzenie Mata i wycedził kolejne przekleństwo, gdyż młotek zsunął mu się akurat z kołka i mężczyzna uderzył się w kciuk. Upuścił młotek, włożył sobie kciuk do ust i, wciąż kucając, przez chwilę skarżył się przeraźliwie na paskudny los.

— Mój panie, mamy wszak całą noc spędzić na dworze, aby strzec tych kobiet. Nie moglibyśmy przynajmniej do rozstawienia namiotów wynająć paru spośród tych woźniców? Za moment wszyscy przemokniemy, a czeka nas jeszcze wiele godzin pracy.

Gorderan grubym palcem szturchnął go w ramię. Ten barczysty mężczyzna stanowił całkowite przeciwieństwo swego chudego towarzysza i wbrew szarym oczom był Tairenianinem.

— Woźnice rozstawią ci namiot, ale ukradną wszystko, co znajdą w pobliżu, Ferginie. — Kolejne szturchnięcie. — Chcesz, żeby jeden z tych osobników o lepkich łapach zwinął mi kuszę albo siodło? Mam dobre siodło, wierz mi. — Pod wpływem trzeciego szturchnięcia Fergin niemalże przewrócił się na bok. — Jeśli zaraz nie postawimy tego namiotu, Harnan rzeczywiście każe nam pełnić wartę przez całą noc.

Fergin popatrzył na niego wilkiem. Przez chwilę jeszcze gderał, tym niemniej podniósł młotek, równocześnie ścierając błoto z płaszcza. Mimo iż nie grzeszył bystrością, był naprawdę niezłym żołnierzem.

Vanin splunął przez szparę w zębach, o mało nie trafiając w garnek. Gulasz pachniał cudownie — szczególnie po wszystkim, co przyrządzała Latelle — Mat jednak zdecydował, że i tutaj się nie posili. Tłuścioch stukał przez chwilę w obrzeże garnka drewnianą łyżką, oczyszczając ją w ten sposób z przylgniętych drobin, wreszcie jednak podniósł na Cauthona oczy skryte częściowo pod ciężkimi powiekami. Okrągła twarz mężczyzny często wydawała się sugerować, że jej właściciel jest na wpół zaspany, jednak tylko głupiec uwierzyłby w te pozory.

— W tym tempie dotrzemy do Lugard pod koniec lata — mruknął. — O ile kiedykolwiek.

— Dotrzemy tam wcześniej, Vaninie — zapewnił go Mat z przekonaniem, którego wcale w tej chwili nie odczuwał. Szorstki wełniany płaszcz, który założył suchy kilka godzin temu, zamókł już w wielu miejscach i deszcz ściekał mu po plecach. A gdy po kręgosłupie spływa lodowata woda, trudno wierzyć w nadzieję na odmianę losu. — Zima zbliża się już ku końcowi. Wraz z nadejściem wiosny natychmiast przyspieszymy, wierz mi. Zobaczysz, że dojedziemy do Lugard w samym środku wiosny.

Tego również wcale nie był pewien. Pierwszego dnia przebyli nie więcej niż dwie ligi, w następne zaś rzadko im się udawało pokonać więcej niż dwie i pół. Przy Wielkiej Drodze Północnej niewiele znajdowało się miejscowości, które można by nazwać miastami. Zresztą, w miarę jazdy na północ, zmieniała się też nazwa samego traktu. Ludzie zaczęli go określać mianem „Drogi do Ebou Dar”, „Drogi ku Przystani”, a czasem po prostu nazywali ją „drogą”, jak gdyby istniała tylko jedna. Tak czy inaczej, Luca zatrzymywał się w każdej mieścinie, niezależnie od jej wielkości. Interesowały go zarówno otoczone murem miasta, jak i osady z sześcioma ulicami i brukowanym kwadratem, szumnie nazywanym miejskim placem. Blisko pół dnia zajmowały im wówczas przygotowania do pokazu, rozbijanie namiotów i rozwieszanie nad wejściem ogromnego błękitnego transparentu z czerwonym napisem: „Wielkie Wędrowne Widowisko Valana Luki”. Luca nie przepuszczał dosłownie żadnej okazji do zarobku, stale żywiąc nadzieję na przyciągnięcie tłumów. Interesowały go pieniądze, lecz lubił także sławę, więc zakładał jeden ze swoich jaskrawoczerwonych płaszczy i pławił się w podziwie widzów. Ludzki podziw cieszył go prawie równie mocno jak zarobek. Z naciskiem na „prawie”.

Osobliwość wykonawców i niezwykłość zamkniętych w klatkach zwierząt z dalekich stron rzeczywiście wystarczały, by zaciekawić mieszkańców. Szczególnie przyciągały ludzi egzotyczne zwierzęta. Niewielu spośród tutejszych kiedykolwiek uczestniczyło w wyprawach, które umożliwiłyby im zobaczenie na własne oczy dzikiego niedźwiedzia, nie mówiąc o lwie. Jedynie podczas straszliwej ulewy przychodziło na widowisko mniej widzów, zresztą kiedy deszcz mocno zacinał, żonglerzy czy akrobaci i tak odmawiali występu na otwartym terenie. W takich momentach Luca chodził ponury i podenerwowany, gadając szaleńczo o konieczności znalezienia wielkiej ilości nieprzemakalnego płótna, które pozwoliłoby na skonstruowanie dachu chroniącego pokazy. Wspominał nawet o nabyciu obszernego namiotu, w którym odbywałby się cały spektakl. Marzył mu się jeden ogromny namiot! Dla ambicji tego człowieka naprawdę nie istniały żadne granice! Może od razu powinien zdobyć sobie prawdziwy pałac na kółkach?!

Cauthon byłby wszakże niemal szczęśliwy, gdyby musiał się martwić jedynie Lucą i ślamazarnym tempem, w jakim przemieszczał się pokaz. Czasami bowiem mijały ich grupki posuwających się nieznacznie szybciej wozów seanchańskich osadników. Wozy cechowały się osobliwymi kształtami i spiczastymi dachami, a ludziom towarzyszyło bydło, owce i kozy o równie dziwacznym wyglądzie. Innymi razy wyprzedzały ich kolumny seanchańskich żołnierzy — szeregi żwawo maszerujących mężczyzn w hełmach przywodzących na myśl głowy ogromnych owadów oraz rzędy kawalerzystow w zbrojach z pomalowanymi w paski, nakładającymi się na siebie płytkami. Raz Mat dostrzegł jeźdźców na tormach — pokrytych brązowymi łuskami stworzeniach przypominających koty, lecz wielkości koni i posiadających troje oczu. W pewnej chwili około dwudziestki tych zwierząt przesunęło się niespodziewanie obok płynnym, posuwistym truchtem, szybszym niż koński kłus. Ani żołnierze, ani ich wierzchowce nie przyglądali się uważniej przedstawicielom widowiska, chociaż na widok tormów konie artystów zaczęły szaleć, narowiąc się, parskając i stając dęba. Lwy, lamparty i niedźwiedzie ryczały wówczas w klatkach, a obdarzone najdziwniejszymi porożami jelenie rzucały się ku kratom, próbując uciec. Dopiero po kilku godzinach zdołali uspokoić wszystkie stworzenia i wozy mogły ruszyć dalej. Luca starał się jak najlepiej dbać o swoje zwierzęta, zwłaszcza te najbardziej egzotyczne, zamknięte w klatkach. Sporo go kosztowały, a jednocześnie stanowiły dla niego inwestycję. Dwukrotnie oficerowie w hełmach ozdobionych cienkimi pióropuszami postanowili sprawdzić dokumenty związane z prawem właściciela widowiska do koni. Mat oblewał się wówczas zimnym potem, który spływał po jego ciele w kroplach wielkości winogron, i nie uspokajał się, póki nie wyruszyli w dalszą drogę. Ponieważ widowisko posuwało się w kierunku północnym, po pewnym czasie liczba Seanchan na drodze wyraźnie zmalała, jednak Cauthon nadal się pocił na widok każdej grupki ludzi — czy to żołnierzy, czy to osadników. Może Suroth naprawdę zachowała w sekrecie fakt zniknięcia Tuon? W przeciwnym razie Seanchanie na pewno by jej szukali. Choć wystarczyłby jeden wyjątkowo wścibski oficer, który zapragnąłby porównać liczbę koni w dokumentach z rzeczywistą liczbą tych zwierząt. Z pewnością bardzo dokładnie przeszukałby później wozy. Podobnie zaszkodzić im mogła jedna nadgorliwa sul’dam, podejrzewająca, że wśród żonglerek, akrobatek i innych członkiń widowiska może się znajdować kobieta z umiejętnością przenoszenia Mocy. Na tę myśl po plecach zaczął Matowi ściekać pot w kroplach już wielkości śliwek! Zwłaszcza że wielu ludzi nie baczyło na inne osoby i nie potrafiło zachować ostrożności.

Tuż za jakąś maleńką wioską o nazwie Weesin, na którą składało się niewielkie zbiorowisko krytych strzechą domów, gdzie nawet Luca nie brał pod uwagę zarobienia choćby miedziaka, Cauthon zatrzymał się, z powodu ulewy otulił ciężkim, wełnianym płaszczem i zapatrzył na trzy Aes Sedai, jak gdyby nigdy nic powracające po zachodzie słońca na teren widowiska. W oddali trzasnął grzmot. Wszystkie trzy kobiety nosiły ciemne płaszcze z kapturami, tym niemniej Mat nie miał wątpliwości, kim były. W zacinającym deszczu przeszły w odległości zaledwie dziesięciu stóp od niego. Nie widziały go, jednak Cauthon poczuł chłód srebrnego medalionu wiszącego na jego piersiach pod koszulą. Przynajmniej zatem jedna z nich przenosiła właśnie lub czerpała Moc. Niech sczezną, wszystkie trzy były szalone jak postrzałki.

1 ... 200 201 202 203 204 205 206 207 208 ... 236
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)