Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Gdzie reszta tego… stopnia? — zapytał Jesry.
Zapadła krępująca cisza.
— To jest całość — odparł Jules Verne Durand, który w lot pojął ideę. — Po prostu manifik!
— Skoro tak świetnie znasz się na manifikach, to może objaśnisz nam, z łaski swojej, w jaki sposób cztery nóżki i dach mają utrzymać zdatną do oddychania atmosferę?! — dopytywał się Jesry.
— To wcale nie jest żaden manifik — zaprotestował słabo Lio. — To… Nieważne.
Jesry spojrzał na niego pytająco.
— Będziemy mieli tylko skafandry kosmiczne, tak?
Lio skinął głową.
— Jules już to zrozumiał. Skafandry musimy mieć tak czy inaczej, z układem podtrzymywania życia, odprowadzania nieczystości i tak dalej. Nie ma sensu wysyłać w kosmos hermetycznej kapsuły dublującej te układy.
Spodziewałem się dalszych protestów ze strony Jesry’ego, on jednak w tej jednej chwili nawrócił się i uciszył nas, podnosząc ręce.
— Ja już tam byłem — przypomniał. — I powiem wam, że nie tęsknię za doświadczeniem wspólnego lotu w kapsule. Nie wiecie, co to jest prawdziwa ohyda, dopóki nie zaatakuje was znienacka unosząca się w powietrzu gruda czyichś wymiocin; o tym, co w takiej kapsule uchodzi za toaletę, nie będę w ogóle wspominał. Przez mikroskopijne okienka nic nie widać. Dlatego uważam, że to doskonały pomysł: każdy z nas zostanie zamknięty w osobnym statku kosmicznym, we własnym smrodzie, z widokiem na wszystkie strony.
— Ile można przeżyć w skafandrze? — spytałem.
— O, to się wam spodoba! — zapowiedział Jesry.
Spojrzał pytająco na Lio. Ten skinął głową i Jesry przeszedł do miejsca, w którym przez ostatnią godzinę kompletowali z fraa Grathem skafandry kosmiczne. Wybrał jeden, wyglądający na gotowy do użytku, i postukał w zielony metalowy pojemnik przypięty do plecaka.
— Ciekły tlen! — wyjaśnił. — Zapas na cztery godziny.
— Pod warunkiem, że będziesz go używał z umiarem — wtrąciła suur Vay.
— Ciekły?! — upewnił się Sammann. — Jak w kriogenice?
— Oczywiście.
— Jak długo pozostanie ciekły?
— W kosmosie? To nie problem: będzie zimny, dopóki baterii wystarczy paliwa. — Jesry poklepał drugi pojemnik, czerwony. — Ciekły wodór. Łatwo przypiąć, łatwo odpiąć.
Odkręcił pojemnik, pokazał nam jakiś skomplikowany mechanizm mocująco-uszczelniający i założył pojemnik z powrotem.
— Czyli będziemy konkurować z baterią o dostęp do tlenu, tak? — zapytał Arsibalt.
— Pomyśl o tym jak o współpracy, nie rywalizacji.
— Co z produktami przemiany materii? — spytał ktoś.
— Dwutlenek węgla zbiera się tutaj. — Jesry odczepił od plecaka biały kanister i pomachał nim w powietrzu. — Po zużyciu filtra przypinamy nowy, a stary przenosimy do zasobnika.
Podszedł do osobnego urządzenia, które wyglądało jak przedstawiciel tego samego rodzaju (ale innego gatunku) co skafandry kosmiczne. Miało mnóstwo oznaczonych kolorami gniazdek na pojemniki i kanistry. Jesry wpiął filtr w jedno z nich.
— Po wygrzaniu całego CO2 z filtra ten pasek zmienia kolor… — Pokazał wskaźnik z boku kanistra. — I można go użyć ponownie.
— Czy to urządzenie zawiera zapas paliwa i powietrza? — zapytała suur Vay, widząc gniazda na kanistry z tlenem i wodorem.
— Dopóki jednego i drugiego nie zabraknie, stąd właśnie będziecie je czerpać. Aparat zostanie podłączony do zbiornika z wodą i źródła zasilania, którym zwykle są baterie słoneczne, a w naszym wypadku malutki reaktor jądrowy. Rozbija wodę na tlen i wodór, skrapla je i napełnia zbiorniki. Nadmiar ciepła, jak wspomniałem, idzie na wygrzanie filtrów CO2. Napełnione worki na odchody, o czym jeszcze później porozmawiamy, wiesza się tutaj…
— To znaczy… mamy defekować do skafandrów? — zapytał Arsibalt.
— No i proszę, mamy ochotnika, który zademonstruje nam działanie tego niezwykłego wytworu praksis! Lio, Ras… Możecie zapewnić odrobinę prywatności waszemu fraa?
Wzięliśmy z Lio zawój Arsibalta i rozciągnęliśmy go między sobą, żeby zasłonić Arsibalta, kiedy będzie się rozbierał. Jesry przyciągnął inny kombinezon, ogromny, obszerny, zawieszony na zaopatrzonym w kółka wieszaku, który nazwał „rusztowaniem ubraniowym”. Kombinezon składał się ze sztywnego Modułu Głowowo-Tułowiowego (skrócenie tej nazwy do MGT było nieuniknione), którego górna część otwierała się od tyłu jak drzwi lodówki, oraz rękawów i nogawek zbudowanych ze sztywnych, pękatych segmentów, połączonych jak nawleczone na nitkę koraliki. Wyglądał zupełnie inaczej niż kombinezony, jakie widziałem na szpilach i na Niebiańskim Strażniku: był większy, bardziej wyoblony, solidniejszy, budzący zaufanie. Był także (różnica może kosmetyczna, ale z pewnością rzucająca się w oczy) czarny i matowy, podobnie jak wszystkie inne kombinezony kompletowane przez Jesry’ego.
Arsibalt podszedł do rusztowania ubraniowego, chwycił strategicznie umieszczony drążek, podciągnął się na nim i stanął na stopniu umieszczonym przy tylnych drzwiach skafandra. Zaskoczył mnie jego zapał; może przypomniał sobie szpile sprzed kolekty, a może po prostu nie lubił biegać na golasa. Z pomocą Jesry’ego wsunął najpierw jedną nogę, a potem drugą w otwory u podstawy MGT i opuścił się w głąb modułu. W miarę jak jego stopy sięgały coraz głębiej, kuliste segmenty nogawek dostosowywały się do nich i obracały wokół pionowych osi; musiały być połączone za pośrednictwem uszczelnionych łożysk i mogły się poruszać niezależnie, dzięki czemu mieszkaniec kombinezonu mógł normalnie zginać kolana (i łokcie) bez potrzeby stosowania skomplikowanych stawów. Arsibalt bardziej niż zwykle upodobnił się do pulchnego pączuszka. Zgiął jedną nogę, drugą, a my obserwowaliśmy, jak segmenty ślizgają się po sobie nawzajem.
— Zwróć uwagę na worki wokół ud i talii — powiedział Jesry, wskazując sflaczałe gumy przyczepione od wewnątrz do ścianek MGT. — Za parę minut je docenisz.
— Przyjąłem do wiadomości.
Arsibalt wepchnął kolejno ręce w rękawy zakończone tępymi półkulami, jak kikuty po odcięciu dłoni. Widzieliśmy już tylko jego plecy i tyłek. Jesry wyświadczył nam wielką przysługę, kiedy zatrzasnął drzwiczki kombinezonu.
Skoro Arsibalt prezentował się już przyzwoicie, mogliśmy z Lio opuścić zawój i zajść naszego fraa od przodu. Ledwie słyszeliśmy, co mówi, taki miał przytłumiony głos — dopóki Jesry nie wpiął mu kabla w pierś i nie podłączył go do wzmacniacza.
— Moje ręce będą się musiały sporo nauczyć — usłyszeliśmy Arsibalta przez głośnik. — Szkoda, że nie widzę, co robię.
— Zajmiemy się tym — obiecał mu z roztargnieniem Jesry.
Sprawdził wskazania przyrządów na piersi kombinezonu, żeby mieć pewność, że Arsibalt nie udusi się w środku. Zwróciłem uwagę, że inni przyglądają się Arsibaltowi z rozbawieniem, ustawiłem się więc na wprost niego i dopiero wtedy zauważyłem wbudowany w panel piersiowy mały ekran, na którym wyświetlał się transmitowany na żywo obraz twarzy Arsibalta, przekazywany ze szpilołapu we wnętrzu kombinezonu. Był mocno zniekształcony, ponieważ rejestrowało go rybie oko z bardzo małej odległości, ale przynajmniej mieliśmy na czym zaczepić wzroku, zamiast wpatrywać się w matową, jakby przydymioną osłonę części twarzowej.
— Bądź tak miły i powiedz mi, co to za dysze mam przed nosem — poprosił Arsibalt.
— Lewa: woda. Prawa: jedzenie, a w razie potrzeby także lekarstwa. Środkowa, duża: ściek.
— Słucham?
— Tam masz rzygać. Nie spudłuj.
— Aha.