Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Poza fraa Jaadem wszyscy już zeszli na dół i zjedli. Znaleźliśmy go siedzącego na środku Dziesięciokąta i zajadającego podane przez personel karawanseraju śniadanie. Dziesięciokąt się zmienił. Kiedy przechodziliśmy po nim wczoraj, był wyłożony ciemnobrązowymi płytkami wielkości dłoni, w których był wyrzeźbiony rowek — taki sam jak w płytkach, którymi bawiłem się w Orithenie, tyle że w Elkhazgu kafelki były znacznie mniejsze. Rowek biegł nieprzerwanie od jednego wierzchołka do drugiego, przeciwległego; nie sprawdziłem tego dokładnie, ale zakładałem, że mam przed oczami poprawne rozwiązanie. Dla tych, którzy chcieliby spróbować swoich sił, na obrzeżu Dziesięciokąta ustawiono kosze z płytkami pokrytymi biała glazurą, z czarnymi liniami zamiast rowków. Teraz zaś kosze były puste, a fraa Jaad pałaszował śniadanie, siedząc na środku idealnie białej płaszczyzny ozdobionej krętą czarną linią. Przez noc wykafelkował cały dziedziniec.
Kiedy to do nas dotarło, zaczęły się oklaski i wiwaty; Arsibalt i Jesry pokrzykiwali jak na meczu piłkarskim; Dzwonecznicy stanęli przed fraa Jaadem i bardzo nisko mu się ukłonili.
Wiedziony ciekawością, cofnąłem się na skraj Dziesięciokąta i zszedłem z niego na leżący kilka cali niżej chodnik dookoła dziedzińca. Przykucnąłem, podniosłem jedną z płytek położonych przez fraa Jaada i odsłoniłem kawałek brązowego parkietażu pod spodem. Tak jak przypuszczałem, fraa Jaad znalazł zupełnie nowe rozwiązanie teglonu: układ starych brązowych kafelków różnił się od układu nowych, białych.
— To już czwarty — usłyszałem cichy głos.
Podniosłem głowę. Magnath Foral patrzył na mnie i skinieniem głowy wskazał trzymany przeze mnie kafelek. Obejrzałem dokładniej krawędź Dziesięciokąta: pod warstwą brązowych kafelków znajdowały się zielone, a pod nimi rudobrązowe.
— Chyba będziecie musieli wypalić nowy komplet — powiedziałem.
Foral skinął głową.
— Nie ma pośpiechu — odparł beznamiętnie.
Odłożyłem biały kafelek na miejsce, wstałem i wszedłem na Dziesięciokąt. Zadarłem głowę i spojrzałem w niebo.
— Myślisz, że zauważyli? — zapytałem.
Magnath Foral zamyślił się. Nie odpowiedział.
Komórka numer 317 zebrała się na dziedzińcu, którego dzień wcześniej nie oglądałem: był okrągły i osłonięty od góry liśćmi, jak żywa altana. Mieszkańcy Elkhazgu wyhodowali pół tuzina olbrzymich krzewów winnych w taki sposób, że spotkały się i splotły pięćdziesiąt stóp nad powierzchnią gruntu, tworząc mocną kopułę ze splątanych ulistnionych gałązek. Wpadające przez nie snopy światła rozjaśniały chłodną przestrzeń w dole, z góry zaś kopuła wyglądała jak lite zielone sklepienie upstrzone plamkami innych kolorów. Dookoła podwórka stały palety z tajemniczym, ale — na oko — kosztownym wyposażeniem. Resztę poranka zajęło nam ich rozpakowanie, wyrzucenie opakowań i sporządzenie spisu: bezmyślna robota, której rozpaczliwie potrzebowaliśmy.
Sprzęt jednoznacznie sugerował, że czeka nas lot w przestrzeń kosmiczną. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent ciężaru stanowiły opakowania: z pięknych dwudziestofuntowych skrzynek wyjmowaliśmy gadżety ważące tyle, co suszone kwiaty. Były wśród nich prawie nieważkie grafitowe skafandry.
— To dobry pomysł — uspokajał mnie Jesry. — W nieważkości zawój nie opadałby pod własnym ciężarem, co nie wyglądałoby najlepiej, jeśli wiesz, co mam na myśli.
— Mów za siebie. Coś jeszcze powinienem wiedzieć?
— Jeżeli dostaniesz mdłości, a na pewno dostaniesz, będziesz rzygał przez trzy dni. Potem albo ci się polepszy, albo się przyzwyczaisz, nie jestem pewien.
— Myślisz, że będziemy mieli aż trzy dni?
— Gdyby chcieli wysłać kogoś tylko dla odwrócenia uwagi tamtych…
— Czyli do odstrzału, tak?
— No tak… Toby posłali proceńczyków.
Do naszej rozmowy włączali się inni członkowie komórki, w tym także Dzwonecznicy, którzy nie rozumieli żartów Jesry’ego. Jesry odchrząknął i zawołał do Lio:
— Co robimy, mój fraa?!
Lio wskoczył na przykrytą płachtą paletę. Rozmowy ucichły.
— Na razie nie wiemy, na czym ma polegać nasza misja. Nie znamy jej celu. Po prostu musimy się tam dostać i już.
— Tam? — powtórzył Jules. — To znaczy gdzie?
— Na tego Daban Urnuda.
Zamieniliśmy się w słuch. Wszyscy się rozpromienili, nawet Jules.
— Jedzenie… Przybywam!
— Jak mamy się dostać na pokład ciężko uzbrojonego… — zaczął Arsibalt.
— Na razie nam tego nie powiedziano — wszedł mu w słowo Lio. — I dobrze, bo już sam start będzie wystarczająco trudny. Nie możemy korzystać ze znanych platform startowych: należy oczekiwać, że Piedestał je zesztabuje, gdy tylko zauważy jakieś przygotowania. To oznacza również, że nie możemy użyć standardowych rakiet, ponieważ są one przystosowane do wystrzeliwania z tych właśnie platform. Z tego wynika, że nie możemy polecieć żadnym standardowym statkiem kosmicznym, chociażby takim, jakim podróżowałeś ty, Jesry, ponieważ standardowe statki mogą być wynoszone w kosmos wyłącznie za pomocą wyżej wspomnianych rakiet. Jest jednak inne rozwiązanie. Podczas ostatniej wielkiej wojny skonstruowano rodzinę pocisków balistycznych, które wykorzystują łatwe w przechowywaniu paliwo i startują z ruchomych wyrzutni na gąsienicach.
— To na nic. — Jesry pokręcił głową. — Pocisk balistyczny nie wynosi ładunku na orbitę, tylko po prostu przerzuca głowicę bojową na drugą stronę globu.
— Przypuśćmy jednak, że wymontujemy tę głowicę i zastąpimy ją czymś takim.
Lio zeskoczył z palety, chwycił rąbek płachty, napiął mięśnie i zerwał ją jednym silnych ruchem ramion i bioder. Odsłonił w ten sposób przyrząd niewiele większy niż duży sprzęt używany w gospodarstwie domowym. Yul, gdyby był wśród nas, mógłby go opisać jako „pawilon nasadzony na agregat spawalniczy”, tylko że ten „pawilon” był wyjątkowo mały — chociaż, jak zademonstrował Lio, mieścił jedną dorosłą osobę, skuloną w pozycji płodowej. Soczewkowaty dach z warstw sprasowanej blachy był powleczony jakimś twardym pokryciem ochronnym i wspierał się na czterech łapach: chudych kratownicowych podporach, trójkątnych w przekroju i trochę przypominających miniaturowe maszty radiowe.
Pawilon miał zatem dach i podpory, brakowało mu natomiast podłogi: z pierścienia, na którym wspierały się nogi, wyrastały do środka trzy wsporniki, w tej chwili przykryte sklejką, na której ułożył się skulony Lio. Kiedy wyturlał się ze środka i zdjął sklejkę, odsłonił znajdujące się pod nią wsporniki i system hydrauliczny: dwa duże zbiorniki (kula i otaczający ją torus) i kilkanaście mniejszych, kulistych. Wszystko to oplatała sieć rur, przewodów i linek. Na samym dole niczym żądło owada sterczała rozpaczliwie mała dysza silnika rakietowego.
— Prawdziwa kapsuła będzie miała przyspawany fartuch ochronny — wyjaśnił Lio. — Większy niż cały stopień…
— Jaki stopień?! — zdziwił się Sammann.
— Przepraszam, że nie umiałem jaśniej tego wyrazić. To jest najwyższy stopień rakiety. Każdy z nas dostanie własny.
Lio złapał jedną ręką za wspornik i dźwignął całą kapsułę, odsłaniając nam jej spodnią część i dyszę.
— Ty chyba żartujesz! — wykrzyknąłem.
Odepchnąłem go na bok i sam chwyciłem wspornik. Lio puścił kapsułę, a ja stwierdziłem, że konstrukcja waży znacznie mniej ode mnie. Potem już każdy chciał to sprawdzić osobiście.