Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Rozstaje zmierzchu
Rozstaje zmierzchu - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Rozstaje zmierzchu

Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:

Rozstaje zmierzchu
1 ... 199 200 201 202 203 204 205 206 207 ... 236
Перейти на страницу:

— Można ich strzec, Aramie. — Z powodu zbytniego pośpiechu już raz o mało bezpowrotnie nie stracił Faile, a potem znów postąpił zbyt pochopnie. „Zbyt pochopnie”. Jakie łagodne słówka na określenie odcięcia człowiekowi ręki. Na określenie bezcelowego okrucieństwa... Perrin zawsze starał się myśleć ostrożnie i tak samo postępować. Teraz powinien dobrze rozważyć całą sytuację, tyle że myślenie sprawiało mu prawdziwe cierpienie. Faile przepadła w morzu ubranych na biało jeńców. — Może inne gai’shain znają miejsce jej pobytu — szepnął, ruszając z powrotem ku obozowisku.

Jak jednak złapać kilka gai’shain któregoś z Shaido Aiel? Wszak niewolnikom nie wolno było wychodzić poza obóz, chyba że pod ochroną.

— A co z tym, chłopcze? — spytał Elyas.

Nawet nie patrząc, Perrin wiedział, co mężczyzna ma myśli. Topór!

— Zostaw go. Niech ktoś go sobie weźmie. — Jego głos zabrzmiał zgrzytliwie. — Być może jakiś durny bard opisze go w swojej pieśni.

Aybara szedł wielkimi krokami w stronę obozowiska, ani razu nie obejrzawszy się za siebie. Ze względu na pustą pętlę gruby pas wokół talii wydawał mu się zbyt lekki.

Nagle wszystko straciło dla niego sens.

Trzy dni później z So Habor wróciły ciężko obładowane wozy, a do namiotu Perrina wszedł Balwer wraz z wysokim, nieogolonym człowiekiem ubranym w brudny, wełniany kaftan. Gość miał też miecz, o który najwyraźniej dbał dużo bardziej niż o samego siebie. Początkowo Aybara nie rozpoznał mężczyzny z powodu jego nieprzycinanej od miesiąca brody. Potem wszakże wyczuł jego zapach.

— Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedyś cię zobaczę — oznajmił.

Balwer zamrugał. W jego przypadku mruganie oznaczało tak wielkie zaskoczenie, jak w przypadku innych osób głośny jęk zdumienia. Niewątpliwie mały sekretarz o nieco ptasim wyglądzie oczekiwał wyjaśnienia.

— Szukam... poszukuję Maighdin — powiedział chrypliwie Tallanvor. — Jednakże Shaido przemieszczają się szybciej niż ja. Pan Balwer twierdzi, że wiesz, gdzie ona jest.

Sekretarz posłał gościowi ostre spojrzenie, lecz jego głos pozostał tak suchy i równie pozbawiony emocji jak jego zapach.

— Pan Tallanvor dotarł do So Habor tuż przed moim wyjazdem, mój panie. Miałem naprawdę niewielkie szanse spotkania go. Najwyraźniej jednak dopisało mi szczęście. Pan Tallanvor może zdobyć dla ciebie odpowiednich sojuszników. Niech sam ci o nich opowie.

Mężczyzna zmarszczył czoło, obrzucając wzrokiem własne buty, ale się nie odezwał.

— Sojuszników? — spytał Perrin. — Szczerze mówiąc, na niewiele zda mi się coś mniejszego od armii, lecz przyjmę każdą ofiarowaną przez ciebie pomoc.

Tallanvor popatrzył na Balwera, który kiwnął mu głową i posłał słaby uśmiech zachęty. Nieogolony osobnik wziął głęboki wdech.

— Piętnaście tysięcy Seanchan, w każdym razie prawie tyle. W gruncie rzeczy większość to Tarabonianie, jadą wszakże pod seanchańskimi sztandarami. No i... posiadają przynajmniej tuzin damane. — W jego tonie pojawił się pośpiech, najwyraźniej Tallanvor starał się dokończyć myśl, zanim Aybara mu przerwie. — Wiem, że to może przypominać przyjęcie wsparcia od samego Czarnego, jednak ci Seanchanie także polują na Shaido, a ja pragnę uwolnić Maighdin, więc interesuje mnie każda pomoc, nawet ze strony Cienia.

Przez długi moment Perrin gapił się na dwóch mężczyzn. Tallanvor nerwowo stukał w rękojeść miecza, Balwer zaś przypominał wróbla czekającego, w którą stronę skoczy świerszcz. Seanchanie! I damane! Tak, rzeczywiście skojarzyło mu się wsparcie oferowane przez Czarnego.

— Siadaj i opowiedz mi o tych Seanchanach — polecił w końcu.

28

Pęczek róż

Od dnia, w którym opuścili Ebou Dar, podróżując wraz z Wielkim Wędrownym Widowiskiem i Wspaniałą Wystawą Cudów oraz Dziwów Świata Valana Luki, sytuacja przedstawiała się równie paskudnie, jak przewidywał Mat w swych najmroczniejszych myślach. Przede wszystkim niemal codziennie padało po kilka godzin, a raz nawet przez trzy dni bez przerwy. Dokuczał im ten gwałtowny, bardzo chłodny, zimowy deszcz ze śniegiem, który czasem przybierał postać lodowatych mżawek powoli przesączających się przez materiał płaszczy i przyprawiał ich wszystkich o drżenie, jeszcze nim zdążyli sobie uświadomić, że przemokli. Woda uciekała z mocno ubitych dróg, jakby spływała po kamiennych nawierzchniach, w najgorszym razie zostawiając cienką warstwę błota, którą — gdy świeciło słońce — ponownie ubijały koła, kopyta i obute stopy długiego rzędu wozów, koni i ludzi. Początkowo artyści widowiska Luki starali się jak najszybciej opuścić miasto, gdzie nocami pioruny zatapiały statki, a na nieostrożnych przechodniów zewsząd czyhali zabójcy. Chcieli też uciec przed zazdrosnym, seanchańskim arystokratą, który jakoby zawzięcie polował na swą zbiegłą żonę i mógłby zapragnąć wyładować gniew na osobach ją przed nim ukrywających. Na początku rzeczywiście pędzili przed siebie z maksymalną prędkością, jaką mogły osiągnąć konie ciągnące wozy. Stale poganiali zwierzęta do szybszego kroku, starając się oddalić od miasta o kolejną milę. Jednak powoli, wraz z każdą następną milą, czuli się coraz bardziej oddaleni od niebezpieczeństwa, coraz bezpieczniejsi, zatem pewnego popołudnia...

— Musimy się bardziej troszczyć o konie — wyjaśnił Luca, oglądając zaprzęg odczepiony od jego śmiesznie pomalowanego wozu. Przez lekką mżawkę mężczyzna prowadził pociągowe zwierzęta ku prowizorycznym boksom. Słońce wciąż jeszcze nie pokonało nawet połowy drogi w dół, ku horyzontowi, a z dymników w dachach namiotów i metalowych kominów na pudełkowych wozach mieszkalnych wznosiły się już szare smugi dymu. — Nikt nas nie ściga, droga do Lugard zaś jest długa. Dobre konie trudno zastąpić i sporo kosztują. — Luca silnie zmarszczył czoło i potrząsnął głową. Wzmianka o potencjalnych wydatkach zawsze kwasiła mu minę. Niechętnie rozstawał się z każdym pensem, chyba że sprawa wiązała się z jego żoną. — Niewiele znajdziemy po drodze miejsc, gdzie warto byłoby się zatrzymać na dłużej niż na jednodniowy spektakl. Większość wiosek nie wyżywi całej naszej grupki, choćby wszyscy mieszkańcy się dla nas złożyli, natomiast co do miast nigdy nie można mieć pewności. A przecież nie płacisz mi tak dużo, żebym mógł zrezygnować z dodatkowego zarobku. — Czując wilgoć w powietrzu, otulił się szczelniej haftowanym, szkarłatnym płaszczem, po czym zerknął przez ramię na swój wóz. W siąpiącym deszczu unosił się jakiś gorzki zapach. Mat nie był pewien, czy zechce zjeść posiłek, który ugotowała dziś żona Luki. — Jesteś absolutnie pewien, że nikt nas już nie ściga, prawda, Cauthon?

Mat naciągnął niżej na uszy wełnianą czapkę, następnie zaś, zgrzytając zębami, odszedł między kolorowe namioty i jaskrawo pomalowane wozy. Nie płacił Luce wystarczająco dużo?! Za uzgodnioną sumę ten pazerny skąpiec powinien wręcz ochoczo pędzić swoje zwierzęta przez całą drogę do Lugard!

W niewielkiej odległości od wozu właściciela widowiska siedział Chel Vanin — na trójnożnym stołku, na którym ledwo się mieścił. Mężczyzna mieszał ciemny gulasz w niewielkim garnku wiszącym nad małym ogniem. Deszcz z brzegu kapelusza Vanina skapywał wprost do garnka, jednakże grubas zdawał się tego nie zauważać albo nie przywiązywał do tego wagi. Gorderan i Fergin, dwaj Czerwonoręcy, przeklinali pod nosem, wbijając w błotnistą ziemię kołki szaro-brązowego płóciennego namiotu, który dzielili z Harnanem i Metwynem. A także z Chelem Vaninem, lecz ten posiadał umiejętności, dzięki którym we własnej opinii nie musiał się zniżać do takich zajęć jak na przykład rozbijanie namiotów, Czerwonoręcy zaś bez przesadnego marudzenia zgodzili się z nim w tej kwestii. Vanin był doświadczonym kowalem, jednak — co ważniejsze — był też najlepszym tropicielem śladów i najlepszym koniokradem w kraju, choć patrząc na niego, trudno było w to uwierzyć. Mało tego, przy jego tuszy taka profesja wydawała się zaiste nieprawdopodobna.

1 ... 199 200 201 202 203 204 205 206 207 ... 236
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)