Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Jeżeli rok na Urnudzie jest podobny do naszego, to jest to szmat czasu — powiedziałem. — Dzięki, Arsibalcie.
— Urnudczycy, najpierw sami, a potem z Troanami, długo wędrowali między kolejnymi Zstąpieniami. Zdaniem Julesa może to tłumaczyć ich nerwowość.
— Gdybyśmy znali przelicznik… — wtrącił Jesry tonem, który dawał do zrozumienia Niech mnie szlag trafi, jeśli pozwolę wam na dygresje!
— Właśnie nad tym pracuję. — Sammann skinieniem głowy podziękował Arsibaltowi i pociągnął łyk wody. Klimat Elkhazgu wysysał z człowieka całą wilgoć. — Kłopot w tym, że Jules jest lingwistą i niezbyt się tym interesował. Zna chronologię wydarzeń według urnudzkiej rachuby, bo traktują ją jako standard, ale nie ma pojęcia o konwersji na lata arbryjskie. Udało mi się na podstawie pewnych tropów…
— Jakich tropów? — spytał Jesry.
— Kiedy my byliśmy zajęci ewakuacją Tredegarha, oddział Dzwoneczników zrobił rewizję w kwaterach rzekomych matarrhitów. Zdobyli sporo dokumentów i syntaktów, których ci z Urnuda i Tro nie zdążyli zniszczyć. Moi rodacy jeszcze nie zwirtualizowali syntaktów… Nieważne. Część dokumentów jest datowana na modłę urnudzką. Niektóre można odnieść do znanych nam niedawnych wydarzeń i porównać kalendarze.
— Zaraz, zaraz… — odezwał się Arsibalt. — Jakim cudem możemy w ogóle odczytać urnudzkie dokumenty?
— Nie możemy, ale kryptograf od razu zorientuje się, że wiele z nich ma taki sam format, włącznie z ciągiem znaków, który należy interpretować jako znacznik czasu. A do transkrypcji nazw własnych Urnudczycy stosują specjalny alfabet fonetyczny: wyciągają go z lamusa na każdej nowej planecie. Rozszyfrowanie go jest banalnie proste. Jeśli więc znajdujemy dokument z występującym w nim imieniem Jesry’ego oraz jego loktora z plenum…
— Możemy się domyślać, że jest to sprawozdanie z plenum, w którym wziąłem udział po powrocie z kosmosu — dokończył Jesry. — A ponieważ znamy arbryjską datę tego wydarzenia… Rzeczywiście, taki zestaw danych pozwoliłby w przybliżeniu oszacować wartość przelicznika z kalendarza arbryjskiego na urnudzki.
— No właśnie — przytaknął Sammann. — Uwzględniając margines błędu, powiedziałbym, że Urnudczycy rozpoczęli podróż międzykosmiczną dziewięćset dziesięć arbryjskich lat temu. Plus minus dwadzieścia lat.
— Czyli między osiemset dziewięćdziesiąt a dziewięćset trzydzieści lat temu — powiedziałem po ludzku.
Na tym wyczerpał się mój poranny talent arytmetyczny. Sammann wpatrywał się we mnie natarczywie, jakby chciał mnie zmusić do przebudzenia i zrobienia następnego kroku, ale rachunki nigdy nie były moją mocną stroną. Zwłaszcza publiczne.
— Czyli między dwa tysiące siedemset sześćdziesiątym i dwa tysiące osiemsetnym p.r. — zabrzmiał nowy głos.
To Lio szedł przez klauzurę w towarzystwie Julesa Verne Duranda. Nie wyglądali na dopiero co ściągniętych z łóżka: Lio musiał już od jakiegoś czasu zasypywać Julesa pytaniami.
— No właśnie! — wykrzyknął Sammann. — Trzecia Łupież!
Jeden z ludzi Magnatha Forala przyniósł nam olbrzymią misę obranych i pokrojonych owoców. Nakładał je do misek, które podawaliśmy sobie w kółku.
Jules odłamał kawałek chleba i zaczął jeść, czym w pierwszej chwili mnie zaskoczył: nie mógł przecież czerpać z niego żadnych wartości odżywczych. Pomyślałem jednak, że zapełnienie żołądka pomoże mu znieść głód.
— Nie, no, chwileczkę… — odezwał się Jesry. — Dopatrujesz się tam związku przyczynowo-skutkowego? Sugerujesz, że Urnudczycy wyruszyli w drogę z powodu wydarzeń na Arbre?!
— Twierdzę tylko, że jest to zbieg okoliczności, z którym warto zapoznać się bliżej.
Myśleliśmy, jedząc. Ponieważ zacząłem jeść wcześniej niż inni, streściłem Jesry’emu, Lio oraz innym niezorientowanym (w tym trojgu Dzwonecznikom) dyskusje z Messalu Wielości Światów o Knocie i o tym, że dla innych światów, na przykład dla Urnuda, Arbre może być HŚT. Potem spóźnialscy musieli jeszcze nadrobić braki w bieżącej konwersacji, więc rozmowa przez pierwsze minuty rozłaziła się, zapętlała i dreptała w miejscu.
— Zgodnie z tym scenariuszem informacja rzeczywiście mogłaby przepłynąć z Arbre do Urnuda — podsumował Jesry na tyle głośno, że wszyscy ucichli i zaczęli go słuchać. — Dlaczego jednak Trzecia Łupież miałaby spowodować akurat taką reakcję urnudzkiego kapitana?
— Pamiętaj, fraa Jesry, że Sammann zastrzegł sobie pewien margines błędu — przypomniał Arsibalt. — Impuls do działania mogło im dać dowolne zdarzenie, do jakiego doszło na Arbre w ciągu czterech dekad poprzedzających rok dwa tysiące osiemsetny, włącznie z…
— Włącznie z tymi, które doprowadziły do Trzeciej Łupieży — wypaliłem.
Cisza. Zakłopotanie. Spuszczony wzrok. Tylko Jules Verne Durand wpatrywał się we mnie i kiwał głową. Przypomniałem sobie, jak drążył niewygodne tematy podczas messali, i postanowiłem się tym podeprzeć.
— Mam dość tego owijania w bawełnę — ciągnąłem. — Fakty mówią same za siebie. Fraa Clathrand z Edhara był wierzchołkiem góry lodowej. W tamtych czasach deklaranci masowo, całymi tysiącami, proceńczycy i halikaarnijczycy, zaangażowali się w opracowanie jakiejś nowej praksis. Trudno dziś stwierdzić, do czego była zdolna, ale historia dinozaura z parkingu pokazuje, co się mogło stać, kiedy ktoś popełnił błąd. Wiemy, co na jej temat myśleli sekularowie; wiemy, jak zareagowali. Zapiski zostały zniszczone, twórcy praksis zmasakrowani, ocalały tylko Trzy Nieskalane. Nie wiemy, co od tamtej pory knują ludzie w rodzaju fraa Jaada, ale założę się, że hołubią tamte stare idee…
— Podtrzymują ogień! — zawołał Lio.
— No właśnie. Coś, co zrobili około roku dwa tysiące siedemset sześćdziesiątego, u szczytu rozwoju praksis, wysłało przez Knot sygnał, który w jakiś sposób został rozpoznany przez teorów na Urnudzie.
— I ściągnął ich tutaj, tak? — upewnił się Lio. — Jak dzwonek wzywający na obiad.
— Jak zapach tego chleba.
— Może nie sam zapach nas tu sprowadził, fraa Erasmasie — odezwał się Arsibalt. — Może niektórych zwabiły odgłosy rozmowy: niedosłyszane słowa, niezrozumiałe z większej odległości, ale wystarczające, żeby wzbudzić zainteresowanie każdej świadomej istoty w zasięgu słuchu.
— Myślisz, że tak samo było z urnudzkimi teorami na statku? — powiedziałem. — Że w taki właśnie sposób odebrali… nie wiem, jak to nazwać… emanacje? Wibracje? Sygnały? Przenikające po Knocie z Arbre?
— Właśnie.
Wszyscy spojrzeliśmy na Julesa. Wyjął on ze swojej torby trochę laterryjskiego jedzenia i, nasyciwszy głód zapychaczem, którego nie mógł strawić, pojadał teraz po odrobinie pokarm, z którego jego ciało mogło czerpać energię. Widząc, że patrzymy na niego pytająco, wzruszył ramionami i przełknął.
— Na waszym miejscu nie spodziewałbym się odpowiedzi ze strony Piedestału. Dziewięćset lat temu na statku wśród Urnudczyków z pewnością dominowali racjonalnie rozumujący teorowie, ale podczas długiej i mrocznej wędrówki coraz bardziej upodabniali się do kapłanów kultu religijnego. Im bliżej boga się znajdują, tym bardziej się go boją.
— Może udałoby się ich uspokoić, pokazując im, że wcale nie są tak blisko, jak im się wydaje? — zaproponował Jesry.
— To znaczy? — zapytał Jules.
— Fraa Jaad potrafi być bardzo interesujący i w ogóle, ale na boga nie wygląda. Nawet na proroka. Cokolwiek robi, kiedy przez całą noc śpiewa albo gra w teglon, nie ma to chyba nic wspólnego z boskością. Wydaje mi się, że po prostu odbiera sygnały spływające na Arbre z jakiegoś miejsca położonego wyżej na Knocie.