Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Kiedy wjeżdżał między szałasy i namioty ludzi z Dwu Rzek, otaczała go cisza. Słońce nadal wisiało na szarym niebie, lecz nigdzie nie gotowało się na ogniu jedzenie i jedynie nieliczne osoby zebrały się wokół ognisk, zaciskając szczelnie poły płaszczy i bacznie się wpatrując w płomienie. Garstka mężczyzn siedziała na prostych stołkach, które potrafił konstruować Ban Crawe, reszta zaś stała lub kucała. Prawie nikt nie podnosił wzroku. W każdym razie nikt nie przybiegł po jego wierzchowca. Perrin uprzytomnił sobie, że nie ciszę wyczuwał w powietrzu, ale napięcie. Zapach, który kojarzył mu się z maksymalnie naciągniętym łukiem. Niemal słyszał jego skrzypienie.
Zsiadł przed namiotem w czerwone pasy, a wówczas od strony niskich siedzib Aielów nadszedł Dannil. Kroczył szybko. Podążały za nim Sulin i Edarra, jedna z Mądrych. Z łatwością dotrzymywały mu kroku, choć żadna nie wydawała się spieszyć. Opalona twarz Sulin przypominała maskę z ciemnej skóry. Oblicze Edarry, ledwie widoczne pod ciemnym szalem owijającym jej głowę, stanowiło istny obraz opanowania. Mimo licznych spódnic kobieta robiłaby tak niewiele hałasu jak siwowłosa Panna Włóczni, gdyby nie słabe brzęczenie jej bransoletek ze złota i kości słoniowej oraz naszyjników. Dannil żuł koniuszek gęstego wąsa, nieobecnym ruchem wyciągał z wykonanej z surowej skóry pochwy swój miecz o cal, po czym mocno wsuwał go z powrotem. Zanim się odezwał, zaczerpnął głęboki wdech.
— Panny Włóczni przyprowadziły pięciu Shaido, Lordzie Perrin. Arganda zabrał ich do namiotów Ghealdan na przesłuchanie. Jest z nimi Masema.
Aybara zignorował wiadomość o pobycie Masemy wewnątrz obozowiska.
— Dlaczego pozwoliłaś Argandzie ich zabrać? — spytał Edarrę.
Dannil nie potrafiłby powstrzymać Pierwszego Kapitana, Mądre wszakże powinny dać mężczyźnie radę.
Edarra wyglądała na niewiele starszą od Perrina, chociaż jej chłodne, niebieskie oczy zdradzały, że widziała w życiu znacznie więcej niż on. Teraz założyła ręce na piersiach, powodując głośny grzechot bransoletek. Była chyba lekko zniecierpliwiona.
— Shaido świetnie umieją panować nad bólem, Perrinie Aybara. Skłonienie ich do mówienia zajmie dni, a ja nie widzę powodu, ażeby czekać.
Jeśli oczy Edarry były chłodne, oczy Sulin miały postać niebieskiego lodu.
— Moja siostra włóczni i ja mogłybyśmy same szybciej osiągnąć skutek... przynajmniej trochę szybciej, jednak Dannil Lewin przekazał nam, że nie życzysz sobie z naszej strony... użycia przemocy. A Gerard Arganda jest człowiekiem niecierpliwym i nam nie ufa. — Gdyby nie była kobietą Aiel, można by odnieść wrażenie, że nie mówi, lecz wypluwa z ust słowa. — Zresztą i tak może niewiele się od nich dowiecie — dodała. — To Kamienne Psy. Ustępują powoli i powiedzą najmniej, jak tylko można. Dla pełnego obrazu zwykle trzeba połączyć szczegóły uzyskane od jednego z detalami otrzymanymi od innego.
„Umieją panować nad bólem”. Czyli że przesłuchanie musiało się równać zadawaniu bólu. Wcześniej Perrin nie dopuszczał do siebie myśli o torturach. Jednakże dla odzyskania Faile...
— Każ komuś wytrzeć Stayera — oznajmił szorstko, ciskając lejcami w Dannila.
Ghealdańska część obozu nie mogła się chyba bardziej różnić od prymitywnych szałasów i rozmieszczonych na chybił trafił namiotów ludzi z Dwu Rzek. Tutaj płócienne, spiczaste namioty stały w idealnych rzędach, przed większością o wejściowe klapy oparto lance ze stalowymi czubkami, po bokach siedzib zaś przywiązano osiodłane i gotowe do jazdy konie. Doskonały, nieruchomy spokój burzyły tutaj jedynie machnięcia końskich ogonów i trzepotanie długich wstążek na lancach. Wszystkie ścieżki między namiotami miały tę samą szerokość, a rzędy ognisk po połączeniu bez wątpienia utworzyłyby linię prostą. Nawet fałdy w płótnie, znaczące miejsca złożenia namiotów na czas przewozu furmankami, wyglądały podobnie. Wszędzie wokół panował porządek i schludność.
W powietrzu wisiał aromat owsianki i gotowanych żołędzi. Nieznani Perrinowi mężczyźni w zielonych strojach zeskrobywali palcami resztki południowego posiłku z cynowych talerzy. Inni już czyścili rondle i garnki. Nikt nie okazywał śladu napięcia. Po prostu jedli i wykonywali różne prace, a wszystko robili mniej więcej z tą samą przyjemnością. Codzienne zadania trzeba wykonać, nie ma na to rady.
Wielka grupa mężczyzn zgromadziła się w kręgu w pobliżu naostrzonych palików, które znaczyły zewnętrzny kraniec obozowiska. Najwyżej połowa z nich nosiła zielone płaszcze i wypolerowane napierśniki ghealdańskich lansjerów. Niektórzy z pozostałych trzymali lance lub mieli miecze przy pasach na zmiętoszonych kaftanach. Ich stroje uszyte były z rozmaitych materiałów: od delikatnych jedwabi, przez dobre wełny po mieszanki różnych resztek, jednak żaden nie był czysty... no chyba że w porównaniu z odzieniem mieszkańców So Habor. Zawsze można było rozróżnić ludzi Masemy, nawet z tyłu.
Kiedy Aybara zbliżył się do kręgu mężczyzn, dotarł do niego inny zapach. Zapach przypiekanego mięsa! Usłyszał też stłumione dźwięki, o których natychmiast starał się zapomnieć. Zaczął się przepychać, a żołnierze zerkali na niego z ukosa i niechętnie ustępowali mu miejsca. Ludzie Masemy wzdragali się, mamrocząc o żółtych oczach i Pomiocie Cienia.
Tak czy owak, Perrinowi udało się w końcu przejść.
Czterej wysocy mężczyźni, rudawi lub jasnowłosi, odziani w szaro-brązowe ubrania zwane cadin’sor, leżeli z przegubami przywiązanymi do kostek na wysokości krzyża i grubymi, długim konarami przymocowanymi za kolanami i łokciami. Ich twarze były zmaltretowane i posiniaczone, do ust wciśnięto im skręcone szmaty. Piątego mężczyznę ułożono nagiego między czterema grubymi wbitymi z ziemię kołkami, rozciągając jego ciało tak mocno, że można było mu policzyć wszystkie napięte ścięgna. Nieszczęśnik wiercił się na tyle, na ile pozwalały mu więzy i wył w knebel wciśnięty w usta, wydając stłumiony ryk trudnej do zniesienia udręki. W dodatku na jego brzuchu piętrzyła się kupka gorących węgli, które wydzielały słaby dym. Nos Aybary wychwycił swąd palonego ciała tego właśnie osobnika. Węgle ściśle przylegały do napiętej skóry rozciągniętego mężczyzny, a za każdym razem, gdy wijąca się ofiara zdołała zrzucić jeden z nich, przykucnięty obok uśmiechnięty osobnik w brudnym kaftanie z zielonego jedwabiu za pomocą szczypców podnosił następne rozżarzone grudy z wielkiej misy ustawionej na ziemi i roztapiającej leżący wokół śnieg. Perrin poznał kucającego. Na imię miał Hari i kolekcjonował ludzkie uszy, które zawieszał na grubym rzemieniu. Zbierał wszystkie uszy — mężczyzn, kobiet i dzieci; nigdy nie wybrzydzał.
Aybara podszedł bez zastanowienia do leżącego, podniósł nogę i kopniakiem usunął mały stos węgli z jego brzucha. Niektóre kawałki trafiły w Hariego, ten zaś natychmiast odskoczył z piskiem przestrachu, który szybko zmienił się w krzyk, gdyż mężczyzna przypadkowo włożył rękę do gorącego naczynia. Dręczyciel przewrócił się na bok i zwinąwszy się nad przypaloną ręką, obrzucił piorunującym spojrzeniem Perrina, po czym nazwał go łasicą w ludzkiej skórze.
— Okrucieństwo pomaga, Aybara — oznajmił Masema. Wcześniej Perrin nawet nie zauważył, że ten człowiek tam stoi. Ogolona czaszka, wykrzywiona twarz. Ciemne, gorące oczy patrzyły z pogardą. Przez odór przypalonego ciała przebijał zapach jego szaleństwa. — Znam ich. Udają, że odczuwają ból, choć wcale go nie czują. Nie doświadczają go w sposób typowy dla innych ludzi. Jeśli chcesz ich skłonić do mówienia, musisz mieć nerwy jak postronki i posiadać umiejętność zranienia nawet kamienia.