Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Elkhazg nie był już matemem. W okresie Odrodzenia jego biblioteka została rozproszona po całym świecie, a sam gmach trafił w prywatne ręce, i podczas Rekonstrukcji nie odtworzono tu matemu. Został przejęty (Magnath Foral nie powiedział tego wprost, ale nietrudno było się domyślić) przez starą instytucję finansową, podobną (jeśli nie tożsamą) do tej, która zarządzała Ecbą.
Fraa Jaad darował sobie wstępy i zniknął na sąsiednim dziedzińcu. Elkhazg był dawniej zamożny i jego podwórka ciągnęły się bez końca. Teraz pewnie stał się rozległą czarną dziurą na mapie ilustrującej gęstość zaludnienia w mieście, ponieważ mieszkali w nim tylko Magnath Foral z drugim mężczyzną, z którym wiązał go romans; przyjezdni deklaranci (wczoraj ich odesłano); oraz opiekujący się karawanserajem zespół dozorców-kustoszów. Kłopot z tego rodzaju sztuką, z jakiej słynął Elkhazg — mozaikami na ścianach — polegał bowiem na tym, że jej arcydzieł nie dało się przetransportować do muzeum.
Mój mózg powinien się pomału wyłączać, ponieważ od czasu eksperymentu ze szpadlem nie miałem ani chwili wytchnienia, a diabelnie dużo się przez ten czas wydarzyło. Wnętrza Elkhazgu wyglądały wprost oszałamiająco (nie tylko dlatego, że wiedziałem, iż każda mozaika, każde skomplikowane, hipnotyzujące dzieło sztuki wyraża ważne twierdzenie teoryczne); zdawało się, że krzyczą do mnie w języku, którego ze zmęczenia — albo z głupoty — nie rozumiałem. Działały jak zastrzyk z fikochwastu: przyspieszały moje popadnięcie w obłęd, ale przez najbliższą godzinę mogłem jeszcze w miarę normalnie funkcjonować. Kiedy zamykałem oczy, żeby chociaż na chwilę odetchnąć od tej przytłaczającej wspaniałości, z ciemności wypełzały pytania. Fakt, że nasz gospodarz nosił to samo nazwisko co pani sekretarz, był bez wątpienia intrygujący. Czy to przypadek, że komórka numer 317 wylądowała akurat w Elkhazgu? Na pewno nie. Co to oznacza? Trudno powiedzieć. Czy w ogóle jest sens się teraz tym zajmować? Nie. Równie dobrze mógłbym próbować pojąć znaczenie parkietaży pokrywających wszystkie otaczające mnie powierzchnie, zakradających mi się pod powieki i napierających na mózg.
Jeden z dziedzińców przedstawiał — jakżeby inaczej — Dziesięciokąt. Fraa Jaad już go znalazł. Ktoś — może dawny mistrz geometrii, a może jakiś syntakt — rozwiązał na nim teglon. Nikt z nas nie widział wcześniej pełnego rozwiązania, więc przez chwilę gapiliśmy się na nie z rozdziawionymi ustami. Na obwodzie dziedzińca stały kosze z zapasowymi kafelkami do teglonu, w różnych kolorach. Fraa Jaad szturchnął jedną taką płytkę nogą. Przyszło mi do głowy, że nigdy nie widziałem, żeby spał; może tysięcznicy odpoczywali w inny sposób?
Zostawiliśmy go sam na sam z teglonem. Magnath Foral zaprowadził nas do Starej Klauzury, nie przebudowywanej od pięciu tysięcy lat — czyli w szczególności pozbawionej prądu i kanalizacji. Każdy dostał osobną celę: ja w swojej zastałem łóżko i całą masę kafelków. Zamknąłem niewiarygodnie stare i sfatygowane okiennice, żeby nie widzieć kafelków i nie musieć o nich myśleć, i na klęczkach, po omacku trafiłem do łóżka.
— Wiesz, co mi przyszło do głowy? — zagadnął mnie Arsibalt, kiedy obaj się obudziliśmy. — U nas czegoś takiego nie ma.
— U nas, to znaczy…
— W nowoczesnym świecie matemowym, po Rekonstrukcji.
— A czego nie ma?
Arsibalt rozłożył ręce i rozejrzał się znacząco, jakby mówił Co ty, ślepy jesteś?!
Staliśmy przy stole ustawionym we wnęce na parterze karawanseraju. Przed nami rozpościerała się klauzura pokryta tysiącami identycznych rogatych, dziewięciokątnych kafelków, ułożonych z maszynową precyzją w nieokresową podwójną spiralę. Od samego patrzenia na nią dostawałem choroby lokomocyjnej. Odwróciłem się więc do niej plecami i spojrzałem na leżący na stole bochenek chleba — tak świeży, że z miejsca po odkrojonej piętce (którą zaopiekował się już Arsibalt, sławny złodziej piętek) buchała aromatyczna para. Chleb składał się z kilku warkoczy ciasta, przeplecionych w nietrywialny sposób i tworzących wzór, który, obawiałem się, miał głęboką wymowę teoryczną i nosił imię jakiegoś Elkhazgijskiego saunta.
— Nie mamy nic, co byłoby takie stare — wyjaśnił Arsibalt z ustami pełnymi chrupiącej skórki. — Takie… fantastyczne.
— Materny miały różne sposoby na Nieskalanie. — Odłamałem sobie kawałek chleba i usiadłem przy stole, oczywiście starym i intarsjowanym precyzyjnie przyciętymi kawałkami egzotycznego drewna. — Niektóre po prostu przestały być matemami.
— I w ten sposób uniknęły Łupieży.
— Otóż to.
— Ale jakiego rodzaju twór może coś mieć na własność przez cztery tysiące lat?
— To samo pytanie zadawałem sobie na Ecbie.
— Czyli mnie wyprzedzasz, fraa Erasmasie.
— Chyba można by to tak ująć.
— Do jakich wniosków doszedłeś?
Dla zyskania na czasie żułem spokojnie chleb — który, nawiasem mówiąc, był chyba najsmaczniejszym chlebem, jaki w życiu jadłem.
— Że nic mnie to nie obchodzi — odparłem w końcu. — Nie interesują mnie reguły, drzewo genealogiczne, dokumenty finansowe i nudna historia Dynastii.
Arsibalt spojrzał na mnie ze zgrozą.
— Jak możesz nie odczuwać fascynacji…
— Odczuwam. Na tym polega problem. Cierpię na przesyt fascynacją. Wypaliłem się i teraz ze wszystkich fascynujących spraw mogę wybrać jedną, najwyżej dwie.
— No to chyba mam kandydatkę — odezwał się Sammann.
Wszedł do klauzury z sąsiedniego dziedzińca, skąd, jak się domyśliłem, mógł się łączyć z Retikulum. Usiadł obok mnie i położył piszczek na stole. Ekran zapełniały obliczenia, nad którymi ślęczał w aeroplanie.
— Chronologia — wyjaśnił. — Jules twierdzi, że od czasu, gdy Daban Urnud wyruszył w pierwszą podróż międzykosmiczną, upłynęło osiemset osiemdziesiąt pięć i pół roku.
— Według czyjej rachuby? — zainteresował się Jesry.
Zwabiony zapachem chleba, zbiegł po schodach, rzucił się na bochenek jak zapaśnik na przeciwnika i wyszarpnął solidny kawał.
— Oto jest pytanie. — Sammann wyszczerzył w uśmiechu zęby. Arsibalt wypatrzył stojący na kredensie dzbanek z wodą i zaczął ją nalewać do glinianych kubków ozdobionych geometrycznymi deseniami.