Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 195 196 197 198 199 200 201 202 203 ... 253
Перейти на страницу:

— W miejscu, do którego się udajemy, będzie na nas czekał sprzęt. Mamy na nim ćwiczyć.

— Jaki sprzęt?

— Nie wiem, ale dam ci pewną wskazówkę: Jesry ma prowadzić szkolenie.

Spojrzałem na Jesry’ego, który zajął cały rząd foteli, usiadł na środkowym i obudował się amfiteatrem z papierów. Dawno się nauczyłem, że kiedy koncentruje się na czymś tak jak w tej chwili, nie należy mu przeszkadzać.

— Polecimy w kosmos — domyśliłem się.

— No właśnie… W tym kłopot.

Postanowiłem wykorzystać wszechobecny hałas i fakt, że straciliśmy łączność.

— Jakieś wieści na temat megazabójców? — zagadnąłem.

Lio zrobił taką minę, jakby miał pierwsze objawy choroby lokomocyjnej.

— Mógłbym ci chyba powiedzieć, jak działały.

— No to słucham.

Udał, że uderza mnie pięścią w twarz, ale powstrzymał cios w ostatniej chwili, tak że jego knykcie tylko musnęły mój policzek.

— Przemoc sprowadza się najczęściej do przekazania energii. Pięści, pałki, miecze, kule, promienie śmierci… Wszystkie mają jeden ceclass="underline" zwalić na ciało ofiary ładunek energetyczny.

— A trucizna?

— Powiedziałem „najczęściej”, więc nie baw się w Kefedokhlesa. Jakie najpotężniejsze źródło skoncentrowanej energii było znane na Arbre w okresie Straszliwych Wypadków?

— Rozszczepienie jąder atomowych.

Lio skinął głową.

— Którego najgłupszym sposobem wykorzystania było rozszczepienie mnóstwa jąder nad miastem i wypalenie wszystkiego do gołej ziemi. Skuteczne, ale niechlujne, i w dodatku niszczy mnóstwo rzeczy, których wcale nie trzeba niszczyć. Lepiej pozbyć się samych ludzi.

— Jak to zrobić?

— Ilość materiału rozszczepialnego niezbędna do zabicia człowieka jest mikroskopijna, więc problem sprowadza się do dostarczenia go właściwym ludziom.

— Coś w rodzaju brudnej bomby?

— Tak, ale projektanci megazabójców załatwili to o wiele bardziej elegancko. Zbudowali reaktor wielkości łebka od szpilki: maleńki mechanizm z ruchomymi częściami i kilkoma rodzajami materiału nuklearnego. Dopóki nie zostanie włączony, jest w zasadzie nieszkodliwy: mógłbyś jeść takie łyżkami i nie pochorowałbyś się bardziej niż po zbożowych ciasteczkach suur Efemuli. Za to po uaktywnieniu sieje neutronami na wszystkie strony i zabija… no, wszystko, co żywe, w promieniu do pół mili. Dokładny zasięg zależy od czasu napromieniowania.

— To wyjaśnia nazwę. Jaki jest mechanizm dostarczania megazabójców?

— Jaki sobie tylko wymarzysz.

— A co je aktywuje?

Lio wzruszył ramionami.

— Ciepłota ciała. Oddychanie. Dźwięk głosu. Zegar. Określona sekwencja genetyczna. Transmisja radiowa. Brak transmisji radiowej. Mam wymieniać dalej?

— Nie. Jakie sposoby dostarczenia i aktywatory rozważa w tej chwili państwo sekularne?

Lio zapatrzył się w dal.

— Nie zapominaj, że wystrzelenie większej masy w kosmos jest kosztowne. Zamiast jednego człowieka można by posłać na orbitę tysiące megazabójców, którzy na dodatek są tak mali, że nie widać ich na radarze. A gdyby choć niewielka ich część dotarła w pobliże Daban Urnuda…

— Rozumiem tę strategię, ale prowadzi ona do obrzydliwej konkluzji…

— Czy to właśnie my zostaniemy poproszeni o ich przewiezienie? Nie sądzę. Będziemy co najwyżej robić dywersję.

— Czyli odwracać ich uwagę — przetłumaczyłem sobie. — A megazabójcy zostaną dostarczeni na miejsce w inny sposób.

Lio skinął głową.

— Pocieszające — powiedziałem.

Wzruszył ramionami.

— Mogę się mylić — zauważył.

Miałem ochotę wyjść na zewnątrz i zaczerpnąć świeżego powietrza, ale ograniczyłem się do paru rundek tam i z powrotem w przejściu między fotelami. Jules Verne Durand zasnął, siedzący obok niego Sammann pochylił się nad piszczkiem…

Zaraz, przecież ktoś zagłuszał sygnał, prawda? Zajrzałem mu przez ramię i stwierdziłem, że po prostu coś liczy.

Kiedy zajrzałem przez ramię Jesry’emu, okazało się, że faktycznie czyta instrukcję obsługi skafandra kosmicznego. Dla pewności spojrzałem jeszcze raz: nie, nie pomyliłem się. Siedząca po sąsiedzku suur Vay przeglądała podobne dokumenty, od czasu do czasu wymieniając się nimi z Jesrym. Inni Dzwonecznicy spali. Fraa Jaad nie spał i śpiewał, chociaż trudno było odróżnić jego burdon od miarowego buczenia silników. Wróciłem do wyglądania przez okno.

Przecięliśmy na skos pasmo starych, zerodowanych gór i znaleźliśmy się nad rozpościerającą się po horyzont płaszczyzną: zbrązowiałym w letnim słońcu trawiastym stepem. Aeroplan zniżał lot. Błysnęła rzeka i wlecieliśmy nad przemysłowe obrzeża średniej wielkości miasta. Wylądowaliśmy w ciągnącej się bez końca bazie wojskowej: płaskich terenów nie brakowało i nie było potrzeby ograniczać się w ich wykorzystywaniu.

Przyjechał po nas wojskowy drumon z plandeką. Nie mieliśmy okien, nie mogliśmy też wyjrzeć do przodu, więc tylko przez otwarty tył wozu oglądaliśmy ulice stareńkiego, niezbyt zamożnego miasta, rozgałęziające się na boki w tumanach wzbijanego przez nas kurzu. Na ulicach częściej niż gdzie indziej widywało się zwierzęta (juczne i pociągowe) i więcej ludzi przenoszących ładunki, które w innych miejscach powierzono by pojazdom. W pewnym momencie zabudowa zagęściła się i postarzała, żółte cegły pokrył deseń wielobarwnych płytek ceramicznych i ciężki cień przesunął się nam nad głowami, jak w czasie bombardowania — nie był to jednak aeroplan, tylko brama w grubym murze. Kolejne bramy zatrzaskiwały się za nami i zamykały na sztaby, aż w końcu nasz pojazd zatrzymał się na wyłożonym kafelkami placu. Wygramoliliśmy się z drumonu na dziedziniec wiekowego czterokondygnacyjnego budynku: kamień, cegła i kute żelazo, łagodzone kaskadami kwitnącej winorośli, o pniach grubych jak moja talia. Szemrząca pośrodku placyku fontanna dostarczała wody winorośli i karłowatym drzewkom owocowym rosnącym w donicach i rzucającym miłe plamy cienia na plac, który bez nich byłby nieprzyjemnym przystankiem.

— Witam w karawanseraju Elkhazg — zabrzmiał głos.

Spojrzeliśmy w kierunku, z którego dobiegał, i zobaczyliśmy stojącego w cieniu drzewka starego mężczyznę. Nie pasował do tego miejsca: należał do grupy etnicznej, którą kojarzyliśmy raczej z innymi rejonami Arbre. Doskonale mówił po orthyjsku.

— Jestem Sukcesorem — ciągnął. — Nazywam się Magnath Foral i z przyjemnością będę waszym gospodarzem.

Po oficjalnej prezentacji Magnath Foral opowiedział nam pokrótce historię Elkhazgu. Nawet nie starałem się go słuchać: wystarczyło mi kilka słów kluczowych, żebym odtworzył to, czego jako fid uczyłem się o tym miejscu. Był to jeden z najstarszych cartaskich matemów, założony przez fraa i suur oglądających na własne oczy upadek Bazu i osobiście znających Matkę Cartas. Przemierzyli lasy i góry, żeby założyć ten matem na pustkowiu, nad zakolem starorzecza, kilka mil od nowego koryta rzeki. Nieopodal rzekę przecinał stary trakt handlowy: był na tyle blisko, żeby w razie potrzeby można było z kimś zahandlować, a zarazem dostatecznie daleko, żeby nie przeszkadzał i nie zagrażał matemowi. Setki lat później surowa zima i następująca po niej burzliwa wiosna przełamały kilka wiekowych lodowych zapór, zmieniły bieg rzeki i starorzecze znowu stało się jej korytem. Szlak handlowy dostosował się i uznał Elkhazg za najdogodniejsze miejsce do jej przekraczania — także dlatego, że przez ten czas wokół matemu wyrosła stabilna i całkiem zamożna osada sekularna.

Niektórzy deklaranci porzuciliby taki matem i udali się na poszukiwanie bardziej odludnego miejsca (zapewne gdzieś w głębi gór), ale mieszkańcy Elkhazgu byli inni. Zwrócili uwagę, że towary przenoszone przez rzekę na grzbietach jucznych zwierząt nie ograniczają się do tkanin, futer i przypraw, lecz zawierają także księgi i zwoje. Poszli na kompromis, na wieść o którym Matka Cartas zwaliłaby kopniakiem pokrywę swojego chalcedonowego sarkofagu i rzuciła się na nich z obtłuczoną butelką: otworzyli przy matemie dobrze prosperujący karawanseraj i zorganizowali przeprawę promową przez rzekę. Za korzystanie z nich pobierali myto w jednej tylko postaci: ich fraa i suur mieli prawo skopiować każdą przewożoną tędy księgę i każdy zwój, nawet takie, których treści nie rozumieli. Z czasem zaczęli nieco szerzej interpretować zapisy umowy i zabrali się do kopiowania wzorów geometrycznych na materiałach, naczyniach i innych towarach — mieszkańcy Elkhazgu w sposób szczególny interesowali się bowiem geometrią płaszczyzny i tesselacją. Zamiast wdawać się w tym miejscu w szczegóły, dość będzie stwierdzić, że w powszechnej opinii teorów Elkhazg zaczął się na stałe kojarzyć z zagadnieniami z dziedziny parkietażu. Ważnym kształtom kafelków i twierdzeniom opisującym ich właściwości nadawano nazwy upamiętniające nie tylko mieszkańców Elkhazgu, ale nawet niektóre jego ściany i posadzki.

1 ... 195 196 197 198 199 200 201 202 203 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)