Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Mój imiennik pękłby z dumy! — obwieścił. Przeszedł na sam tył autokaru, przedstawiając się wszystkim członkom komórki numer 317 jako Jules. — W takim towarzystwie z przyjemnością umrę z głodu.
— Niezłego musi mieć imiennika — mruknął Jesry, kiedy Jules nas minął.
— Podczas naszych rozlicznych przygód chętnie ci o nim opowiem, przyjacielu — odparł Jules, który najwyraźniej usłyszał jego uwagę. Laterryjczycy musieli mieć niezły słuch.
— Dziesięciu jest, jednego brakuje! — zawołał kierowca do kogoś, kto stał przy drzwiach.
— To komplet — zabrzmiał znajomy głos. — Jedziemy!
I do autokaru wskoczył Lio. Drzwi zamknęły się za nim z sykiem i pojazd ruszył. Lio, podobnie jak przed chwilą Jules, przeszedł przez cały autokar, utrzymując równowagę nawet na największych wybojach. Tych, których jeszcze nie znał, przywitał uściskiem dłoni; starym kompanom spod edharskiego zegara mało nie zmiażdżył żeber w uścisku; Dzwonecznikom po prostu się ukłonił — chociaż zauważyłem, że fraa Ossa skłonił mu się głębiej i bardziej oficjalnie niż Lio jemu. To był dla mnie pierwszy sygnał, że Lio jest szefem naszej komórki.
Po dwudziestu minutach znaleźliśmy się na aerodromie. Wojskowa eskorta bardzo przyspieszyła nasz przejazd, obeszło się też bez zbędnych formalności, sprawdzania biletów, kontroli bezpieczeństwa: wjechaliśmy przez strzeżoną bramę prosto na pas dojazdowy i zatrzymaliśmy się przy wojskowym aeroplanie transportowym, który na tę noc przystosowano do przewozu pasażerów. Oficerowie jadący z nami autokarem mieli stanowić naszą załogę. Wysiedliśmy gęsiego, przeszliśmy dziesięć kroków i po podstawionych do burty aeroplanu schodkach weszliśmy na pokład.
Nie byłem szczęśliwy, nie byłem smutny, ale przede wszystkim wcale nie byłem zaskoczony. Teraz już doskonale rozumiałem logikę, jaką kierowała się Ala. Kiedy już pogodziła się z tym, że musi podjąć „straszną decyzję”, nie pozostało jej nic innego, jak doprowadzić plan do końca i wrzucić wszystkich, których lubi, do jednej komórki. Wiele ryzykowała: gdybyśmy wszyscy przepadli, do końca życia dręczyłyby ją wyrzuty sumienia. Ale dzięki temu zmniejszyła ryzyko, jakie my ponosiliśmy: byliśmy razem i mogliśmy sobie pomagać, a gdybyśmy zginęli, to w doborowym towarzystwie.
— Mógłbym przesłać wiadomość suur Ali? — zapytałem Sammanna, kiedy zajęliśmy miejsca, a silniki rozkręciły się na tyle, żeby zagłuszyć moje słowa. — Chciałem jej powiedzieć, że dobrze zrobiła.
— Nie ma sprawy — odparł Sammann. — Coś jeszcze? Wiesz, mam otwarty kanał…
Zastanowiłem się. Tyle mogłem jej powiedzieć. Tyle powinienem…
— Prywatny? — zapytałem.
— Bądź rozsądny.
— W takim razie nie. Nic więcej.
Sammann wzruszył ramionami i znowu zapatrzył się w piszczek. Aeroplan gwałtownie ruszył. Zapadłem się w fotelu, namacałem w ciemności zimne części sprzączki i zapiąłem pas.
Część 11 ZSTĄPIENIE
Teglon: Niezwykle złożone zagadnienie geometryczne, które od pokoleń zaprząta umysły teorów — najpierw w Orithenie, potem na całej Arbre. Chodzi o pokrycie dziesięciokąta foremnego płytkami o siedmiu różnych kształtach, zgodnie z pewnymi dodatkowymi obwarowaniami.