Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 194 195 196 197 198 199 200 201 202 ... 253
Перейти на страницу:

— Mój imiennik pękłby z dumy! — obwieścił. Przeszedł na sam tył autokaru, przedstawiając się wszystkim członkom komórki numer 317 jako Jules. — W takim towarzystwie z przyjemnością umrę z głodu.

— Niezłego musi mieć imiennika — mruknął Jesry, kiedy Jules nas minął.

— Podczas naszych rozlicznych przygód chętnie ci o nim opowiem, przyjacielu — odparł Jules, który najwyraźniej usłyszał jego uwagę. Laterryjczycy musieli mieć niezły słuch.

— Dziesięciu jest, jednego brakuje! — zawołał kierowca do kogoś, kto stał przy drzwiach.

— To komplet — zabrzmiał znajomy głos. — Jedziemy!

I do autokaru wskoczył Lio. Drzwi zamknęły się za nim z sykiem i pojazd ruszył. Lio, podobnie jak przed chwilą Jules, przeszedł przez cały autokar, utrzymując równowagę nawet na największych wybojach. Tych, których jeszcze nie znał, przywitał uściskiem dłoni; starym kompanom spod edharskiego zegara mało nie zmiażdżył żeber w uścisku; Dzwonecznikom po prostu się ukłonił — chociaż zauważyłem, że fraa Ossa skłonił mu się głębiej i bardziej oficjalnie niż Lio jemu. To był dla mnie pierwszy sygnał, że Lio jest szefem naszej komórki.

Po dwudziestu minutach znaleźliśmy się na aerodromie. Wojskowa eskorta bardzo przyspieszyła nasz przejazd, obeszło się też bez zbędnych formalności, sprawdzania biletów, kontroli bezpieczeństwa: wjechaliśmy przez strzeżoną bramę prosto na pas dojazdowy i zatrzymaliśmy się przy wojskowym aeroplanie transportowym, który na tę noc przystosowano do przewozu pasażerów. Oficerowie jadący z nami autokarem mieli stanowić naszą załogę. Wysiedliśmy gęsiego, przeszliśmy dziesięć kroków i po podstawionych do burty aeroplanu schodkach weszliśmy na pokład.

Nie byłem szczęśliwy, nie byłem smutny, ale przede wszystkim wcale nie byłem zaskoczony. Teraz już doskonale rozumiałem logikę, jaką kierowała się Ala. Kiedy już pogodziła się z tym, że musi podjąć „straszną decyzję”, nie pozostało jej nic innego, jak doprowadzić plan do końca i wrzucić wszystkich, których lubi, do jednej komórki. Wiele ryzykowała: gdybyśmy wszyscy przepadli, do końca życia dręczyłyby ją wyrzuty sumienia. Ale dzięki temu zmniejszyła ryzyko, jakie my ponosiliśmy: byliśmy razem i mogliśmy sobie pomagać, a gdybyśmy zginęli, to w doborowym towarzystwie.

— Mógłbym przesłać wiadomość suur Ali? — zapytałem Sammanna, kiedy zajęliśmy miejsca, a silniki rozkręciły się na tyle, żeby zagłuszyć moje słowa. — Chciałem jej powiedzieć, że dobrze zrobiła.

— Nie ma sprawy — odparł Sammann. — Coś jeszcze? Wiesz, mam otwarty kanał…

Zastanowiłem się. Tyle mogłem jej powiedzieć. Tyle powinienem…

— Prywatny? — zapytałem.

— Bądź rozsądny.

— W takim razie nie. Nic więcej.

Sammann wzruszył ramionami i znowu zapatrzył się w piszczek. Aeroplan gwałtownie ruszył. Zapadłem się w fotelu, namacałem w ciemności zimne części sprzączki i zapiąłem pas.

Część 11 ZSTĄPIENIE

Teglon: Niezwykle złożone zagadnienie geometryczne, które od pokoleń zaprząta umysły teorów — najpierw w Orithenie, potem na całej Arbre. Chodzi o pokrycie dziesięciokąta foremnego płytkami o siedmiu różnych kształtach, zgodnie z pewnymi dodatkowymi obwarowaniami.

— Słownik, wydanie czwarte, 3000 p.r.

Czerwone światło obudziło mnie — a właściwie w ogóle nie dało mi zasnąć. Nie była to czysta, krwawa czerwień sygnałów alarmowych, tylko ciepła, rozmyta, różowopomarańczowa poświata. Wpadała przez małe i nieliczne okna aeroplanu. Rozpiąłem pas, podszedłem do najbliższego (na sztywnych nogach, bo jakoś źle się ułożyłem i wszystkie kończyny miałem teraz odrętwiałe i mrowiące) i mrużąc oczy, zacząłem podziwiać przepiękny wschód słońca nad tym samym lodowym krajobrazem, który niedawno przemierzałem saniami.

Trochę kręciło mi się w głowie i przez minutę żywiłem zwariowaną nadzieję, że z jakiegoś powodu wracamy na Ecbę. Nie umiałem jednak dopasować widzianych w dole gór i lodowców do obrazów, jakie zapamiętałem z podróży. Z przyzwyczajenia poszukałem wzrokiem Sammanna, który pewnie mógłby mi pokazać jakąś mapę, ale siedział obok Julesa Verne Duranda. Obaj mieli słuchawki. Sammann tylko słuchał, Jules na przemian słuchał i mówił — znacznie częściej mówił; czasem rysował coś na piszczku Sammanna, a ten wysyłał obraz gdzieś dalej.

Zirytował mnie ten widok. Obecność Laterryjczyka w komórce numer 317 była jak medal, który ktoś przypiął nam do piersi. Dzięki niemu wiedzieliśmy i mogliśmy zrobić więcej niż inne komórki. Nie przewidziałem jednak, że przy okazji dostaniemy też bezprzewodowe łącze do Retikulum, które wyda Julesa na pastwę wszystkich gryzipiórków, którzy akurat będą mieli ochotę go o coś zapytać; zamierzali wyciągnąć z niego ile się da, zanim padnie z głodu. Hałas w aeroplanie zagłuszał słowa, ale zorientowałem się, że przesłuchanie trwa już dłuższy czas i Jules jest zmęczony: miotał się w poszukiwaniu słów, przerywał w pół zdania, cofał się, poprawiał frazeologię. Orth jest piekielnie trudnym językiem i fakt, że Jules mówił nim tak dobrze, zakrawał na cud. Zwłaszcza że uczył się go najdalej od dwóch lat, bo od tak dawna, według naszych wyliczeń, Geometrzy mogli odbierać sygnały z Arbre. Albo Laterryjczycy byli bystrzejsi od nas, albo sam Jules miał nieprzeciętny talent.

Arsibalt też wstał i spacerował między fotelami. Dołączył do mnie przy oknie i zaczęliśmy pokrzykiwać do siebie. Połączywszy swoją wiedzę geograficzną, przekonaliśmy siebie samych, że oddalamy się od bieguna po jakimś bardziej wschodnim południku niż ten przechodzący przez Ecbę. Nasze podejrzenia się potwierdziły, gdy najpierw skończył się lód, potem tundra, i znaleźliśmy się nad obszarami lądu, gdzie klimat był bardziej umiarkowany: zobaczyliśmy spore połacie lasów i bardzo niewiele miast.

Nie dziwiłem się ludziom, że nie chce im się wstawać: przeskoczyliśmy ponad pół tuzina stref czasowych. Ja wprawdzie wmówiłem sobie, że przespałem całą noc, ale w rzeczywistości chyba nie zmrużyłem oka.

Pamiętałem, że Lio siedział sam z przodu i próbował się zaprzyjaźnić z wojskowym piszczkiem. Widząc, że go odłożył, przysiadłem się do niego.

— Zakłócają — poinformował mnie.

Obejrzałem się na Sammanna i Julesa: właśnie zdejmowali słuchawki. Widząc, że na nich patrzę, Sammann rozłożył ręce i zniesmaczony pokręcił głową. Julesowi chyba ulżyło, że został odcięty od Retu: osunął się ciężko w fotelu, zamknął oczy, przetarł twarz i zaczął sobie masować skórę głowy.

— To chyba było do przewidzenia — powiedziałem do Lio.

On jednak wpadł w jeden z tych swoich Lio-transów, w których nie reagował na słowa. Chwyciłem piszczek, wyrżnąłem go nim w ramię, rozłożyłem ręce, wyrzuciłem zabawkę. Lio przyglądał mi się z zainteresowaniem, a na koniec się uśmiechnął.

— Itowie potrafią podpiąć się do Retikulum przez łącza naziemne — powiedział. — Kiedy się zatrzymamy, znowu nas podłączą.

— Jakie masz rozkazy? — zapytałem.

— Przyczaić się, co właśnie robimy. Podobnie jak wszystkie inne komórki.

— Co potem?

1 ... 194 195 196 197 198 199 200 201 202 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)