Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Ciągnący się za murem łagodnie nachylony odsłonięty teren — miejsce, gdzie chętnie spacerowali okoliczni mieszkańcy — tego wieczoru zmienił się w parking dla wojskowych drumonów: platform na kołach, przykrytych płóciennymi plandekami. W pierwszej chwili zobaczyłem tylko kilka pierwszych, stojących najbliżej dziury w murze i kupy gruzu, ponieważ światło latarek dalej nie sięgało. Identyfikator jednak nalegał, żebym wszedł między nie głębiej, i wtedy dotarło do mnie, że drumony zajmują w tej ciemności powierzchnię chyba mili kwadratowej. Zewsząd dobiegał warkot włączonych silników. Mrok rozpraszała zimna poświata światłopąków, blask sfer w rękach deklarantów i odbijające się w oczach kierowców światełka na deskach rozdzielczych. Same drumony miały pogaszone reflektory.
Coś mnie dogoniło, rozstąpiło się, wyprzedziło mnie z obu stron i pobiegło dalej; bardziej to poczułem, niż usłyszałem — był to oddział Dzwoneczników ubranych w czarne zawoje i bezszelestnie przemierzających noc.
Truchtałem dłuższy czas, klucząc — zgodnie ze wskazaniami identyfikatora — wśród zaparkowanych pojazdów. Po prawej stronie minąłem następny wyłom i towarzyszącą mu górę światła, a chwilę później zza zakrętu muru wyłonił się kolejny. Z obu wylewały się szerokie strumienie deklarantów, nie miałem więc przynajmniej wrażenia, że się spóźniłem. Od czasu do czasu dostrzegałem samotną suur lub fraa, którzy z twarzą podświetloną poświatą identyfikatora zachodzili któryś drumon od tyłu, porównywali jego numer z wyświetlonym na identyfikatorze, a na ich twarzach odmalowywało się narastające przekonanie: tak, to ten. Ze środka wysuwały się ręce, wciągały ich na platformę, słyszałem wymieniane powitania. Wszyscy byli dziwnie radośni. Nie wiedzieli tego, co ja; nie mieli pojęcia, w co się pakujemy.
Fioletowa linia zaprowadziła mnie za ostatni z drumonów, gdzie stał już tylko jeden pojazd dostatecznie duży, żeby pomieścić jakąkolwiek większą komórkę: autokar obklejony fototypami zachwyconych hazardzistów, najprawdopodobniej zarekwirowany w jakimś kasynie. Nie mogłem uwierzyć, że to do niego właśnie mam się udać, ale ilekroć próbowałem go wyminąć, fioletowa strzałka w irytujący sposób zmieniała kierunek i kazała mi zawrócić. Podszedłem więc do drzwi w boku pojazdu i spojrzałem na prowadzące na górę stopnie. Siedział na nich wojskowy kierowca, którego twarz widziałem w poświacie piszczka.
— Erasmas z Edhara? — zapytał, najwyraźniej odebrawszy sygnał z mojego identyfikatora.
— Tak.
— Witam w komórce numer trzysta siedemnaście. — Ruchem głowy kazał mi wejść. — Sześciu jest, pięciu brak — mruknął, kiedy go wymijałem. — Postaw plecak na siedzeniu obok siebie: szybciej wsiądziesz, szybciej wysiądziesz.
W przejściu i na spodniej powierzchni półek na bagaż były zainstalowane świecące paski, rzucające słabą poświatę na siedzenia i zajmujących je ludzi. W środku było pustawo. Pierwsze dwa rzędy zajmowali żołnierze; rozmawiali przez piszczki albo oglądali coś na swoich wyświetlaczach. Pewnie oficerowie, pomyślałem. Potem było kilka rzędów pustych, aż w końcu na zajętym fotelu zobaczyłem znajomą twarz: Sammann, jak zwykle wpatrzony w swój superpiszczek. Podniósł głowę, rozpoznał mnie, ale nie uśmiechnął się, jak to miał w zwyczaju, tylko pospiesznie spuścił wzrok.
W półmroku za jego plecami dostrzegłem kilka foteli z plecakami. Obok każdego z nich widniała pochylona w medytacji łysa głowa.
Zatrzymałem się tak gwałtownie, że mój własny plecak omal mnie nie pociągnął na ziemię. No, stary durniu, chyba jednak wsiadłeś do niewłaściwego autokaru, rozległ się głos w mojej głowie, a moje nogi prawie ruszyły do wyjścia, żeby wynieść mnie na dwór, nim kierowca zamknie drzwi i odetnie mi drogę ucieczki.
Przypomniałem sobie wtedy, że kierowca zwrócił się do mnie po imieniu i kazał mi wsiąść. Spojrzałem na Sammanna — zrobił minę cierpiętnika, z którą tylko ita mógł wyglądać wiarygodnie, i wzruszył ramionami.
Rzuciłem plecak na pusty fotel i usiadłem obok, rzuciwszy wcześniej okiem na twarze Dzwoneczników. Rozpoznałem fraa Ossę, pewuera; suur Vay, która pozszywała mnie do kupy żyłką wędkarską; suur Esmę, która akrobatycznym krokiem przemierzyła plac w Mahshcie, szarżując na snajpera; oraz fraa Gratha, który najpierw osłaniał mnie przed uzbrojonym wodzem gheethów, a potem go rozbroił.
Siedziałem bez ruchu. Nie wiedziałem, jak się przygotować na to, co ma nadejść — ale chciałem, żeby nadeszło jak najszybciej.
Następny do autokaru wsiadł Jesry. Zobaczył to, co ja chwilę wcześniej, i na jego twarzy odbiły się chyba te same emocje, tyle tylko że nieco słabsze: został już przecież wybrany do lotu w kosmos, więc miał prawo spodziewać się czegoś równie wyjątkowego. Mijając mnie, dał mi kuksańca w bark.
— Cieszę się, że jesteśmy razem, mój fraa — powiedział. — Gdybym miał wyparować, to najchętniej w twoim towarzystwie.
— Masz, czego chciałeś — odparłem, wspomniawszy naszą rozmowę podczas apertu.
Niedługo potem dołączył do nas fraa Jaad. Usiadł sam, zaraz za oficerami. Skinął mi głową, odpowiedziałem mu w ten sam sposób, a kiedy usadowił się wygodnie, Dzwonecznicy zaczęli podchodzić do niego jeden po drugim i składać wyrazy uszanowania.
Do autokaru weszło dwoje itów: młoda kobieta i bardzo stary mężczyzna. Przystanęli nad Sammannem i przez kilka długich minut recytowali sobie nawzajem ciągi liczb. Kiedy zacząłem na serio snuć fantazje o trojgu itach w naszej komórce, dwójka nowo przybyłych wyszła. Więcej ich nie zobaczyliśmy.
Fraa Arsibalt stanął między fotelami z przodu pojazdu, obok kierowcy, i przez pół minuty poważnie się zastanawiał, czy nie lepiej wziąć nogi za pas. W końcu jednak wziął niewiarygodnie głęboki wdech, jakby chciał wyssać całe powietrze z autokaru, stanowczym krokiem wszedł głębiej i usiadł za Jesrym.
— Psiakrew, naprawdę mam nadzieję, że doczekam się za to witraża — mruknął.
— Może wolałbyś, żeby nazwali zakon twoim imieniem? — zaproponowałem. — Albo koncent?
— Może być. Pod warunkiem, że takie rzeczy będą jeszcze istniały na Arbre, kiedy Zstąpienie się zakończy.
— Dajże spokój, dla tamtych jesteśmy Hylaejskim Światem Teorycznym! Jak mieliby nas zniszczyć?
— Zmuszając nas do samozagłady.
— Dość tego — wtrącił się Jesry. — Arsibalcie, oficjalnie mianowałeś siebie specjalistą od morale komórki numer trzysta siedemnaście.
Jesry nie wszystko rozumiał z naszej rozmowy, zaczęliśmy mu więc pokrótce relacjonować przebieg ostatniego messalu, kiedy do autokaru władował się Jules Verne Durand, obwieszony najróżniejszymi torbami, butelkami i koszami. Jego obecność w naszej komórce musiała być efektem jakiejś pospiesznej improwizacji: niemożliwe, żeby Ala coś dla niego zaplanowała. Na wstępie oblał się chyba zimnym potem, ale później — jeśli dobrze wyczytałem to z jego twarzy — rozpromienił się.