Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Przepraszam… — wtrąciła się Ignetha Foral. — Po co przebudowywali statek?
— Między innymi dlatego, że był już mocno zużyty, ale przede wszystkim chodziło o jedzenie. Każda rasa musi gromadzić własne zapasy pożywienia; przyczyny takiego stanu rzeczy wyjaśnił w swoim eksperymencie fraa Erasmas. — Powiódł wzrokiem po messalanie. — I tak oto zostałem skazany na głodową śmierć wśród wszelkiej obfitości, chyba że w drodze zabiegów dyplomatycznych uda wam się namówić pasażerów Daban Urnuda, żeby przysłali pokarm, który będę mógł strawić.
— Postaramy się ocalić laterryjskie jedzenie, jakie jeszcze jest w kuchni. — Tris, która na początku tej rozmowy przyszła posłuchać, wybiegła z messalanu.
— To będzie kwestia priorytetowa w naszym rozmowach z Piedestałem — zapewniła Ignetha Foral.
— Dziękuję. Dla kogoś takiego jak ja śmierć głodowa byłaby najgorszym, najbardziej upokarzającym końcem.
— Jak wyglądało Drugie Zstąpienie, na Laterre? — zainteresowała się suur Moyra.
— Oszczędzę wam szczegółów. Było lepiej niż na Tro, ale w każdym kosmosie taka wizyta wywołuje zamęt. Zstąpienie trwa od dwudziestu do dwustu lat. Bez względu na to, czy do nas dołączycie, Daban Urnud zostanie całkowicie przebudowany. Żadna z waszych instytucji politycznych i religijnych nie przetrwa w obecnej postaci. Wybuchną wojny. Część z was znajdzie się na pokładzie odnowionego Daban Urnuda, który w końcu ruszy w drogę na poszukiwanie kolejnej Historii.
— Z tobą też tak było na Laterre — domyślił się Lodoghir.
— Nie, nie ze mną. Z moim pradziadkiem. Moi przodkowie przeżyli podróż na Fthosa i Trzecie Zstąpienie, ja zaś urodziłem się na samym Fthosie. Teraz będzie podobnie.
— Chyba że użyją przeciwko nam Wypalacza Światów — zauważyła Ignetha Foral.
Dopiero zaczynałem się uczyć laterryjskiej mimiki, byłem jednak pewien, że to, co odmalowało się na twarzy Julesa Verne Duranda, było najczystszą zgrozą.
— Ta potworność została wynaleziona na Urnudzie, podczas tej wielkiej wojny… chociaż nie ukrywam, że i my, na Laterre, mieliśmy podobne zamiary.
— My również — przyznała Moyra.
— Powinniście coś wiedzieć: wśród Urnudczyków panuje głęboko zakorzenione przekonanie, że każde kolejne Zstąpienie następuje w świecie bardziej idealnym, bliższym Hylaejskiemu Światu Teorycznemu, jak wy byście to powiedzieli. Nie mam czasu na wdawanie się w szczegóły, ale sam czasem łapałem się na myśli, że Urnud i Tro wydają mi się niedoskonałymi przybliżeniami Laterre. Poza tym my postrzegaliśmy Fthos w podobny sposób, jak Troanie postrzegali Laterre. Teraz przybyliśmy do nowego świata i w Piedestale zapanował lęk, że Arbryjczycy mogą nas dalece przewyższać pod względem posiadanych cech i umiejętności; do tego stopnia, że niektóre z nich będą dla nas całkowicie niezrozumiałe. Członkowie Piedestału są przeczuleni na punkcie wszystkiego, co wydaje się…
— Stąd wysłanie komandosów i wyrafinowany gambit mający wybadać kwestię inkanterów — wszedł mu w słowo Lodoghir.
— Oraz retorów — przypomniał Paphlagon.
— To powrót do polityki z okresu Trzeciej Łupieży! — Moyra parsknęła śmiechem. — Z tą różnicą, że teraz zrobiło się o wiele niebezpieczniej.
— Macie, a właściwie mamy, pewien problem — ciągnął Jules Verne Durand. — Nie wiem, jak ich przekonać, że retorzy i inkanterzy nie istnieją.
— W skrócie… Atamant i jego miedziana misa? — zapytał Lodoghir.
— To historia luźno oparta na biografii laterryjskiego filozofa, Edmunda Husserla, który trzymał na biurku miedzianą popielniczkę — odparł Jules Verne Durand. Nie wiedziałem, czy dobrze odczytuję wyraz jego twarzy, ale chyba był bardzo zakłopotany. — Musiałem ją trochę ubarwić. Znikająca rysa miała was sprowokować, żebyście powiedzieli wprost, czy mieszkańcy Arbre potrafią robić takie rzeczy.
— I jak uważasz, podstęp się udał? — spytała Ignetha Foral.
— Ci, którzy mnie przysłali, nabrali jeszcze większych podejrzeń. Kazali mi was przycisnąć dziś wieczorem.
— Czyli jeszcze nie podjęli decyzji?
— Teraz już pewnie tak.
Podłoga podskoczyła nam pod nogami, w powietrzu nagle uniosły się tumany kurzu. Zapadła cisza, którą po chwili zmąciła seria około dwudziestu głuchych łoskotów, przetaczających się w powietrzu przez jakieś piętnaście sekund.
— Spokojnie! — odezwał się Lio. — Wszystko idzie zgodnie z planem. Słyszeliście kontrolowane eksplozje ładunków burzących, które wyrwały dziury w zewnętrznym murze. Dzięki nim nie stłoczymy się wszyscy przy Bramie Dziennej i będziemy mogli szybko opuścić teren koncentu. To początek ewakuacji. Spójrzcie na identyfikatory.
Wyjąłem swój spod fałdy zawoju: wyświetliła się na nim kolorowa mapa okolicy, jak na ekranie nawigacyjnym mapomatu. Moja droga ewakuacji była zaznaczona na fioletowo. Na mapę nałożony był rysunek plecaka z migającym czerwonym znakiem zapytania.
Donowie zrobili wiekopomny krok: odsunęli się od stołu. Zaczęli oglądać identyfikatory, wymieniać jakieś uwagi — dopóki Lio nie wskoczył na stół i nie tupnął głośno. Wszyscy spojrzeli na niego.
— Dość gadania.
— Ale… — próbował zaprotestować Lodoghir.
— Nie mów — powiedział Lio. — Działaj!
Wydał ten rozkaz głosem, jakim nigdy nie przemawiał — wydało mi się natomiast, że podobny ton słyszałem na ulicach Mahshtu. Najwyraźniej trenował nie tylko ciało, ale także głos; uczył się od Dzwoneczników używać go jako broni. Usunąłem się z drogi donom, którzy, zarzuciwszy plecaki na ramię, gęsiego wybiegli z messalanu, i wszedłem w korytarz. Tam wziąłem swój plecak, przerzuciłem go przez jedno ramię i spojrzałem na identyfikator: nałożony na mapę rysunek zniknął. Wszedłem do kuchni, gdzie Tris i Lio pomagali Julesowi Verne Durandowi pakować do toreb i koszy resztki jedzenia.
Wyszedłem na tyły Fundy Avrachona. Ewakuacja pradawnego Koncernu Saunta Tredegarha trwała w najlepsze.
Tysiące stóp nad naszymi głowami aeroplany lądowały na czubkach wież tysięczników.
Cały ten pomysł z plecakami i identyfikatorami wydawał mi się nieznośnie toporny — zresztą nie tylko mnie, rozmawiałem z wieloma osobami, które podzielały moją opinię; jego pomysłodawcy potraktowali konwoks jak letni obóz dla pięciolatków. Dopiero podczas piętnastominutowej przebieżki przez ewakuowanego Tredegarha zacząłem go doceniać. Nie ma planów i procedur dostatecznie prostych, żeby nie posypały się (dramatycznie i widowiskowo), kiedy tysiące ludzi jednocześnie zaczną je realizować. Ciemności potęgowały chaos dwukrotnie, pośpiech przydawał mu kolejnego rzędu wielkości. Ludzie, którzy zgubili identyfikatory i plecaki, błąkali się w panice po terenie koncentu, ale prędzej czy później zbierali się wokół ciężarówek, nawołujących przez głośniki: „Podejdź tutaj, jeżeli nie masz plecaka albo identyfikatora!”. Wojskowi lekarze natychmiast dopadali rannych i poszkodowanych: skręcone kostki, hiperwentylacja, zawały. Młodzi fidowie nieśli na barana starsze prasuur i wiekowych prafraa, którzy nie byli w stanie nadążyć za tłumem. Wpatrzeni w identyfikatory ludzie biegali po omacku, zgodnie z najlepszymi slapstickowymi tradycjami zderzali się, przewracali, rozbijali sobie nosy, kłócili się, kto zawinił. Kilka razy przystanąłem, żeby komuś pomóc, ale zespoły wsparcia były zdumiewająco skuteczne — i dość nieuprzejme, kiedy tłumaczyły mi, że zamiast plątać im się pod nogami, powinienem raczej biec do wyjścia. Dostrzegałem w tym wszystkim rękę Ali. Widząc, że ewakuacja przebiega całkiem sprawnie, przyspieszyłem kroku, przeciąłem rozległą plantację drzew arkuszowych obwieszonych liśćmi, które nigdy nie zostaną zżęte, i skierowałem się do poszarpanego, zawalonego gruzem otworu w murze. Po drugiej stronie, extramuros, snopy światła z latarek cięły kurz, rysując otwór siną bielą. Długie skaczące cienie wyrastały za plecami gramolących się po gruzie deklarantów, którym pomagali żołnierze, oświetlając co bardziej zdradzieckie odcinki przeprawy i pokrzykując na tych, którzy potykali się lub spoglądali na nich lękliwie. Mój identyfikator kazał mi przejść przez tę dziurę, więc tak właśnie zrobiłem, starając się nie myśleć o tysiącletnich kamiennych blokach, po których deptałem, i o deklarantach, którzy je obrabiali i budowali z nich mur.