Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Masz na to jakąś maść? — spytał Gorgidasa pokazując mu ręce.
— Obawiam się, że zabrałem tylko kilka lekarstw — odparł Grek, nie wyjaśniając Gou-delesowi, dlaczego porzucił swoje poprzednie zajęcie. Widząc jednak cierpienia Videssańczyka, dodał: — Maść z tłuszczu i miodu mogłaby ci przynieść ulgę, jak sądzę. Poproś o nie Plinthasa.
— Dzięki. Zrobię to jak wróci.
Ogień wybuchnął nagle większym płomieniem, ogarniając świeżą porcję ubitej twardo słomy. Dzięki temu Gorgidas zauważył plamę niebieskiej farby, kryjącą się wysoko, pod sufitem. Podszedł o krok, by przyjrzeć jej się z bliska. Była to ostatnia pamiątka świątynnych fresków, które pokrywały niegdyś wszystkie ściany budowli. Zapomnienie, pleśń, sadza i czas wspólnie dokonały dzieła zniszczenia, tak samo jak zajęły się całą wioską — bezimienną ruiną świetnej przeszłości.
Skórzana zasłona odsunęła się na bok. Goudeles już otworzył usta, by wypowiedzieć swą prośbę, ale to nie Plinthas wszedł właśnie do tego, co nazywano kiedyś świątynią. Sześć młodych kobiet wsunęło się do środka. Niektóre niosły jedzenie, inne naczynia do gotowania i miękkie sienniki, a ostatnia uginała się pod ciężarem kilku bukłaków wypełnionych, o czym przekonany był Gorgidas, piwem albo kavassem.
Olbiop wydał z siebie okrzyk, który miał być zapewne pochwałą. Skoczył na równe nogi i przyciągnął do siebie jedną z kobiet, całując ją głośno i obejmując niedźwiedzim uściskiem. Ledwie zdążyła podać patelnię i garnek swojej towarzyszce, a już unieruchomiły ją chciwe dłonie nomady, który jedną ręką złapał ją za pośladki, a drugą wsadził pod luźną tunikę.
— Ten Khamorth to wieprz, zgadzam się, ale nie musisz robić takiej strasznej miny — powiedział cicho Skylitzes do siedzącego obok Gorgidasa. — Oddawanie gościom kobiet to stepowy zwyczaj, a niewybaczalną obrazą jest odmówić.
Grek był wciąż przerażony, ale z zupełnie innego powodu niż ten, o którym myślał Skylitzes. Nie pamiętał już, ile to lat temu po raz ostatni kochał się z kobietą — co najmniej piętnaście, a przy tym, ten ostatni raz okazał się kompletną klapą. Zdawało się, że teraz nie ma wyboru; odmowa, co jasno wyłożył Videssańczyk, była niemożliwa. Starał się nie myśleć o tym, ile będzie go kosztować w oczach przyjaciół ewentualne niepowodzenie.
Viridoviks, z kolei, krzyknął radośnie, gdy usłyszał słowa Skylitzesa. Przygarnął do siebie jedną z dziewcząt; bardziej wybredny niż Olbiop, wziął sobie najładniejszą z całej szóstki. Była to niska i szczupła kobieta o ciemnych, falujących włosach i dużych oczach. Jako jedyna nosiła broszkę z polerowanego agatu, przypiętą do kołnierza bluzki.
— Zdradź mi swoje imię, moja ty śliczna przyjaciółko — poprosił Celt, uśmiechając się do niej z góry; był od niej wyższy prawie o stopę.
— Evanthia, córka Plinthasa — odparła nieśmiało.
— Tego waszego Plinthasa? Naczelnika? — Gdy przytaknęła, Viridoviks zachichotał. — W takim razie musisz być podobna do matki, bo z niego to żadna piękność.
Dygnęła uprzejmie, także uśmiechając się do niego. Gorgidas widział już wcześniej jak Celt czaruje kobiety; naprawdę niewiele z nich umiało mu się oprzeć. Evanthia powiedziała do Celta:
— Nie wiedziałam, że istnieją ludzie z włosami koloru rdzy. Twoja mowa także jest dziwna. Skąd pochodzisz?
Tego właśnie trzeba było Viridoviksowi, który zagłębił się w swojej opowieści, jak człowiek nurkujący w morzu. Przerwał jeszcze na moment, by wziąć od Evanthi materac, który rozłożył na podłodze.
— Proszę, usiądź koło mnie kochanie, będzie ci wygodniej słuchać. Mrugnął przez ramię do Gorgidasa.
Pozostałe pary szybko się dobrały. Dziewczęta z wioski nie wyglądały na przerażone czy niezadowolone — oprócz wybranki Olbiopa, który ją bezustannie obmacywał. Kiedy się nad tym zastanowił, Gorgidas nie znalazł żadnego powodu, dla którego miałyby się specjalnie opierać. Przestrzegały przecież starego zwyczaju swojego ludu, co on sam jeszcze niedawno uważał za rzecz chwalebną.
Jego towarzyszka nazywała się Spasia. Nie dorównywała urodą kobiecie Viridoviksa; była zbyt pulchna, a nad górną wargą miała lekki zarost. Ale jej głos był miły i Gorgidas szybko zorientował się, że nie należała do głupich gęsi, choć jej pojęcie o świecie nie różniło się niczym od wyobrażeń przeciętnego wieśniaka. Nie spuszczała wzroku z twarzy Greka.
— Coś jest nie tak? — spytał, zastanawiając się czy wyczuwała, że go nie podnieca. Ale odpowiedź była zupełnie przyziemna.
— Czy jesteś kimś, kogo nazywają eunuchem? Twoje policzki są takie gładkie.
— Nie — odparł, starając się nie roześmiać. — Mój lud ma zwyczaj golenia twarzy, a ja przestrzegam go nawet tutaj.
Sięgnął do wnętrza swej torby, by pokazać jej brzytwę, której używał. Ostrożnie dotknęła ostrza.
— Po co utrzymywać taki bolesny zwyczaj? — spytała. Tym razem roześmiał się, bo nie przychodziła mu do głowy żadna odpowiedź.
Kobiety przygotowywały jedzenie, które ze sobą przyniosły; kurczaki, kaczki, zające, bochny świeżo upieczonego chleba — prawdziwego chleba, gdyż jako lud osiadły mogli mieć prawdziwe piece — kilka rodzajów placków z jagodami, różne zioła i liściaste warzywa wymieszane w sałatce. Smakowity zapach pieczonego mięsa wypełnił niegdysiejszą świątynię.
Przyjemnie ociężały po dobrej kolacji i z lekkim szmerkiem w głowie po kilku rykach mocnego kavassu, Gorgidas rozwalił się na materacu i drapał po brzuchu. Razem z Videssańczykami i Virido-viksem śmiał się z Olbiopa, który nie chciał jeść sałatki; dla nomadów zielenina była paszą dla bydła, a nie jedzeniem odpowiednim dla prawdziwego mężczyzny.
— Nie nabijaj się z nich — powiedział Viridoviks. — Będzie więcej dla nas.
Grek posłuchał dobrej rady. Niektóre z warzyw, między innymi biała rzodkiew, wystarczająco ostra, by napełnić jego oczy łzami, były dla niego zupełną nowością, a smakowity ocet z przyprawami i olej dodawały daniu aromatu.
Jeżeli nomadzi nie mieli ochoty na sałatę i ogórki, nadrobili to piciem, pochłaniając sfermentowane, kobyle mleko wielkimi rykami. Mlaskali głośno i wydawali z siebie nieprawdopodobne beknięcia, zgodnie z dobrymi obyczajami stepu. Towarzyszka Olbiopa podawała mu bukłak z kavassem, kiedy tylko mogła. Gorgidas zastanawiał się, czy miała nadzieję, że nomada upije się do nieprzytomności.
Jeśli tak było, to musiała się rozczarować. Khamorth był zbyt doświadczonym mężczyzną, by rezygnować z czekających go jeszcze przyjemności wyłącznie na rzecz alkoholu. Przyciągnął dziewczynę do siebie, znów wsadził ręce pod jej tunikę i ściągnął ją przez głowę. Poddała mu się bez entuzjazmu; wyglądała teraz jak ktoś, kto próbował przeprowadzić spisek, widział swoją klęskę i teraz musiał ponieść konsekwencje.
Gorgidas sądził, że Khamorth weźmie swoją kobietę na zewnątrz, w ciemności, ale on ściągnął jej spódnicę, sam rozebrał się z futrzanej kurtki, spodni i butów i pożądliwie rzucił się na swoją kochankę, tak jakby byli tylko we dwoje. Grek patrzył gdzieś w dal, Pikridos Goudeles udawał, że nic nie widzi, nie tracąc ani na moment wątku opowieści, którą właśnie przedstawiał swojej towarzyszce; Arigh i Skylitzes, dla których było to czymś normalnym, nie pozostawali daleko w tyle za Khamorthem. Viridoviks gapił się przez chwilę lub dwie, z grymasem zaskoczenia na twarzy, po czym uśmiechnął się i przygarnął Evanthię do siebie.
Goudeles pochwycił wzrok Gorgidasa ponad leżącymi parami.
— Kiedy przyjeżdżasz do Videssos, jesz rybę — powiedział i osunął się na matę ze swoją partnerką.