Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
— Proszę się nie martwić, lada chwila tu będą, przywiozłam coś dla nich. Radzę panu usiąść i odpocząć do przyjazdu ciężarówki. Tu jest taka wilgoć, że człowiek raz-dwa pada z nóg. — Spojrzała na jego pozbawioną zarostu szczękę i ściągnęła bluzkę odsłaniając delikatnie umięśniony, lecz bardzo kobiecy tors. — W przyszłym tygodniu wracam do Laponii, więc póki mogę, korzystam z darmowej witaminy D — wyjaśniła. Rzuciła bluzkę na fotel i usiadła na schodkach wahadłowca robiąc głęboki wdech, tak jakby chciała maksymalnie wystawić piersi na działanie promieni słonecznych.
Carewe’owi serce waliło jak młotem — me przewidział wszystkich następstw udawania ostudzonego. Światowa moda ulegając kolejnemu okresowemu wahnięciu odeszła wprawdzie od eksponowania kobiecej nagości, ale kobiety z reguły nie przestrzegały od dawna przyjętych norm obyczajowych, ilekroć znalazły się w towarzystwie niesprawnych mężczyzn.
— Poczekam w środku — powiedział. — Mam skórę wrażliwą na słońce. Usiadł zdumiony wrażeniem, jakie wywarła na nim niezbyt atrakcyjna dziewczyna. Wnętrze wahadłowca rozgrzało się i Carewe zamknął oczy. Czuł się trochę winny, że oszukał pilotkę, i to zapewne podziałało na niego jak katalizator…
Nie wiadomo, ile czasu upłynęło do chwili, kiedy zbudził go trzask samochodowych drzwiczek. Podszedł do włazu i zszedł po schodkach na zdeptaną trawę, gdzie ubrana znów pilotka rozmawiała cicho z niskim mężczyzną, który muskularnymi, spadzistymi barami przypominał ciężarowca. Przybysz miał brzuch, który wypychał cienką tkaninę jego munduru polowego Współnarodów, i choć siwiał już i łysiał, to twarz okalał mu srebrzysty zarost, zaświadczając wszem i wobec o jego sprawności.
— Nazywam się Feliks Parma, jestem szefem transportu — przedstawił się Carewe’owi tubalnym głosem ze szkockim akcentem. — Przepraszam za spóźnienie. Komputer zapowiedział pański przyjazd, ale trochę zaspałem. Musiałem dojść do siebie po wczorajszym.
— Nic się nie stało — odparł Carewe. Zszedł na dół i uścisnął podaną mu rękę, boleśnie świadom kpiny malującej się w niebieskich oczach przybysza, przyglądającego się uważnie jego twarzy. Ubodło go, że choć wokół Parmy unosi się słodki, zawiesisty odór potu, to właśnie z jego powodu pilotka nałożyła z powrotem bluzkę. — Pracował pan do późna? — spytał.
— Powiedzmy, że pracowałem. — Krótką pantomimą Parma dał do zrozumienia, że pił, i uśmiechnął się. Carewe zauważył siatkę żyłek na jego perkatym nosie. — A pan? Lubi pan sobie golnąć?
— Zdarza się. Przy ważnych okazjach. — Carewe poczuł rodzącą się w nim sympatię do tego fizycznie wyniszczonego sprawnego, który przyjechał nie wiadomo skąd i rozmawiał z nim językiem w pełni zrozumiałym. Zachodził w głowę, czemu Parma dopuścił do tego, żeby tak się posunąć w latach, i się nie ostudził, lecz pod każdym innym względem potrafił zobaczyć w nim przyjaciela.
— Był pan już kiedyś w Afryce?
— Nie.
— W takim razie jest to ważna okazja. Co ty na to, Williamie?
— Nieważne są tylko te, których nie ma — odparł Carewe, zadając sobie w duchu pytanie: „Dlaczego Atena to zrobiła?”
— Napijemy się — oznajmił Parma takim tonem, jakby podejmował ważką decyzję. — Pomóż mi nosić skrzynki.
W czasie gdy Carewe przenosił z nim od drzwi komory towarowej wahadłowca do ciężarówki kilkanaście hermetycznie zamkniętych pojemników, pilotka czesała się siedząc na schodkach dla pasażerów. Zastanawiał się, czy to też robi ze względu na Parmę — w świecie, w którym dojrzałe kobiety tak znacznie przewyższały liczbą sprawnych mężczyzn, zdarzało mu się widywać jeszcze bardziej zaskakująco skojarzone pary. Po przetransportowaniu wszystkich skrzyń Parma pomachał pilotce niedbale ręką na pożegnanie i wskoczył na fotel kierowcy.
— Jedziemy, Williamie — mruknął. — Dziewczyna jest niczego sobie, ale skoro mamy się napić, to nie traćmy czasu. — Uruchomił ciężarówkę i po jechali trzęsąc się i podskakując przez polanę. Oglądając się za siebie, żeby po raz ostatni spojrzeć na pilotkę, Carewe ponownie dostrzegł oddaloną o kilki kilometrów burzę o dziwnie ograniczonym zasięgu — kłębiastą kolumn pylistych szarości i groźnych purpur, która rysowała się na tle zachodzącego słońca jak grzyb po eksplozji atomowej.
Carewe dotknął ręki Parmy i wskazując to zjawisko, spytał:
— Co tam się dzieje?
— To właśnie nasza akcja bojowa — odrzekł Parma. Ciężarówka skręcił; raptownie i wjechała w ciemniejącą już drogę wyciętą w obojętnym lesie. — Tam pracujemy.
— Nie rozumiem. Widziałem przed lądowaniem pola sterowania pogodą ale… Ściąganie takiej ilości wody znad Atlantyku musi kosztować majątek.
— Opłaca się. Ta burza jest zlokalizowana dokładnie nad wioski naturystów. Od trzech tygodni. Oficjalnie jest to fragment akcji zmniejszani; wilgotności powietrza w tym rejonie Afryki, ale prawdziwy jej powód jest inny.
— Trzy tygodnie bez przerwy? — spytał Carewe z konsternacją. — Co się w takim razie dzieje z ludźmi na dole?
— Mokną i miękną — odrzekł Parma ze śmiechem i splunął przez boczne okno.
— I chorują.
— I chorują — przyznał bez wahania Parma. — Gdybyś już kiedyś się tym zajmował, na pewno wolałbyś urządzać obławę na chorych niż na zdrowych naturystów. W tym cała rzecz.
— Powinien być jakiś lepszy sposób.
— Owszem, jest: gaz. Albo pył. Użycie jednego lub drugiego byłoby łatwiejsze, szybsze i tańsze, ale Konwencja Helsińska wiąże nam ręce Naturysta może cię zabić i nikt nic na to nie powie, ale spróbuj tylko choćby drasnąć jednego z nich strzałką, a napytasz sobie biedy. — Parma włączył światła, żeby rozproszyć gęstniejący szybko mrok i drzewa po obu stronach jakby zwarły szeregi. — Widziałeś już kiedyś trupa?
— Ależ skąd — zaprzeczył prędko Carewe. — Domyślam się, że desze demoralizuje tych ludzi.
— I o to chodzi. Zaczyna się od tego, że garstka tubylców oddziela się od szczepu i zmienia w naturystów. Budują osobną wioskę i żyją z grabieży, jak za dawnych dobrych czasów. Z początku wszystko się układa, ale z czasem zamieszkujący tę okolicę normalni rozsądni nieśmiertelni mają tego dość i zwracają się do nas ze skargą. My jednak nie wkraczamy od razu i nie walczymy z nimi. Przestaliśmy to robić. Najpierw nasze krzepkie dzikusy spostrzegają, że ni stąd, ni zowąd robi się piekielnie mokro, a po kilku tygodniach ulewnego deszczu w środku lata dochodzą do wniosku, że obrazili kogoś tam, na górze. No, a potem już zwykle bez trudu udaje się ich namówić, żeby dołączyli do babskiego społeczeństwa.
Carewe spojrzał na Parmę, który z profilu żywo przypominał Hemingwaya.
— Z kim ty właściwie trzymasz?
— Na pewno nie z naturystami. Ich sprawa, że wolą żyć krótko, ale wesoło, przelewając krew, pot, spermę i te rzeczy, ale nie powinni zabijać innych. To niedopuszczalne, niedopuszczalne do tego stopnia, że usprawiedliwia podważanie ich wiary w to, że po zimie następuje lato.
Na odległym krańcu prostej jak strzała drogi zamigotały pierwsze światła.
— Dobrze, że twórcy Konwencji Helsińskiej nie przewidzieli użycia pogody jako broni — powiedział Carewe.
— Czyżby? — Parma roześmiał się. — Moim skromnym zdaniem nie wprowadzono takiego zakazu tylko dlatego, że sterowanie pogodą jest jedynym współczesnym powszechnie i stale stosowanym rodzajem broni. Słyszałeś kiedyś o zamieszkach na Kubie podczas trzyletniej suszy w poprzednim stuleciu? Nie mówiono o tym głośno, ale założę się, że Stany już wtedy umiały sterować pogodą i wykorzystały to.