Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie rozumiem… dobrze. — Przymknąłem się i zrobiłem to, o co mnie prosiła, co w stroju wieczorowym nie było łatwe. Musiałem zdjąć marynarkę i pas, zanim odsłoniłem szelki na tyle, aby móc je ściągnąć z ramion. Następnie zacząłem z niechęcią rozpinać rozporek. (Kolejny minus tego zacofanego świata. Nie było zamków błyskawicznych. Nigdy ich nie doceniałem, dopóki mi ich nie zabrakło).
Odetchnąłem głęboko i opuściłem spodnie o kilka cali.
— Czy wystarczy?
— Jeszcze trochę. Odwróć się, proszę, plecami.
Zrobiłem to, o co mnie prosiła. Poczułem dotyk jej rąk, delikatny i nie natarczywy, z tyłu po prawej stronie. Uniosła koniec mojej koszuli i opuściła nieco majtki.
Po chwili przywróciła obie części garderoby na miejsce.
— To wystarczy. Dziękuję ci.
Włożyłem z powrotem koszulę w spodnie i zapiąłem rozporek, po czym nałożyłem szelki i sięgnąłem po pas.
— Chwileczkę, Alec — powiedziała.
— Co? Myślałem, że skończyłaś.
— Tak. Nie musisz już jednak nakładać stroju wieczorowego. Przygotuję ci domowe spodnie i koszulę. Chyba że chcesz wrócić do sali klubowej?
— Nie, o ile ty zostaniesz tu ze mną.
— Zostanę. Musimy porozmawiać.
Szybko wyjęła domowe spodnie i sportową koszulę i położyła na łóżku.
— Przepraszam cię na chwilę — powiedziała, wchodząc do łazienki.
Nie wiem, czy musiała z niej skorzystać, czy nie, wiedziała jednak, że wygodniej mi będzie się przebrać w kabinie niż w ciasnej łazience. Przebrany poczułem się lepiej. Koszula ze sztywnym gorsem i pas są wygodniejsze niż kaftan bezpieczeństwa, lecz jedynie nieznacznie.
Wyszła z łazienki i natychmiast schowała do szafy wszystko, co zdjąłem z siebie, oprócz koszuli i kołnierzyka. Wyjęła z koszuli spinki, a z kołnierzyka guziki i odłożyła je na bok, po czym schowała koszulę do torby na brudną bieliznę. Zastanowiłem się, co powiedziałaby Abigail, patrząc na te żonine czynności. Uważała ona, że nie należy mnie rozpuszczać i nie czyniła tego.
— O co ci chodziło, Margrethe?
— Musiałam coś sprawdzić. Alec, zastanawiałeś się, co się stało z Alecem Grahamem. Znam już odpowiedź.
— Słucham?
— On jest tutaj. Ty nim jesteś.
Po chwili odezwałem się:
— Dowiedziałaś się tego, patrząc na kilka cali kwadratowych mojej tylnej części ciała? Co tam znalazłaś, Margrethe? Znamię w kształcie truskawki, które pozwoli rozpoznać zaginionego spadkobiercę?
— Nie, Alec. Twój „Krzyż Południa”.
— Moje co?
— Proszę cię, Alec. Miałam nadzieję, że to przywróci ci pamięć. Widziałam to już pierwszej nocy, gdy… — zawahała się, a potem spojrzała mi prosto w oczy — kochaliśmy się ze sobą. Zapaliłeś światło, a potem odwróciłeś się na brzuch, żeby zobaczyć, która godzina. Wtedy zauważyłam znamiona na twoim prawym pośladku. Zwróciłam uwagę na wzór, jaki tworzą. Żartowaliśmy na ten temat. Powiedziałeś, że to twój Krzyż Południa, dzięki któremu wiesz, która strona jest która.
Margrethe zaróżowiła się lekko, wciąż jednak spoglądała mi prosto w oczy.
— Ja również pokazałam ci kilka znamion na moim ciele. Alec, przykro mi, że tego nie pamiętasz. Uwierz mi, proszę. Byliśmy już wtedy na tyle blisko ze sobą, że mogliśmy żartować z takich rzeczy bez obawy, że uznasz mnie za zbyt śmiałą lub natrętną.
— Margrethe, nie wyobrażam sobie, żebyś w jakiejkolwiek sytuacji mogła być zbyt śmiała lub natrętna. Przykładasz zbyt wielkie znaczenie do przypadkowego układu znamion. Mam ich pełno na całym ciele. Nie dziwi mnie, że kilka z nich z tyłu, gdzie trudno mi jest je dostrzec, układa się w kształt krzyża. Ani to, że Graham miał podobne.
— Nie podobne, lecz identyczne.
— No tak… istnieje znacznie lepszy sposób, żeby to sprawdzić. W biurku leży mój portfel, to znaczy Grahama. Jest w nim prawo jazdy. Jego prawo jazdy. Odcisk jego kciuka. Nie sprawdzałem tego, ponieważ nie miałem najmniejszych wątpliwości, że on to Graham, a ja to Hergensheimer, i że nie jesteśmy tą samą osobą. Niemniej jednak można to sprawdzić. Wyjmij je, kochanie. Przekonaj się sama. Odcisnę kciuk na lustrze w łazience. Porównaj oba odciski. Wtedy się upewnisz.
— Alec, ja jestem pewna. Skoro w to nie wierzysz, sprawdź sam.
Cóż… Propozycja Margrethe brzmiała rozsądnie. Zgodziłem się z nią.
Wyjąłem prawo jazdy Grahama. Następnie odbiłem swój kciuk na lustrze w łazience po potarciu go o nos, gdzie skóra jest znacznie bardziej natłuszczona niż na opuszkach palców. Stwierdziwszy, że odcisk na szkle nie jest zbyt wyraźny, wysypałem na dłoń trochę talku i zdmuchnąłem go w stronę lustra.
Jeszcze gorzej. Proszek, którego używają detektywi, musi być znacznie drobniejszy niż talk stosowany do golenia. A może po prostu nie umiałem się nim posługiwać. Zrobiłem następny odcisk, tym razem bez proszku i spojrzałem na oba, na swój prawy kciuk i na odcisk na prawie jazdy. Sprawdziłem, czy jest to istotnie odcisk prawego kciuka. Tak było.
— Margrethe! Chodź popatrz na to, proszę!
Weszła do łazienki.
— Spójrz na nie — powiedziałem. — Na wszystkie cztery. Mój kciuk i trzy odciski. Na wszystkich dominuje wzór w kształcie łuku, ale to samo dotyczy połowy wszystkich odcisków na świecie. Założę się z tobą, że twój kciuk też ma wzór w kształcie łuku. Czy potrafisz uczciwie odpowiedzieć na pytanie, czy to są odciski tego samego kciuka?
Albo może mojego lewego. Mogli się pomylić.
— Nie potrafię, Alec. Nie znam się na tym.
— No tak. Myślę, że nawet ekspert nie zdołałby tego dokonać w tym oświetleniu. Musimy to odłożyć do rana. Potrzebne nam jasne światło słońca na pokładzie. Będzie też potrzebny biały lśniący papier, szkło powiększające i tusz do stempli… założę się, że pan Henderson posiada te wszystkie rzeczy. Możemy to zrobić jutro?
— Z pewnością. Mnie ten test jest niepotrzebny, Alec. Moje serce udzieliło mi odpowiedzi. I twój „Krzyż Południa”. Chyba straciłeś pamięć, ale wciąż jesteś sobą… i któregoś dnia wszystko sobie przypomnisz.
— To nie takie proste, kochanie. Ja wiem, że nie jestem Grahamem. Margrethe, czy wiesz cokolwiek o jego interesach? Albo czy znasz powód, dla którego podróżował tym statkiem?
— Czy muszę mówić „on”? Nie pytałam cię o twoje sprawy, Alec, a ty nigdy mi nic nie mówiłeś.
— Tak, sądzę, że powinnaś mówić „on”, przynajmniej dopóki nie porównamy odcisków kciuka. Czy był żonaty?
— Tego również mi nie powiedział, a ja nie pytałam.
— Ale dałaś do zrozumienia… nie, powiedziałaś wprost, że „kochałaś się” z tym mężczyzną, za którego mnie uważasz, i że byłaś z nim w łóżku.
— Alec, czy czynisz mi wymówki?
— Nie, nie, nie! (Robiłem to i ona o tym wiedziała). To twoja sprawa, z kim chodzisz do łóżka. Muszę ci jednak powiedzieć, że ja jestem żonaty.
— Alec, nie usiłowałam skłonić cię do małżeństwa — odparła z wyrzutem.
— Raczej Grahama. Mnie tu nie było.
— Niech będzie, że Grahama. Nie miałam zamiaru go usidlić. Kochaliśmy się ze sobą, co nas oboje uszczęśliwiało. Żadne z nas nie wspominało o małżeństwie.
— Posłuchaj! Przepraszam, że w ogóle poruszałem tę sprawę. Wydawało mi się, że ma to pewien związek z całą zagadką, to wszystko. Margrethe, czy uwierzysz mi, jeśli ci powiem, że prędzej odciąłbym sobie rękę albo wyłupił oko i odrzucił od siebie, niż skrzywdził cię w jakikolwiek sposób”
— Dziękuję ci, Alec. Wierzę ci.