Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
Sierżant za biurkiem też z trudem hamował śmiech.
-Ale... ale...
-Ale teraz szybciutko pobierzecie cztery automaty i panterkę - zawahał się i postanowił dogodzić chłopcu z jego własnej wsi. - Weźmiecie też hełm i gogle! Oraz granaty. Za minutę meldujecie się na dziedzińcu!
-Jestem przecież kucharzem, panie poruczniku.
-Najpierw jesteście strzelcem, a dopiero potem kucharzem. Wykonać!
Sierżant z zaopatrzenia ukrył twarz dłoniach, żeby nie ryknąć śmiechem. Zamiast zasalutować, kiwnął głową, że wykona nawet tak kuriozalne zlecenie. Schielke nie patrzył, biegł już do centrali telefonicznej. Tam też otworzył z trzaskiem drzwi.
-Na gwałt potrzebuję ludzi!
Przełożona telefonistek podniosła się godnie.
-Na gwałt żadnej dziewczyny nie oddam - powiedziała stanowczo.
-Proszę się nie wygłupiać. - Dalej realizował swój ryzykowny plan. - Potrzebuję jednej dziewczyny w mundurze.
-No, jeszcze tego by brakowało, żeby pan chciał bez munduru, od razu na golasa. - Kobieta rozejrzała się po swoich pracownicach. Jej najwyraźniej też udzielało się straceńcze poczucie humoru towarzyszące końcowi przegranej wojny. Wybrała najmłodszą, najbardziej zahukaną i najłatwiejszą do zastąpienia.
-Margit, pójdziesz z panem porucznikiem.
Dziewczyna, może szesnasto-, może siedemnastoletnia,
spojrzała spłoszona na mężczyznę w mundurze. Wstała przerażona, nie wiedząc, gdzie podziać oczy.
-Ale... Ale ja jestem telefonistką. Powinnam telefonować - palnęła, wywołując śmiechy kobiet.
-A ja jestem architektem - odciął się Schielke. - Powinienem budować.
Kobiety chichotały w najlepsze, przełożona popchnęła najmłodszą w kierunku drzwi.
-Nie zapomnij płaszcza - upomniała jeszcze.
-Za mną, za mną - poganiał Schielke. Prawie biegli przez korytarz. Dziewczyna o mało nie przewróciła się z powodu zbyt wysokich jak na okoliczności obcasów. Łaskawie odczekał dłuższą chwilę, żeby mogła zabrać swój płaszcz z szatni. Wyglądała w nim jak pensjonarka, niewinne dziewczę z kokardami we włosach i lekkim, bardziej jesiennym niż zimowym, płaszczyku.
Heini jednak był niezawodny. Załatwił u mechaników kubelwagena i na środku dziedzińca poprawiał panterkę. Hełm oraz gogle założył wcześniej i stał teraz rozkraczony z automatem zawieszonym na ramieniu. Jako jedyny wyglądał na ostatniego zbawcę świętej Rzeszy. Kucharz w kubraczku bez rękawów przypominał ogrodowego krasnala z wielkim brzuchem. Schielke zabrał mu dwa automaty. Jeden dla siebie, a jeden wręczył przerażonej telefonistce.
-Proszę pana - jęknęła nieregulaminowo. - Ale ja nie umiem strzelać.
-Ja też nie - uciął. - Do wozu!
Jedynie Heini wykonał rozkaz błyskawicznie. To był najważniejszy dzień w jego życiu. Pozostali gramolili się beznadziejnie powoli. Kucharz nie wiedział, co zrobić z granatami.
-Panie poruczniku - spytał. - A to?
-Nieś ze sobą - usłyszał w odpowiedzi.
-A jak mnie trafią w taki granat?
-To wybuchniesz.
Schielke wyjął z raportówki mapę i pokazał chłopakowi za kierownicą.
-Jedź mniej więcej w to miejsce. Prawie sam koniec Ohlauer Stadtgraben.
-Tak jest, panie poruczniku.
Heini nie był może dobrym kierowcą, ale w hełmie, goglach i panterce robił odpowiednie wrażenie. Ludzie na skrzyżowaniach uskakiwali na boki. Kierowcy nielicznych samochodów, którzy mieli nieszczęście wejść mu w drogę, też zdecydowanie woleli szybki odwrót i ustąpienie pola. Na szczęście szerokie, zaplanowane z rozmachem ulice pozwalały na każdy manewr. Schielke po raz kolejny stwierdził, że to prawdziwe europejskie miasto nigdy nie zostanie zatkane. Po prostu na całym świecie nie było tylu samochodów, żeby spowodować tu korki. Niemiecki dar przewidywania.
Zatrzymali się na Ohlauer Stadtgraben, niedaleko Urzędu Czekowego. W oddali wznosił się gmach Poczty Głównej, ale nie patrzyli w tamtą stronę. Interesowały ich przepiękne kamienice nad fosą.
-No, Heini, a ty gdzie umieściłbyś radiostację?
Chłopak oniemiał i o mało nie pękł od rozsadzającej go dumy. Namyślał się długo.
-Chyba nadawałbym stamtąd. - Wskazał ręką kierunek. O dziwo, okno położone było dość blisko tego, które wskazał w papierach Holmes.
-Brawo, chłopcze. Podoba mi się twój tok myślenia.
Heini był bliski omdlenia. Hełm, gogle, panterka i schmeisser zwisający z ramienia, a do tego jeszcze pochwała dowódcy. Szczyt chłopięcych marzeń został właśnie osiągnięty.
-A pani? - Schielke zagadnął telefonistkę.
-Nie wiem, proszę pana. Ja się okropnie boję.
-Czego?
-Ze stanie się coś strasznego.
Wyglądała jak istota z innego świata. W rozpiętym płaszczu, na obcasach, z automatem w rękach, który trzymała, jakby to był jadowity wąż - z dala od ciała.
-A pan? - spytał kucharza.
Kuchnię usadowiłbym tam. - Pokazał na okno piwnicy. - A radiostację na dachu. Niech ich pierwszych zabiją.
-No cóż, w takim razie kierujmy się raczej intuicją Heinie-go. Prowadź, młody.
Chłopak runął do przodu jak dywizja pancerna Guderiana.
Czegoś takiego nie przeżył nigdy w życiu. O mało nie rozwalił bramy. Biegł po schodach tak szybko, że nie mogli za nim nadążyć. Szczególnie zadyszana telefonistka w butach na obcasach. Zatrzymał się dopiero na przedostatnim piętrze.
Schiełke naprowadzał go delikatnie, bo sam przecież dokładnie znał adres.
-Które mieszkanie byś wybrał? - Chłopak idealnie ułatwiał mu robotę. I to przy świadkach. - Z tamtego jest najwięcej dróg ucieczki. Albo tędy, gdzie stoimy, albo na boczną klatkę schodową. Z tego z kolei można się wydostać na dach.
-Dach stromy. - Chłopak podniecony nie panował nad sobą. - Łatwo spaść. Tamto, panie poruczniku. Tamto!
Kucharz i telefonistka patrzyli zdumieni, ale o to mniej więcej chodziło. Miał już świadków, że to nawet nie on odnalazł właściwy adres, ale Heini.
-Ufam ci, żołnierzu - powiedział cicho. - Atakujemy.
Heini przeładował schmeissera, a ponieważ zrobił to już wcześniej, więc teraz po prostu wyrzucił nietknięty nabój z komory.
-Strzelamy serią po drzwiach?
-Chcę mieć ich żywcem. Za wszelką cenę.
-Tak jest!
Nie czekając na rozkaz, chłopak rzucił się na drzwi całym ciężarem ciała. Odbił się, runął na Schielkego, uderzając go boleśnie w twarz hełmem. Runął jeszcze raz, znowu się odbił, upadł na podłogę pod przeciwległą ścianą. Schiełke kopnął, też odskoczył, i zatrzymał się na przerażonej telefonistce. Heini, leżąc, zarepetował po raz kolejny, wyrzucając z komory automatu jeszcze jeden nabój. Chwile dzieliły ich od masakry. Na szczęście kucharz zapukał we framugę, położył rękę na klamce, i otworzył drzwi.
-Cholera, nie były zamknięte na klucz.
Wpadli do środka jak czysta, żywa furia. Choć bez telefonistki, która skuliła się pod ścianą.
-Stać! Ręce do góry! - wrzeszczeli.
W małym, dwupokojowym mieszkaniu nie było nikogo. Ale... Na samym środku na stole stała włączona sowiecka radiostacja. Nawet kucharzowi odebrało głos.
-O mój Boże! O mój Boże!
-Panie poruczniku - wrzasnął Heini. - Przed chwilą tu byli.
Wyjął z popielniczki tlący się, sowiecki papieros z długą papierową tutką. Holmes chyba przesadzał w szczegółach, pomyślał Schielke. W każdym razie sceneria była dopracowana idealnie.
-Panie poruczniku! - Kucharz podniósł pistolet leżący na krześle. - To jest tetetka Iwana! Prawdziwa. Ja cię... Że nas z tego nie ubili. W czepku my rodzeni.