Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Nic, nic. Gauleiter zaprosił mnie na swoje urodziny.
-Och! Odczyszczę panu mundur.
Pobiegła szybko do garderoby.
Spocznij - czytał dalej. Nie zdążyłem wczoraj Ci powiedzieć, (ale zrobiłeś trochę zamieszania swoim genialnym pomysłem na kontakt ze mną. Krupmann jest co prawda durny, ale niestety nie można powiedzieć, że jest kompletnym idiotą. Na pewno analizuje przyczynę swojej porażki. Prawdopodobnie dojdzie do wniosku, że jedyną możliwością był czyjś przeciek albo wręcz celowe działanie i znajdzie się niebezpiecznie blisko Ciebie. Dlatego też postanowiłem Cię nie narażać. W Twoim ogłoszeniu określiłeś datę ukazania się książki. A to termin publikacji niemożliwy do realizacji przez nikogo na całym świecie, jeśliby wpadł na taki pomysł dopiero po tym, jak dowiedział się o szczegółach akcji Krupmanna. Nikt czegoś takiego nie zrobi.
Schielke poczuł strach. Holmes miał rację! Chryste Panie... Dobrze przynajmniej, że do redakcji poszedł w cywilnym ubraniu, choć i tak ten człowiek z ręką na temblaku pewnie zapamiętał jego twarz. Kartka papieru zaczęła drżeć mu w rękach. Czytał dalej:
Zająłem się tym i wczoraj dwudziestu radzieckich pisarzy osadzonych w Moskwie na Łubiance dostało propozycję nie do odrzucenia. A oni są wdrożeni do słuchania rozkazów, więc jeden z nich błyskawicznie wymyślił powieść, napisał konspekt i podzielił na części, a pozostali napisali te części na bieżąco redagowane i łączone przez odpowiednich fachowców. Tłumaczenie odbyło się w ten sam sposób, redakcja i korekta również. A ponieważ Rosjanie zajęli także wiele niemieckich drukarni, także tuż za linią frontu, więc prawdopodobnie druk już idzie pełną parą, na niemieckim papierze i z niemieckimi pieczątkami. Nie wiem, jak NKWD przerzuci nakład przez linię frontu, ale chłopcy są dość pomysłowi. Myślę, że jutro rano, zgodnie z treścią Twojego ogłoszenia, dotrze do każdej księgarni w Breslau.
Aha, i jeszcze jedno. Przemiły pan z ręką na temblaku, który przyjmował od Ciebie anons, jest już w drodze na front. Nie martw się, nic mu nie będzie, frontowa drukarnia żołnierskiej gazetki jest z dala od pierwszej linii, a on sam błogosławi chyba fakt, że po wszystkim pójdzie do niewoli brytyjskiej, a nie sowieckiej. jedzie bowiem na front włoski. Niech sobie zażyje trochę nawet i zimowego, ale jednak słońca. Ręka mu się szybciej zagoi.
Pozdrawiam,
Holmes
Schielke spalił kartkę w popielniczce i dokładnie rozdusił popiół. Sherlock był naprawdę wielki. On sam jednak znowu poczuł się jak Mycroft. Zrozumiał, że jest od myślenia, planowania, a energię i broń da mu Holmes. Radosne rozmyślania przerwała gospodyni.
- Śniadanie gotowe, proszę pana! - Zerknęła na niego i nie mogła powstrzymać się od uwagi. - Ale pan radosny dzisiaj, dawno pana takim nie widziałam. No, ale rozumiem. Nie każdy dostaje zaproszenie od samego gauleitera.
Zebranie u Heigla miało charakter roboczy, ale przypominało odprawę naczelnego wodza przed walną bitwą. Sam major, chyba tylko po to, żeby podkreślić wagę sytuacji, miał nawet przypasany pistolet, ale nikt nie śmiał tego złośliwie komentować. Oficerowie słuchali go w skupieniu, pochyleni nad ogromną mapą Breslau upstrzoną kolorowymi liniami.
-Otóż, moi panowie. - Szef nawet nieźle posługiwał się liniałami. - Odkryliśmy, w jaki sposób Sowieci przemieszczają swoją radiostację. Rozgryźliśmy ich system!
Subtelne określenie: „odkryliśmy”. „MY” odkryliśmy. Mogło to oznaczać „my - Abwehra”, ale mogło też, i to raczej sugerowało: „my, Heigel i ktoś jeszcze”. Naprawdę subtelna różnica. Schielke jednak śmiał się w duchu. Dla niego „my” oznaczało: ja i Holmes!
-Moi panowie, chcę dzisiaj widzieć wszystkie ręce na pokładzie! Pełna mobilizacja. Wozy pelengacyjne wykonają dokładny namiar w ściśle wyselekcjonowanym rejonie. Ale nie będziemy się ujawniać. Jeśli dzisiejsze wyniki potwierdzą wcześniejsze obliczenia, jutro wykonujemy już idealny namiar i natychmiast ich zdejmujemy.
Oficerowie z powagą kiwali głowami. Największy lizus, kapitan Albrecht Lempp, pieszczoch i przydupas szefa, z całym namaszczeniem podawał bogowi wojny cyrkle i krokomierze.
-Wszyscy na posterunku. Tym razem nie możemy zawieść.
Po kilkunastu minutach wykładu, z którego Schielke niczego nie zrozumiał, choć były to jego własne obliczenia, kapitan lizus Lempp zaczął rozdzielać zadania poszczególnym oficerom. Patrzyli z pewnym zdziwieniem, ponieważ to nie było zadanie, do którego trzeba przydzielić aż tylu ludzi. Ale powód zaraz stal się jasny.
-Oficer, który jutro okaże się najlepszy, pojutrze będzie dowodził akcją przejęcia wrogiej radiostacji - usłyszeli.
Dla wszystkich stało się jasne, kto będzie najlepszy. Oficer służący w randze kapitana lizusa, jak go za plecami nazywali, już się wyprężył, jakby ustawiając pierś do dekoracji. Heigel podzielił ich na dwuosobowe grupy. Schielke razem z Lemppem. No oczywiście, ktoś przecież musiał dokonać obliczeń, a przydupas musiał się nauczyć, jak się je robi. Ale i bardzo dobrze, bo w obliczeniach tkwił błąd. Do wykrycia tylko przez ich autora.
Akcja przeprowadzona po południu była przykładem idealnej organizacji, sprawności technicznej i przygotowania wszystkich biorących w niej udział. Można by jej opis prezentować w Sevres jako wzorzec dla wszystkich innych, gdyby nie jeden drażliwy punkt. Wadliwym elementem całego przedsięwzięcia był Schielke. Ignorował Lemppa patrzącego mu przez ramię, a nawet go informował:
-Namierzamy punkt zero jeszcze przed rozpoczęciem transmisji.
-Z jaką dokładnością?
-Niewielką. Przecież oni nie mogą korzystać ze wszystkich mieszkań w Breslau. Ale to nie szkodzi. Będziemy wystarczająco blisko, żeby ich szybko namierzyć. Kiedy przerwą, wycofujemy się, a po kwadransie wracamy na poprzednie pozycje. Kiedy wznowią nadawanie, będziemy mieli namiar na punkt. Tu są wzory. - Postukał palcem w plik kartek na podręcznym stoliku wozu.
Przerwał im brzęczyk i zgłoszenie technika.
-Mamy sygnał.
-Świetnie. - Schielke nałożył słuchawki. - Oba wozy naprzód - powiedział do mikrofonu.
-Jestem.
-Jestem - zgłaszali się kolejno kierowcy.
Wszystko jak w podręczniku. Ich dzisiejsza akcja mogłaby być lekcją poglądową dla uczniów szkoły kontrwywiadu.
-Mam.
-Mam - meldowali technicy z obu wozów.
-Dobrze, rozszerzymy podstawę trójkąta - powiedział Schielke. - Wóz numer dwa, skręć w prawo.
-Zrozumiałem. Wykonuję.
Przepiękne, zimowe słońce wznosiło się coraz wyżej. Mroźne powietrze nie stanowiło przeszkody dla sygnałów radiowych, a brak chmur wręcz sprzyjał akcji. Technicy na bieżąco podawali namiary.
-Mamy go! - Koordynator nachylił się do oficerów, pokazując swój planszet. - Gdzieś tutaj. - Nakreślił ołówkiem kółko na mapie. Dość małe.
-No to się sprawdziło - mruknął Lempp.
-Koniec sygnału.
-Koniec sygnału - raportowali technicy z obu wozów.
-Według instrukcji użycia - powiedział Schielke. - Wszystko „by the book” - popisał się swoją angielszczyzną. - Oba wozy zawracają - rzucił do mikrofonu. - Ukryjcie się i wracajcie na obecne pozycje za piętnaście minut. Mogą nas obserwować.
-Zrozumiałem.
-Mam nowy sygnał! - wrzasnął technik z drugiego wozu.
-Proszę go zignorować. Zawracamy i pojawiamy się na obecnych pozycjach za kwadrans.
-Tak jest.
Lempp kiwał głową z pewnym podziwem. Zapalił papierosa. W ciasnym i szczelnym wnętrzu wozu operacyjnego przypominało to atak gazowy.