Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-No, jeśli masz rację, to możemy ich dopaść nawet dzisiaj.
-Bez obstawienia terenu? Spalimy się na darmo.
-Jak uważasz. Ale ja bym ruszył od razu.
Dlatego to nie ja, a ty pojedziesz na front, pomyślał Schielke. Powodzenia w walce wręcz z Iwanem.
-A jeśli są sprytniejsi? A jeśli mają radiostację na kablu, a sami nadają z pomieszczenia odległego o kilkaset metrów? To co zdobędziesz natychmiastową akcją bez obstawy? Klasyczną rosyjską radiostację i kabel. Można sprzedać na złom - kpił okrutnie. - Zawsze jakiś zysk.
Lempp zrobił wyrozumiałą minę w rodzaju: „Szczekaj, szczekaj piesku, zobaczymy, jak będziesz śpiewał jutro”. Schielke na szczęście nie zamierzał śpiewać. Kiedy zatrzymali się nieopodal, pod osłoną budynków wyszedł na mroźne powietrze, narzucając płaszcz na ramiona. Również zapalił papierosa. Co jakiś czas zerkał na zegarek. Ogarnęło go dziwne uczucie. Breslau ciągle jeszcze przypominało wielkie, spokojne, europejskie miasto. Wspaniałą aglomerację, prawie jak Metropołis z filmu Fritza Langa. Każdy jednak mieszkaniec, którego inteligencja choć trochę przewyższała szczurzą, wiedział dokładnie, że mydlana bańka spokoju pęknie lada chwila. A te marionetki na stanowiskach zdawały się ignorować nadchodzącą klęskę. Dalej walczyły o stołki, wpływy, stanowiska... Pamiętał, jak gospodyni w jego rodzinnym domu przynosiła do kuchni warzywa. Często obserwował, jak wkładała natki kopru czy szczypiorku do naczynia z wodą. „Niech się napiją - mawiała - będą lepsze”. Ludzie wokół zdawali się przypominać takie ucięte rośliny włożone do wody. Sądzą dalej, że są żywymi roślinami. I nie przyjdzie im do głowy, że nić życia została już przecięta.
Wyrzucił papierosa i wrócił do wozu. Nałożył słuchawki.
-Zgłaszać się - powiedział do mikrofonu z wielką drewnianą rączką.
-Wóz numer jeden w gotowości.
-Wóz numer dwa w gotowości - usłyszał w odpowiedzi.
-Dobrze. Wracamy na poprzednie pozycje.
Lempp domknął drzwi furgonetki. Ruszyli dość ostro, ale po chwili kierowca zwolnił. Miał nie powodować zamieszania i nie zwracać na siebie uwagi. Po dotarciu na miejsce Schielke zamarł ze wzrokiem utkwionym w cyferblat zegarka. Powoli, powoli...
-Mam sygnał - zameldował technik.
-Ja też namierzam - zameldował drugi wóz.
Z głośnika dobiegały energicznie wystukiwane sygnały Morse’a przerywane krótkimi meldunkami z wozów pelengacyjnych.
-Mam! - wrzasnął nagle technik. - Jest namierzony na punkt.
Schielke wstał gwałtownie, strząsając linijki na podłogę, kiedy podnosił mapę.
-O tutaj. - Narysowane kółko było kilkukrotnie mniejsze niż poprzednie. Przypominało kropkę.
-Sygnał się urwał - zameldowano z drugiego wozu.
-Bardzo dobrze - powiedział Schielke. - Dziękuję wszystkim za wzorową pracę. Jutro będziemy go mieli.
-Moglibyśmy go mieć już dzisiaj - mruknął Lempp.
-Co mieć? Pudło radiostacji i długi kabel?
-Coś ty się tak przypiął do tego kabla? Nigdy tak nie robili.
Schielke wstał, powoli zdejmując słuchawki.
-Ja bym tak zrobił - powiedział cicho. - A tym razem przeciwnik jest mnie godny.
Lempp zaklął pod nosem.
-A nie sądzisz, że to mania wielkości?
-Założę się, że ty jutro poprowadzisz akcję. Obliczenia masz, jak to się robi, widziałeś. A jutro zobaczymy, kogo złapiesz.
Schielke nie spotykał się ostatnio z Ritą. Niezbyt panował nad nerwami - co innego planowanie intryg i zakulisowych akcji, a co innego udział w ich realizacji. Wysyłał tylko dziewczynie uspokajające sygnały. Tu miły liścik, tam kwiatki przez posłańca. Breslau ciągle zaspokajało potrzeby cywilizowanego Europejczyka. Schielke czuł, że już niedługo wszystko się zmieni. Nie mógł pracować. Wieczorem poszedł na długi spacer na wały przeciwpowodziowe nad Odrą. Gigantyczne konstrukcje ziemne, wzniesione przez francuskich jeńców wojennych dziesiątki lat temu, wciąż robiły wrażenie, a porastające je stare drzewa, nawet teraz, w zimie, przynosiły uspokojenie. Przystanął na kamiennej konstrukcji z wąskim przesmykiem pod mostem kolejowym. Tu był osłonięty od wiatru, więc zapalił papierosa. Wszystko rozstrzygnie się jutro, pomyślał.
Tak jak Schielke słusznie przewidział, na odprawie okazało się, że najlepszym oficerem, który poprzedniego dnia sprawdził się w akcji, był Lempp. On też dostał wozy pelengacyjne i pluton specjalny na dzisiejszą akcję. Holmes miał rację. Ktoś inny zje śmietankę z cudzego tortu i słusznie zadbał o to, żeby ta śmietanka była bardzo zjełczała.
Zapakowanie całego sprzętu na samochody nie trwało zbyt długo, on jednak dla pewności odczekał kwadrans w gabinecie. Potem wśliznął się do sali odpraw. Tak jak przypuszczał, mapy wraz z oliczeniami na brudno leżały jeszcze na stołach. Szybko czerwonym ołówkiem poprawił wszystkie błędy, na które sam wypuścił Lemppa. I nakreślił nowe kółko główne, trochę w innym miejscu. A konkretnie w miejscu, którego adres zdradził mu Holmes.
Pobiegł na wartownię.
-Heini! Pozwól - zawołał.
Chłopak dosłownie wystrzelił za nim na korytarz.
-Chcesz jechać ze mną na akcję?
-Tak jest, panie poruczniku!
-Ale to akcja ściśle tajna, potwornie niebezpieczna. Potrzebuję kogoś zaufanego.
Chłopaka o mało nie rozerwało z emocji. Aż poczerwieniał na twarzy. Całym sobą też usiłował pokazać, że jest jedynym człowiekiem na świecie, który podoła wszystkiemu.
-Nie zawiodę pana, panie poruczniku.
Lepszy dzień nie mógł mu się zdarzyć. Marzył o czymś takim przez całe swoje krótkie życie. Schielke postanowił zagrać jeszcze mocniej. Zrobił poważną minę.
-Umiesz obsługiwać schmeissera?
Chłopak o mało nie eksplodował ze szczęścia.
-Oczywiście, panie poruczniku! Pokazywali nam w Hitlerjugend... - urwał nagle. - Jestem doskonałym strzelcem - dokończył zdecydowanie.
-Dobrze. To ja pobiorę dla nas broń, a ty załatw jakiś samochód od mechaników. Byle jaki.
-Tak jest! - Chłopak ruszył natychmiast, po kilku krokach nagle zaryło go w miejscu, zawrócił i przybiegł z rozpalonymi oczami oraz błagalnym wyrazem twarzy.
-No, co tam jeszcze?
-Panie poruczniku - wydyszał Heini. - Proszę schmeissera i panterkę. I panterkę! Proszę.
-O, to bardzo dobry pomysł - mruknął oficer. - Widzę, że już się sprawdzasz. - Pokiwał głową z udawanym uznaniem. - Wezmę i panterkę.
Chłopak trzasnął obcasami i pobiegł do swoich zadań. Nie omieszkał jednak otworzyć drzwi wartowni i ryknąć do swoich kolegów gońców:
-Jadę na tajną akcję! Mogę już nie wrócić! Będę miał schmeissera i panterkę!
Dawka najważniejszych informacji została przekazana. A niech zazdroszczą sukinsyny, i już.
Schielke, śmiejąc się prawie na głos, poszedł w swoją stronę. Otworzenie drzwi magazynu nie poderwało sierżanta zaopatrzenia na równe nogi. Podniósł się bardzo ospale.
-Słucham, panie poruczniku?
-Mamy jeszcze jakichś wolnych ludzi? - rzucił Schielke.
-Tu w magazynie? Nikogo.
-Tutaj! Na górze wszystkich wymiotło, pojechali na akcję z Lemppem.
-Oj, to bandaże będą potrzebne? I plastry?
Schielke docenił dowcip. Panując nad mięśniami twarzy, poklepał tamtego po ramieniu.
-Naprawdę nie ma nikogo?
-Jest kucharz. - Sierżant wskazał na starszego mężczyznę grzebiącego w jakichś workach. Tamten jednak usłyszał i podskoczył błyskawicznie.
-Ale panie poruczniku! - krzyknął. - Ja ostatnio strzelałem pod Verdun!
-I bardzo dobrze. - Schielke powoli wchodził w atmosferę absurdu panującą w magazynie. - W aktach napisze się: „Wytrawny strzelec, z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem”.