Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
Tietz uśmiechnął się odruchowo.
-Ależ oczywiście, proszę pani. Nikt tego od pani nie wymaga.
-A pan porucznik mnie wziął na wojnę i musiał podczas całej akcji uspokajać.
Pułkownik przygryzł wargi, żeby się nie roześmiać. Położył dziewczynie rękę na ramieniu.
-Jest, niestety, usprawiedliwiony. Działał w stanie wyższej konieczności.
-Proszę zabrać mi ten karabin maszynowy - podała mu schmeissera bez magazynka -bo zaraz kogoś niechcący zabiję.
-Oczywiście, proszę pani. - Tietz niby przypadkiem zakrył twarz dłonią. - Myślę, że długi urlop będzie dostateczną nagrodą za nerwy, które zszarpała pani ta brawurowa operacja.
-Tak jest! Dziękuję, panie pułkowniku.
Ten zrobił krok dalej. Kucharz, słysząc o urlopie, postanowił wypaść jak najlepiej.
-A ja jestem prawdziwym żołnierzem. Walczyłem pod Verdun!
-Stara gwardia nie rdzewieje. Gratuluję wam, żołnierzu. Gdzie macie rodzinę?
-W Prusach, w Hamburgu i w Dreźnie, panie pułkowniku.
-Hm, do Prus już nie dotrzecie, a do Hamburga strach jechać, bo ciągle bombardują miasto. Wystawię wam rozkaz wyjazdu do Drezna, tam przynajmniej żadne bombowce was nie dosięgną.
-Dziękuję, pa...
-To on pierwszy sforsował drzwi - przerwał mu Schielke.
Tietz tylko kręcił głową ze zdumienia.
-To nieprawdopodobne, do jakiego poświęcenia zdolny jest zwykły żołnierz. I jak może być skuteczny - postanowił dobić kogoś na tej sali - szczególnie w porównaniu na przykład z profesjonalistami, którzy dysponują pelengacją i plutonem specjalnym. Hm, dziwne, prawda, panowie?
Podszedł do biurka i dotknął radiostacji.
-Chryste Panie, szyfry, notatki radiooperatora, dokumenty, materiały...
-Gdybym...
Tym razem pułkownik nie dał Schielkemu dokończyć.
-Gdyby miał pan jakiekolwiek wsparcie, to my mielibyśmy teraz żywego radiotelegrafistę i kogoś jeszcze. - Dotknął tetetki i nagana. - Broń wrogów - mruknął. - Proszę je sobie zachować na pamiątkę.
-A teraz... - zawiesił głos. - Proszę opowiedzieć, jak było. Tylko błagam, bez opisu jakichkolwiek obliczeń, bo kompletnie się na tym nie znam.
-Wykryłem błąd...
-Błagam, tylko bez obliczeń.
-Tak jest! Niemniej na mapie mogłem odkryć jedynie rejon nadawania, a nie konkretny ceł.
-Mieli swój system dyslokacji? - pytał Tietz.
-Tak, panie pułkowniku. Ale to tylko system, a nie przewodnik po mieście. Nie mieli przecież dostępu do wszystkich mieszkań. Tam, w terenie mogłem tylko zgadywać.
-I co pan zrobił?
-Właściwie nic. Przypadek, ale na szczęście to było na Ohlauer Stadtgraben, z jednej strony fosa, a z drugiej ściana pięknych kamienic i pałacyków. To bardzo ograniczało liczbę możliwości. No, ale z gołymi rękami... - Schielke zawiesił dramatycznie głos.
-Rozumiem.
-To zasługa Heiniego. Po prostu spytałem go, gdzie on umieściłby radiostację na wrogim terenie. I pokazał.
Pułkownik zerknął na prężącego się w pozycji zasadniczej chłopca.
-Tak było?
Kucharz i telefonistka potwierdzili, kiwając głowami.
-Wbiegliśmy do środka kamienicy - kontynuował Schielke. - A tam galimatias, wiedziałem tylko, że to musi być gdzieś wyżej z powodu anteny. No i znowu Heini wskazał mi mieszkanie, które sam by wybrał. Zamiast jednej miało trzy drogi ueieczki.
Kucharz i telefonistka znowu przytaknęli. Sam Heini stał jak żelazny posąg germańskiego boga, jedynie policzki pąsowiały mu z dumy.
-No, no... - Tietz podszedł do chłopca. - Jak to jest, moi panowie - zwrócił się do oficerów - że goniec potrafi odnaleźć sowiecką radiostację? - Darował im wiszące w powietrzu: „A wy nie”.
Milczenie przedłużało się znowu nieznośnie.
-Cóż... - Pułkownik zerknął na Schielkego. - Niech pan dostarczy to wszystko, gdzie trzeba. - Za godzinę zamelduje się pan u mnie. Reszcie dziękuję. A ty - zerknął na Heigla - chodź ze mną.
Schielke nie mógł się powstrzymać i wykręcił numer do Rity. Doskonale wiedziała, o co chodzi. Musiała siedzieć jak na szpilkach. Po wymianie uprzejmości do wiadomości ewentualnych podsłuchujących telefonistek, spytała drżącym głosem:
-I co w najważniejszej kwestii?
Nie mógł sobie darować.
-Waterloo.
-O Jezu Chryste!
Wytrzymał tylko chwilę. Nie chciał, żeby dostała zawału serca.
-Mówi do ciebie książę Wellington.
Zachłysnęła się oddechem. Po chwili odzyskała równowagę i zaczęła się śmiać.
-Nie wypada traktować tak niemieckich kobiet, książę.
-Są wystarczająco wytrzymałe.
-A co z kurduplem?
-W drodze na Świętą Helenę, milady.
Lepszego dnia nie mógł jej zafundować. Ale dzień dniem, a on miał nadzieję na wieczór wieńczący dzieło.
-Jesteś genialny.
Nieszczególnie chciał zaprzeczać. Wyobraził sobie Ritę w obcisłej spódnicy, cieniutkim żakiecie podkreślającym kobiece kształty. Wytarł chustką mokre od potu czoło, ponieważ w wyobraźni zobaczył Ritę bez spódnicy i żakietu.
-A jak tam twoja kasa na dworcu? - spytała.
-Nareszcie pojawiły się w niej bilety.
Słyszał w słuchawce jej śmiech.
-Spotkamy się?
Na to właśnie czekał. Tylko i wyłącznie na to pytanie czekał. Zerknął w lustro wiszące na ścianie. „Guderian, jesteś przy mnie pętakiem”! Słodkie zwycięstwo na damsko-męskim froncie.
-Bardzo bym chciał, ale...
-Ale? - zdziwione pytanie zabrzmiało po drugiej stronie.
-Przykro mi, ale jestem już umówiony z panią Ritą Menzel.
Jej śmiech był uroczy - Boże, jak pięknie się walczy, siedząc w wieżyczce rozpędzonego czołgu, który wali wprost na ostatni bunkier obrony przeciwnika. A on perfidnie przygotował najcięższe działo. Przygotował, załadował, wycelował i trzymał palec na spuście.
-Gdzie się spotkamy? - spytała zalotnie.
Celny strzał.
-Kocham cię - rzucił krótko i odłożył słuchawkę.
Musiał trafić, musiał trafić, był snajperem. Wyobrażał sobie
te setki sprzecznych uczuć i myśli po drugiej stronie, które targały kobietą ciągle stojącą ze słuchawką w ręku. Jej zaskoczenie, jej ciekawość, jej wszystkie sprzeczne, babskie instynkty. Miał wrażenie jednak, że w tej walce był dobrym artylerzystą. Zawsze strzelał z zaskoczenia, z reguły celnie.
Gabinet Tietza był na samym końcu korytarza. Sekretarka została chyba uprzedzona, bo na widok Schielkego zerwała się na równe nogi.
-Proszę. - Otworzyła drzwi.
Pułkownik był w doskonałym nastroju. Pewnie się już pochwalił w dowództwie dzisiejszą akcją i musiał usłyszeć w odpowiedzi coś bardzo ciepłego. Coś, co w dużym stopniu ukoiło jego zbolałą po ostatnich porażkach duszę.
-Zapraszam, zapraszam. - Podniósł się na widok porucznika. - Vero - skinął na sekretarkę - dwie kawy i dwa koniaki.
-Ale ja praktycznie nie piję, panie pułkowniku.
Tietz uderzył się w czoło.
-Gdzie ja mam głowę? My, absolwenci Sorbony, nigdy nie rozumiemy was, absolwentów Oksfordu. - Wykonał przepraszający gest i zwrócił się do sekretarki. - Dla mnie koniak, a dla pana porucznika whisky - zakomenderował. - Kawę, mam nadzieję, pije się po obu stronach kanału?
-Jeżeli to coś rozbełtane z mlekiem, co piją Anglicy, można nazwać kawą, to oczywiście tak.
Tietz miał dobry dzień. Ktoś w dowództwie musiał mu naprawdę nieźle przysłodzić za dzisiejsze osiągnięcie. Może w grę nawet wchodziły jakieś odznaczenia? No ale... książki szyfrów nie znajduje się co dzień. Akcje szefa rosły.