Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Proszę siadać, panie kapitanie.
Schielke odruchowo odsunął krzesło. Zamarł nagle.
-Ale ja jestem porucz...
-Powiedziałem, panie kapitanie - przerwał mu pułkownik.
-Ale oczywiście oficjalny awans dostanie pan dopiero jutro.
-Biurokracja. Biurokracja - powtórzył. - Dawniej dowódca mógł mianować swoich ludzi bezpośrednio na polu bitwy. A dziś papiery, papiery, papiery...
-Dziękuję, panie pułkowniku.
Ten nie zwrócił uwagi na nieregulaminową formę. Sekretarka wniosła kawę i trunki, ostrożnie rozstawiła je na biurku.
-Bo widzi pan, taki Heigel. Skończył jakąś wojskową szkolę w Prusach i wytłumaczono mu, że to wyższa uczelnia. W mojej Sorbonie mógłby być szatniarzem, a w pańskim Oksfordzie, nie wiem, na przykład czyścić kible?
Schielke nie mógł się powstrzymać od śmiechu. To był również jego dobry dzień.
-No, za pański awans. - Tietz podniósł kieliszek. - Prosit!
-Prosit!
Wypili, każdy po maleńkim łyku, żeby podkreślić swoją wyższość nad żłopiącym wódkę bez umiaru chamstwem. Uwadze Schielkego nie uszło, że pułkownik nasypał do swojej kawy aż cztery łyżeczki cukru. Notabene, kawa była bardzo dobra, nie żaden tam wojenny ersatz.
-Wie pan, to wszystko dzisiaj... - Tietz nie wiedział, jak ubrać myśl w słowa. - Bardzo dobrze, że tak się stało. Bo... Ostatnio czarne chmury gromadziły się nad pańską głową.
-Chmury? Użył pan liczby mnogiej.
-Tak. To śmiesznostki właściwie, ale... Nie wiem, co o tym myśleć. Zna pan Krupmanna z gestapo?
-Tak.
-Zapewniam więc, że nie jest pańskim przyjacielem. Oświadczył mianowicie, że kilka dni temu powiedział panu o akcji mającej na celu złapanie polskiego agenta o kryptonimie Holmes. A pan z czystej złośliwości, żeby mu zaszkodzić, dał ogłoszenie, które ostrzegło polską siatkę.
Pułkownik wyjął z szuflady złożoną w pół gazetę.
-Oczywiście pomyślałem najpierw, że nic mnie to nie obchodzi, iż gestapo nie potrafi trzymać języka za zębami, a za wszystkie porażki usiłuje obciążyć nas. Abwehra to za wysokie progi na wasze gestapowskie nogi - pułkownik podniósł głos. - Ale tak gardłuje, że prawie RSHA się w to wmieszało.
-Mogę zerknąć? - Schielke wyciągnął rękę.
-Oczywiście. - Tietz podał mu gazetę.
Szybko odnalazł własne ogłoszenie. „Profesor Moriarty znowu atakuje!”.
-Dobre - mruknął. - Bardzo lubię Conan Doyle’a, ale wydaje mi się, że on od dawna nie żyje.
-I słusznie. Nawiasem mówiąc, ja też lubię tego autora.
-Zaraz... - Schielke niby się zastanawiał. - Usłyszałem o Holmesie od Krupmanna trzy dni temu. On sam będzie musiał to przyznać. A w ogłoszeniu jest podana dzisiejsza data. Chodzi o termin ukazania się książki.
-Nie rozumiem. Przecież to chore, tak czy tak.
-Ale nie zaszkodzi sprawdzić tropu. Jeśli dobrze rozumują, ktoś, kto chciał ostrzec agenta, miał niecałe trzy dni na napisanie i opublikowanie książki. To chyba niemożliwe, nie wiem, nie znam się na drukarstwie.
-To absolutnie niemożliwe.
-Więc jeśli książka jest już dzisiaj w księgarniach, to Krupmann jest kretynem.
Tietz uśmiechnął się złośliwie.
-Ma pan całkowitą rację.
-No to sprawdźmy. Mogę skorzystać z pańskiej centrali?
-Tak.
Schielke nacisnął odpowiednią klapkę i zbliżył się do mikrofonu.
-Heini natychmiast do szefa.
-Tak jest! - rozległo się z głośnika.
-Nie, nie. Pan się za bardzo tym przejął - uspokajał go Tietz.
-Bądźmy sicher, panie pułkowniku. Nie dajmy gestapo wycierać sobie nami gęby.
Trochę się jednak niepokoił, czy NKWD poradziło sobie z tak szybkim drukiem książki, choć wiedział już, że na radzieckich pisarzy osadzonych na Łubiance mógł liczyć.
Kiedy Heini, ciągle w bojowym rynsztunku, zameldował się w drzwiach, dał mu kilka marek.
-Biegnij do księgarni i kup książkę „Profesor Moriarty znowu atakuje”, jeśli taka tam będzie.
-Zapamiętasz? Reszta pieniędzy dla ciebie.
-Tak jest! - ryknął chłopak i ruszył biegiem.
Tietz tylko się uśmiechał.
-Ech, młodość, w jego wieku też byłem kandydatem do zdobycia całego świata.
-To przy okazji prośba, panie pułkowniku. On naprawdę odznaczył się dzisiaj i obiecałem mu awans na starszego szeregowego.
-Ach, co pan opowiada, zrobię go zaraz kapralem. Doskonałe znam młodzieńczą psychikę. Niech zatrzyma panterkę i inne zabawki, bo się nam popłacze, jak mu je zabierzemy. Tylko broń niech odda.
-Właśnie. Niech lepiej nikt nie zginie.
-Ale za to może pobrać z magazynu bagnet i rakietnicę sygnałową. Będzie wyglądał równie groźnie.
-Dziękuję. To naprawdę najlepsze rozwiązanie.
-Jeśli można radzić. Niech go pan zrobi swoim ordynansem. Volksturm go wtedy nie weźmie.
Schielke chciał odpowiedzieć, ale przerwało mu energiczne pukanie. Heini musiał pobić rekord Hitlerjugend w biegu z oporządzeniem. Przybiegł mocno spocony i można było sądzić, że na zewnątrz panują wręcz letnie upały. Nawet Tietz spojrzał z pewną dozą podziwu.
-Masz to kuriozum? - spytał.
-Proszę? - wyrwało się chłopcu nieregulaminowo.
-Czy kupiłeś książkę?
-Tak jest!
Grube, solidne wydanie w miękkiej oprawie wylądowało na biurku. NKWD było niezawodne. Pułkownik podniósł je powoli. Rosnący na jego twarzy uśmiech świadczył, że właśnie dostał drugi tego dnia niespodziewany prezent. Piękną rzecz, która pozwoli mu skompromitować rywali z gestapo w oczach szefostwa RSHA. Na razie jednak studiował napisy reklamowe.
-Profesor Moriarty sprzymierzył się z Sowietami? Zabawne. W obronie zagrożonego Breslau staje jednak Sherlock Holmes ze swoim bratem Mycroftem! Chryste, kto wymyślił tę bzdurę? Obaj zabijają geniusza zbrodni pod Portalem Ołbińkim. - Pułkownik zerknął na stopkę redakcyjną. - Aha, wszystko jasne. Nasz kochany doktor Goebbels.
-Ministerstwo propagandy zleciło druk? - spytał Schielke.
-A kogo innego stać na takie bzdury? Ciekawe, co dostają do czytania koledzy w Zagłębiu Ruhry? Walkirie kontra amerykańskie Shermany?
-„Już na Anglików przyszła pora, niech ich zmiecie Młot Thora!” - zaryzykował Schielke rymując.
Tietz zaczął się śmiać.
-Powinien pan zostać poetą, kapitanie. „Na nic waszych armat empiria, nas obroni jedna Walkiria”.
Teraz Schielke ryknął śmiechem.
-Za przeproszeniem pana pułkownika. Załóżmy obaj propagandowe kółko poetyckie Abwehry.
Chichotali w najlepsze.
-Tak. Pokażmy chłopakom Goebbelsa, co to jest prawdziwa propaganda. - Nagle pułkownik zorientował się i zerknął w bok. - Ty nic nie słyszałeś, Heini.
-Tak jest!
-Wzorowa niemiecka postawa. - Tietz wyjął z kieszeni kilka marek. - Biegnij chłopcze jeszcze raz do księgarni i kup także dla mnie jeden egzemplarz.
-Melduję, że nie wiem, czy jeszcze będzie, panie pułkowniku.
-Co?
-No, bo jak powiedziałem, że to tajna misja Abwehry i że chcemy jeden egzemplarz, to księgarz się zainteresował i zaczął czytać na glos nagłówek, że Sherlock Holmes ratuje Breslau. I się kolejka ustawiła. I mogli już tymczasem wszystko wykupić.
Tietz spojrzał na Schielkego. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, a potem obaj jednocześnie ryknęli śmiechem.
-Chyba majątek zbijemy na naszej poezji.
Unikałbym jednak słowa „empiria”, które może nie dotrzeć do odbiorców Goebbelsa.
-Tak, ma pan rację, kapitanie. Trzeba użyć słów, które zrozumieją. „I z Anglika dupa jak Walkirii kupa!”.
-Doskonałe!
-Heini, ty w dalszym ciągu niczego nie słyszysz. Idź do innej księgarni. Nie musisz biec.