Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
Schielke zastrzygł uszami. Wskazał palcem kobietę ciągnącą wózek, którą mijali.
-Skoro pan mówi po angielsku, to jakby pan określił tę panią?
Woźnica cmoknął głośno, odchrząknął i charknął na bok.
-She’s go’ lovely morę. - Nawet ułożył mu się zgrabny wierszyk.
Schielke parsknął śmiechem.
-Wie pan co pan powiedział? - Nie bardzo wiedział, jak to przetłumaczyć. - Ona jest idzie, bardziej kochana!
Z uciechy wyciągnął z paczki papierosa. I nagle zamarł z zapalniczką w ręce. Jezu Chryste!!! O mój Boże! On nie chciał powiedzieć „She is going morę lovely”! To był... to był cock- ney! W najczystszej postaci. Nieme „t” zastąpione przez zwarcie krtaniowe robiło z „got” - „go”, „morę” kojarzyło się z „less”, a do tego rym brzmiał „ass”. On powiedział: „She has got a lovely ass”. „Ona ma fajną dupę”.
Jak można być takim kretynem jak on? I jak można nie pamiętać opowiadania Conan Doyla, w którym Sherlock Holmes przebrał się za dorożkarza i kpił z wiezionego doktora Watsona z powodu jego niewiedzy i naiwności. Ależ dał się podejść.
Opanował nerwy i wyjął z kieszeni małe etui.
-Dziękuję za bilet wizytowy. Proszę, oto mój. - Podał tamtemu mały kartonik.
Holmes zatrzymał dorożkę pośród drzew i zeskoczył z kozła.
-Witam cię, mój drogi Mycrofcie.
Schielke też wysiadł. Patrzył na tamtego z fascynacją. Wysoki, dość chudy, o nieprawdopodobnie głębokich oczach, które przypominały dwa świdry przewiercające każdą przeszkodę. No i... odważny jak Sherlock. Tak jak tamten przybył na spotkanie osobiście.
Oficer kontrwywiadu nie widział, jak się zachować. Odruchowo wyciągnął rękę.
-Jestem porucznik Dieter Schielke. Abwehra.
Tamten uścisnął dłoń zdecydowanym ruchem.
-Major Maciej Dłużewski. Wojsko Polskie.
Dłuższą chwilę stali w milczeniu, taksując się spojrzeniami.
-To może ja zacznę - powiedział major. - Po pierwsze, jestem winien panu wdzięczność za udaremnienie akcji Krupmanna. - Wyrażał się staroświecką, staranną i piękną niemczyzną. - On co prawda byłby mocno zdziwiony jej wynikiem, ale to nieistotne w tej kwestii. Ważne są pańskie działania, inteligencja oraz wola.
-Domyśla się pan... wola czego?
Polak skinął głową.
-Domyślam się.
-Jest pan pewien?
Dłużewski uśmiechnął się ciepło.
-A może przejdziemy na „ty”, skoro mamy współpracować?
-Z przyjemnością. Dieter.
Maciek. Ale mów mi Holmes. A ciebie będę nazywał... - chwila wahania - Mycroft? A może Watson?
-No wiesz. - Niby to obruszył się Schielke. - Ale może być. Lepiej niż „pani Hudson”.
Obaj się roześmiali. Tylko oni dwaj wiedzieli, jakie podteksty kryły się w tych nazwiskach.
-Twój prawdziwy kryptonim brzmi DW7118G, a taki swojski to „Jura”. Dziwisz się?
-Trochę.
-To istotna pomoc w osiągnięciu naszych wspólnych planów.
Zaskoczył Schielkego.
-Naszych wspólnych?
-No przecież o tym myślałeś. A ja twój pomysł twórczo rozwinąłem. - Spojrzał lekko zdziwiony. - Ale nie czas teraz na rozmowę. Nie tu i nie teraz. Muszę jednak załatwić pewną ważną sprawę i to bardzo szybko.
-Jaką?
-Nie jest mi potrzebny oficer, którego zaraz wyślą na front wschodni, gdzie moi koledzy zabiją cię pierwszego dnia, bo ty nawet strzelać nie umiesz.
-Aż tyle o mnie wiesz?
-Zdziwisz się ile. I... zdziwisz się, ile wiem o twojej inteligencji, która będzie mi bardzo potrzebna. Ale komplementy nie na pierwszej randce, odłóżmy je na później. - Dłużewski podał mu plik kartek. - Tu masz parę pomysłów, jak namierzyć naszą radiostację.
-Cooo???
-Wymyśl co. Czy sądzisz, że mamy tylko jedną radiostację? Chcę, żebyś zdobył u siebie mocną pozycję. Musisz więc mieć wyniki. Wracaj teraz do pracy i od razu napisz raport, jak to rozszyfrowujesz Holmesa. Dzisiaj musi trafić na biurko twojego szefa. Wiem, że on też pracuje do późna.
-Tak. - Schielke przełknął ślinę. - Nie lubię strzelanin.
Wolał nie wspominać, że w żadnej nie brał dotąd udziału i nie wie, czy podczas strzelaniny boi się, czy nie.
-Ty okropny pacyfisto. - Holmes na chwilę zawiesił głos. - Jesteś dokładnie taki sam jak ja. - Znowu chwila ciszy. - Też nie lubię huku, więc strzelaniny nie będzie.
Schielke zaciągnął się głęboko. Dopiero teraz zrozumiał, jak dobry był strzał w jego wykonaniu. Żaden, nawet niebiański snajper, nie mógł trafić lepiej. Jakimś cudem od razu dogadywał się ze stojącym naprzeciw człowiekiem. Miał wrażenie, że statystyczna średnia inteligencji w Breslau wzrosła tutaj o kilkaset procent. Jakby naprawdę Mycroft spotkał Sherlocka.
-Następnego dnia napiszesz raport o postępach śledztwa.
Dłużewski podał mu następną kartkę. - I skierujesz ich uwagę na mieszkanie, w którym są radiostacja i książki szyfrów.
-Książki szyfrów? - Nie mógł uwierzyć Schielke.
-Tak. Przez kilka dni będziemy nadawać z innych stacji różne bzdury, a potem zmienimy kodowanie. Spokojnie w to uwierzą, jeśli im ładnie sprzedasz. Ale pamiętaj o jednym. Widząc tort w twoich raportach, mogą posłać kogoś innego do zjedzenia śmietanki. Więc w swoich obliczeniach ukryj błąd! Tak, żeby ich cios trafił w próżnię.
-Zrozumiałem. Radiostację i szyfry mam przejąć ja.
Holmes klepnął go lekko w ramię.
-Oj, będzie nam się dobrze pracowało. - Odrzucił niedopałek i wskoczył na kozła. Szarpnąwszy lejcami, dodał w czystym cockneyu. - A teraz homoseksualizuj się do żydowskich racji żywnościowych.
Oszołomiony Schielke tłumaczył sobie powoli... „Żydowskie racje żywnościowe”? Aha - maca. Rymuje się z „praca”. Więc on powiedział: „A teraz pedałuj do pracy”. Jasny szlag.
Wykresy, wykresy, wykresy. Namiary ze stacji nasłuchowych nakładał na materiały dostarczone przez Dłużewskiego. Bardzo powoli, ale układał mu się wyraźny system. Mniej więcej wiedział już, jak planowali harmonogram pracy tej radiosta cji, i wedle jakiego schematu zmieniali kryjówki. Rysował wykresy, zaznaczał punkty na mapie, kreślił łączące je krzywe. Nawet nie zerkał na dane pozostałych radiostacji, każda pracowała w innym systemie. Nie dziwił się, nawałnica była coraz bliżej, więc nafaszerowali ludźmi i sprzętem całe Breslau. Wszystko było ważne. Co, kto, kiedy, jak przewozi i gdzie zostawia. Setki par bystrych, wnikliwych spojrzeń taksowało wszystko, a wyniki obserwacji szybowały w eter.
Nie chciał wołać sekretarki ani maszynistki. W Anglii nauczył się błyskawicznie pisać na maszynie. Był szybszy od przeciętnej maszynistki, choć klawisz „S” zawsze mylił mu się z klawiszem „SS”. Skończył jak zwykle szybko, był bardzo precyzyjny w wyrażaniu myśli - koledzy, ci, którzy mu sprzyjali, śmiali się zawsze, mówiąc: „niemiecki umysł, angielskie wychowanie - sicher!”.
Wychodząc na korytarz, wiedział jednak, że szef będzie miał do niego inne podejście niż koledzy. Oczywiście się nie mylił. Z powodu późnej pory sekretarki już nie było. Musiał go zaanonsować ponury wartownik. Heigel siedział przy biurku zapatrzony w jakiś papier. Zanim zdążył go złożyć i schować do szuflady, Schielke z satysfakcją zauważył, że była to również wojskowa mapa.
-No co tam nowego? - Szef, jak zwykle kostyczny, teraz dodatkowo wyglądał na zmęczonego. - Rozwiązał pan tę sprawę z kradzieżami dzieł sztuki?
-Jeszcze nie...
-Dlaczego? - przerwał mu ostro Heigel. - Przecież to sprawa dla jakiegoś małego policjanta. A pan, oficer kontrwywiadu, nie może złapać sprawcy? Dlaczego nie rozwiązał pan jeszcze sprawy kradzieży, pytam?