Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Tak jest!
Po jego wyjściu pułkownik otworzył szufladę i wyjął pojedynczą kartkę. Sądząc po wyrazie twarzy, miał naprawdę dobry dzień.
-Ostatnia sprawa. Na zapotrzebowanie jednostki liniowej Heigel postanowił wysłać jednego z naszych oficerów na front. To miał być pan. - Tietz złotym piórem Watermana równo wykreślił z kartki nazwisko Schielkego. - Ale kogoś trzeba wysłać. Hm... Kto tu się wykazał, żeby go uhonorować zaszczytną służbą liniową?
Miał ładny charakter pisma. Litery układające się w napis „kapitan Albrecht Lempp” były popisem wzorowej kaligrafii.
Holmes robił piorunujące wrażenie. Kiedy tylko ukazał się w drzwiach kawiarni, Schielke od razu wiedział, że on to on. Co gorsza, wzrok podnieśli także ludzie znad innych stolików. Holmes nie szedł, on kroczył. Ale nie było w tym nic nienaturalnego, sztucznego czy udawanego. Po prostu jaśnie pan postanowił okazać łaskę ludzkiej mierzwie obecnej w tym lokalu i zaszczycić ją swoją obecnością. Wysoki, chudy, uśmiechnął się do kilku kobiet, a one odpowiedziały mu uśmiechami. I tak miał wyglądać agent wywiadu? Zwracał na siebie powszechną uwagę. Był po prostu olśniewający. Patrzyli na niego wszyscy. Podszedł do kelnerki i oświadczył, że chciałby napić się z przyjacielem kawy, ale prosi, żeby nie podawać tego, co mają na zapleczu. W przemiły sposób poprosił o zaparzenie zawartości małego woreczka, który jej wręczył. Potem podszedł do stolika. Schielke, nie wiedzieć czemu, od dłuższej chwili stał już prawie na baczność.
-Dieter, przyjacielu. - Objął go za ramiona. - Jakże się i cieszę, że mogę cię nareszcie zobaczyć.
-No przecież widzieliśmy się w parku.
Holmes uśmiechnął się naprawdę sympatycznie.
-Widziałeś doktora Watsona.
-Ale przecież wyglądał tak jak ty. Mówił tak jak ty.
-W nocy, w parku, w zdenerwowaniu? Ty naprawdę wiesz, co widziałeś? Wiesz, o czym mówisz?
Schielke potrząsnął głową. Człowiek siedzący naprzeciw naprawdę robił piorunujące wrażenie.
-Krupmann też złapałby Watsona, a nie ciebie?
-Tak. 1 pewnie umarłbym z żalu, bo to mój prawdziwy przyjaciel. Jest zresztą autentycznym doktorem.
-Medycyny?
-Nie. Architektury.
Roześmiali się. Kolegów po fachu było więc w szajce więcej. W dalszym ciągu kilka osób na sali obserwowało ich rozmowę.
-Wybacz tę uwagę. - Schielke przygryzł wargi. - Ale twoje zachowanie, wygląd, nie wiem, jak to wyrazić, trochę nie pasują do wyobrażeń o agentach wywiadu. Wszyscy na nas patrzą. Nie boisz się?
-Sam odpowiedziałeś sobie na własne pytanie. Niby jak powinienem wyglądać? Wejść tu w prochowcu, kapeluszu i ciemnych okularach? Zamienić z tobą szeptem dwa zdania, zasłaniając twarz gazetą i po sekundzie ulotnić się tylnym wyjściem?
-No dobra. Palnąłem głupstwo.
-Nie, Dieter. Różne rzeczy można o tobie powiedzieć, ale z całą pewnością nie to, że jesteś głupi. Naprawdę przypominasz Mycrofta, istotę nawet bardziej inteligentną niż ja, ale pozbawioną energii.
-A ty, jak prawdziwy Sherlock, wlałeś ją we mnie, Maćku. Jeśli nasze przejście „na ty” per procura dalej obowiązuje.
-O - zdziwił się Holmes. - Nawet poprawnie wymawiasz moje imię.
-Troszeczkę mówię po polsku.
-To „troszeczkę” przyda ci się w niedalekiej przyszłości.
Znowu się do siebie uśmiechnęli.
-Akceptujesz mój plan? - spytał Schielke. - Bo, jak rozumiem, nie muszę tłumaczyć jego założeń.
-Absolutnie nie musisz. Poza tym pragnę go rozwinąć, ale najpierw muszę ci powiedzieć coś o tobie.
-O mnie?
-Nie inaczej.
Podano im kawę w malutkich filiżankach. Sam aromat świadczył, że jeśli kawę u Tietza można było nazwać doskonałą, to na tę istniało tylko jedno określenie. Prawdziwa.
-Czy podać coś jeszcze? - dopytywała kelnerka. - Może koniak?
Holmes uśmiechnął się tak, że natychmiast odpowiedziała mu uśmiechem.
-Nie, dziękuję, proszę pani.
-To może trochę wody mineralnej?
-O! Doskonały pomysł.
Kiedy odeszła, Schielke nachylił się nad stolikiem.
-Co chciałbyś o mnie powiedzieć?
-Tylko tyle, że różnisz się od wszystkich innych ludzi wokół. I niepotrzebnie to ukrywasz.
-Hm. Dziwne. Dlaczego tak uważasz?
-Bo na każde zadane ci pytanie odpowiesz inaczej niż każdy z obecnych w tej kawiarni.
Schielke uniósł brwi. Z czymś, co chodziło mu po głowie, wyraźnie nie mógł sobie poradzić.
-Zadaj takie pytanie.
Holmes wzruszył ramionami.
-To może być cokolwiek. Na przykład: ile dni pracował Bóg nad stworzeniem świata?
-To oczywiste. Sześć.
A dlaczego każdy kretyn ryknie, że siedem? Dlaczego tylko ty znasz odpowiedź, która jest przecież zapisana wszędzie?
Schielke dal się zaskoczyć.
-Ale dlaczego?
-Bo tylko ty potrafisz słuchać. Słuchać, obserwować i wyciągać wnioski. Jesteś geniuszem, mój drogi Mycrofcie. I to stąpającym twardo po ziemi. - Holmes wyjął z kieszeni bardzo spatynowaną papierośnicę i staroświecką zapalniczkę. Przez chwilę bawił się nimi, potem powiedział: - Musisz jednak to wszystko zmienić.
-Co zmienić? - Rozmowa fascynowała Schielkego coraz bardziej. - Mam nie stąpać twardo po ziemi?
Holmes zapalił papierosa. Nawet to potrafił zrobić w taki sposób, że ściągnął kilka spojrzeń ludzi siedzących w pobliżu.
-Tak - odparł. - Zamiast chodzić, musisz latać wysoko nad nią. Ale przede wszystkim musisz różnić się od innych ludzi.
-Mam grać, jak ty?
Tamten zaprzeczył ruchem głowy.
-Ja niczego nie gram. Ja jestem inny. I nauczę cię tego.
-Przyznam, że nie rozumiem.
-Na razie nie musisz. Powróćmy do twojego pomysłu, który tak bardzo mnie zainteresował.
-Nawet ci go nie wyjaśniłem.
-Nie musisz. Pozwolisz mi na krótki wykład?
Schielke skinął głową. Był naprawdę oszołomiony wywodem Holmesa.
-Twój pomysł jest genialny. Po co tracić życie, po co trafić do niewoli i tułać się latami po syberyjskich chłodach i głodach? Lepiej zapewnić sobie polisę na życie. Dogadać się z agentem wroga i dać mu pełną ochronę na najgorsze dni. Na czas walk o Festung Breslau. W zamian chcesz ochrony już po przejściu wojsk, uniknięcia przesłuchań, szykan i długiej niewoli. I powiem ci od razu. Akceptuję ten plan w pełni. Choć ma on jeden poważny minus.
-Jaki?
-Miałeś nie przerywać.
-Już milczę.
-Widzisz, ja już byłem w gułagu. Widziałem ludzi zdychających tygodniami we własnych ekskrementach, widziałem rzeczy, o których Dante nawet nie śnił - jego piekło jest miłe i przyjazne w porównaniu z tym, co stworzył człowiek. Wydostałem się stamtąd cudem, wzięli mnie do wywiadu, bo znam perfekt kilka języków i tak się tu znalazłem. Ale nie chcę żyć w komunistycznym raju z tego prostego powodu, że go widziałem. Dlatego do twojego pomysłu chcę wprowadzić jedną zmianę.
-Jaką?
-Po wojnie, jak się wszystko uspokoi, znikamy stąd obaj.
Schielke poruszył się na krześle. Czuł, że powoli buduje się w nim zaufanie do siedzącego naprzeciwko człowieka. Jednym krótkim wywodem potwierdził, że ma powód, by nie oszukać partnera, kiedy on będzie górą, i nie wystawić go po wszystkim na łatwy strzał, zyskując sobie życzliwość mocodawców.
-Bardzo podoba mi się ta koncepcja - powiedział.
-Czekaj. Ty chcesz, żebym został twoją polisą. Zgadzam się. Ale ja chcę, żebyś ty został gwarantem mojej emerytury.
-Hm. W jakim sensie? - dopytywał Schielke.