Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Odszedł do ogniska, a jego zachowanie od tej chwili zmieniło się: powrócił dawny Sergiusz Siergiejewicz – mądry i nieco kpiarski rozmówca, w którego towarzystwie czas zaczął biec i szybciej, i ciekawiej.
Teraz Dolinin wolał jechać nie z przodu, ale obok bryczki. Od czasu do czasu spędzał Zytiaka z kozła i powoził sam. Bywało też, że zsiadał z konia i szedł pieszo. Raz zaproponował Pelagii przejażdżkę wierzchem, ale wymówiła się swoim stanem, choć bardzo się chciało, jak za dawnych czasów, usiąść w siodle po męsku, ścisnąć kolanami gorące, pełne boki konia, unieść się w strzemionach i popędzić po miękkiej, dźwięcznie cmokającej ziemi...
Kpiarski ton Sergiusza Siergiejewicza nie irytował zakonnicy, raczej jej imponował, ponieważ nie było w nim zupełnie cynizmu, tak powszechnego w wykształconych warstwach społeczeństwa. Wyczuwało się, że jest to człowiek z przekonaniami, z ideałami i – w dzisiejszych czasach rzecz całkowicie zdumiewająca – głębokiej, a nie powierzchownej wiary.
Obecność nieszczęsnego ładunku sprawiała, że rozmowa początkowo obracała się wciąż wokół osoby denata.
Od Dolinina mniszka dowiedziała się o pewnych szczegółach grzesznego żywota „łowcy dusz". Jak się okazuje, nowo objawiony mesjasz zaczął nauczać nie tak dawno, jakieś dwa lata temu, zdążył jednak obejść niemal połowę guberni i pozyskać niemałą liczbę wyznawców, przeważnie najniższego stanu. „Znajdy" nie zbierały się w dużych grupach i nie urządzały masowych procesji, a jednak zwracały na siebie sporo uwagi – zarówno swymi biało-niebieskimi chlamidami, jak i demonstracyjnym odrzucaniem chrześcijaństwa, zwłaszcza zaś Cerkwi prawosławnej. A przy tym sens Manujłowych nauk, jak to zazwyczaj bywa w przypadku mącicieli, którzy wyłonili się z ciemnych głębin ludu, był mglisty i nie poddawał się logicznej wykładni. Jakieś pomysły, skierowane przeciwko świętowaniu niedzieli, przeciwko kapłanom, ikonom, biciu w dzwony, służbie wojskowej, spożywaniu wieprzowiny, a ponadto mało sprecyzowana gloryfikacja żydostwa (choć Manujła, jeśli naprawdę pochodził z zapadłego kąta guberni zawołżskiej, Żydów nie mógł nawet widzieć) i rozmaite inne brednie.
Koniec końców, opowiadał Dolinin, wędrowny kaznodzieja zainteresował samego oberprokuratora Pobiedina, który z racji swych obowiązków pilnie śledził wszelkiego rodzaju herezje. Dygnitarz zawezwał do siebie chłopa w łapciach i wszczął z nim dysputę na tematy duchowe. („Konstanty Pietrowicz bardzo lubi duchowe starcia z heretykami, pod warunkiem jednak, że wychodzi z nich, zgodnie z nazwiskiem, zwycięsko" – uśmiechnął się Sergiusz Siergiejewicz, który opowiadał o tym zdarzeniu w sposób komiczny, bez jakiejkolwiek złośliwości). Manujła zaś, nie w ciemię bity, odczekał, aż prostoduszny oberprokurator odwróci się do obrazu Zbawiciela, by się przeżegnać, i buchnął ze stołu złoty zegarek z diamentami, podarowany Pobiedinowi przez samego monarchę. Został przyłapany na kradzieży i odprowadzony do cyrkułu. Konstanty Pietrowicz ulitował się wszakże nad włóczęgą i przegnał go na cztery wiatry. „Nie zdążyli nawet sfotografować delikwenta ani zrobić szkicu, a jak by to teraz ułatwiło moje zadanie!" – westchnął z żalem narrator i zakończył słowami:
– Lepiej by go nie wypuszczał, nieszczęsny łaskawca. Siedziałby Manujła w kozie, ale żyłby.
– Smutna historia – powiedziała Pelagia. – Ale najsmutniejsze jest to, że prawosławie, wydawałoby się, nasza naturalna religia, wielu Rosjanom nie daje duchowej pociechy. Prostemu sercu czegoś w niej brakuje. Albo może odwrotnie: jest w niej jakaś nieprawdziwa domieszka, w przeciwnym razie ludzie nie odwracaliby się od naszej Cerkwi ku rozmaitym niedorzecznym herezjom.
– Jest. Wszystko w naszej wierze jest – wtrącił Dolinin, i to z tak niewzruszonym przekonaniem, jakiego po owym sceptyku Pelagia by się nie spodziewała.
Replika mniszki z jakichś powodów poruszyła śledczego. Wahał się przez chwilę, a potem, zaczerwieniwszy się, powiedział:
– Opowiem pani... historyjkę o pewnym człowieku... – Zerwał pince-nez i nerwowo potarł nos. – Zresztą nie o żadnym „pewnym". To historia o mnie. Jest pani mądra, i tak by się pani domyśliła. Jest pani, siostro, drugą istotą na świecie, której zapragnąłem to opowiedzieć... Nie wiem dlaczego... Nie, kłamię. Wiem. Ale nie powiem, to nieważne. Zapragnąłem i już.
Z Sergiuszem Siergiejewiczem coś się działo, bo denerwował się coraz mocniej. Pelagii ów stan był znany: nosi w sobie człowiek coś, co pali duszę, wytrzymuje, ile może, niekiedy całe lata, a potem nagle wyzna najboleśniejsze rzeczy pierwszemu napotkanemu, jakiemuś przypadkowemu towarzyszowi podróży. W tym cały dowcip, że właśnie przypadkowemu.
– Zwyczajna historia, wręcz trywialna – zaczął Dolinin, uśmiechając się krzywo. – Takich historii jest wokół mnóstwo. Żadna tragedia, tylko temacik do pieprznej anegdoty o mężu rogaczu i rozwiązłej żonie... Pewien człowiek (ma go pani przed sobą, ale lepiej już pozostanę przy trzeciej osobie, tak będzie łatwiej) miał młodą i piękną żonę. Uwielbiał ją, rzecz jasna, był szczęśliwy i sądził, że ona także jest szczęśliwa, że będą żyli razem aż do grobowej deski i że, jak to się mówi, umrą tego samego dnia. No, nie będę się rozwodził, materia znana... I nagle grom z jasnego nieba. Zaczął szukać w jej torebce jakiegoś głupstwa... Nie, lepiej uściślę, bo to jeszcze bardziej podkreśla trywialność i komizm... Temu głupcowi potrzebna była puderniczka, żeby przypudrować pryszcz; szykował się do ważnego wystąpienia w sądzie, a tu taki kłopot – pryszcz na nosie. To znaczy wtedy mi się wydawało, że wystąpienie na procesie to rzecz niezwykle ważna. – Mimo wszystko Sergiusz Siergiejewicz przeszedł z trzeciej osoby na pierwszą. – Do chwili, kiedy znalazłem w torebce bilecik. O treści nadzwyczaj pikantnej.
– Ach! – wyrwało się Pelagii.
– Mówię przecież, że to historia trywialna – skrzywił się Dolinin.
– Nie, to nie trywialność! – zawołała mniszka. – To najgorsze z nieszczęść! A że zdarza się często... Wszak i śmierć nie jest rzadkością, nikt jednak nie nazywa jej trywialną. Kiedy jedyny na całym świecie człowiek zdradza, to jeszcze gorzej, niż gdyby umarł... Nie.
To grzeszne słowa. Nie gorzej, nie...
Pelagia pobladła i dwa razy mocno potrząsnęła głową, zupełnie jakby odpędzała jakieś wspomnienie albo widzenie, ale Sergiusz Siergiejewicz nie patrzył na nią i, jak się zdaje, nawet nie słyszał jej protestu.
Ciągnął przerwaną opowieść.
– Rzuciłem się do niej z żądaniem wyjaśnień, a ona, zamiast prosić o wybaczenie czy choćby skłamać, powiada: „Kocham go, od dawna kocham ponad życie. Nie miałam odwagi ci tego powiedzieć, bo szanuję cię i żal mi ciebie, ale skoro już do tego doszło..." Okazało się, że to nasz stary znajomy, przyjaciel rodziny i częsty gość... Bogaty, przystojny i w dodatku „jaśnie pan". Wkrótce przeprowadziła się do niego, a ja zupełnie straciłem głowę. Jaka tam praca, jakie ważne procesy, kiedy świat się wali... Nigdy bym nie pomyślał, że mogę pokornie błagać, szlochać i tak dalej. Mogłem, i to jak jeszcze mogłem! Tyle że to wszystko na nic. Moja żona to istota dobra, współczująca. Kiedy płakałem, wylewała łzy razem ze mną. Ja na kolana i ona też zaraz – buch! Tak sobie wspólnie pełzaliśmy. „Wybacz mi", „Nie, to ty mi wybacz", et cetera, et cetera. Przy całej skłonności do współczucia była to jednak dama zdecydowana, od rzeczy ważnych nie odstąpi – wiedziałem o tym już wcześniej i ceniłem ją za to. Rzecz jasna, teraz też nie odstąpiła, niepotrzebnie tylko dręczyłem i ją, i siebie. Pewnego razu zaś, wykorzystując to, że się rozjęczałem – tu w głosie Sergiusza Siergiejewicza po raz pierwszy pojawiła się zawziętość – uprosiła mnie, bym oddał jej syna. Oddałem. Miałem nadzieję, że swą szlachetnością i ofiarnością wywrę wrażenie. I wywarłem. Ale, tak czy owak, nie wróciła do mnie... A ów słynny projekt reformatorski napisałem właśnie wtedy. Z ukrytym, niemal szaleńczym celem. Całkowicie naruszyłem subordynację, ton przyjąłem arcybezczelny. Myślałem: jeśli przepędzą z pracy, to już nie będzie mieć znaczenia – niech jedno pójdzie za drugim. Ale gdybym tak wydźwignąl się i zrobił karierę? Wszak myśli są niegłupie, państwowotwórcze, od dawna przetrawione... Początkowo rzeczywiście usunięto mnie ze stanowiska. Nie przejąłem się tym, poczułem wręcz zadowolenie. Niech i tak będzie, pomyślałem.