Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
— To samo mówił szikar Smuga — rzekła księżna. — Nie mogę wszakże zrozumieć, dlaczego zawodowi łowcy zwierząt odmawiają udziału w polowaniu na tygrysy, na które zjeżdżają do nas nawet z Anglii najsłynniejsi myśliwi. Na przykład pan pułkownik Ralf Burton i generał John Mac Donald nie darowali by nam nigdy, gdybyśmy o nich zapomnieli przy takiej okazji.
Dwóch Anglików w wojskowych mundurach koloru khaki skłoniło się w kierunku pięknej maharani.
— Sława alwarskich polowań na tygrysy dawno już dotarła do dalekiej Europy — schlebiająco odezwał się pułkownik Burton.
— Stanąć oko w oko z dżajpurskim tygrysem, to prawdziwie męska rozrywka — dodał generał Mac Donald.
— Tak, tylko że z grzbietu słonia myśliwy bezpiecznie, niczym z fortecy, strzela do tygrysa, jak do ruchomej tarczy — wtrącił bosman.
Generał Mac Donald wykonał ruch, jakby chciał coś odpowiedzieć, lecz w tej chwili przemówił Wilmowski:
— Proszę nie dziwić się naszej niechęci do polowań, podczas których przeważnie bez uzasadnionej przyczyny tępi się zwierzynę. Jesteśmy nie tylko łowcami, lecz również propagatorami rozsądnego i przyjacielskiego stosunku człowieka do zanikających okazów fauny. My po prostu kochamy zwierzęta, a one doskonale wyczuwają stosunek każdego człowieka do nich.
— Drapieżnik zawsze pozostanie drapieżnikiem, choćby nawet nie wiem jaką przeszedł tresurę — zauważył pułkownik Burton. — Wspaniały gepard Nero, leżący u stóp jej wysokości maharani, tak samo skoczy mi do gardła, jak i panu, który “kocha zwierzęta”, jeżeli tylko spróbowalibyśmy zbliżyć się do księżnej.
— Tak pan sądzi? — spokojnie zapytał Tomek.
— Nie sądzę, młodzieńcze, lecz jestem tego pewny. Widziałem bowiem, jak zdławił złoczyńcę, gdy ten, prosząc księżnę o łaskę, niepotrzebnie zbyt blisko przystanął przy jej wysokości.
— Nero przeszedł specjalną tresurę. Nie dopuści nikogo obcego do mojej małżonki — chełpliwie potwierdził maharadża.
— Nie byłbym tego tak pewny. Istnieją ludzie obdarzeni przez naturę umiejętnością czy też darem obłaskawiania zwierząt bez stosowania siły i terroru — powiedział Wilmowski.
— Szikar Smuga usiłował nas przekonać, iż młody pan Wilmowski potrafi w niezwykły wprost sposób ujarzmiać zwierzęta — niedowierzająco odezwał się Manibhadra.
— To prawda, panie maharadżo! Włosy dęba stawały mi na głowie, gdy nasz Tomek właził do klatek z różnymi dzikimi zwierzakami. Nawet taki znawca jak pan Hagenbeck mówił, że nie byle kto potrafi pokazać podobną sztuczkę — wtrącił bosman.
— Gdybyś, sahibie, nie był moim miłym gościem, to zaproponowałbym ci próbę z gepardem mej małżonki — rzekł maharadża uśmiechając się dwuznacznie.
Tomek spostrzegł na ustach maharadży pełen niedowierzania uśmiech oraz kpiące, porozumiewawcze spojrzenia Anglików. Ponadto czuł na swej twarzy niepokojący wzrok księżnej. Po krótkiej chwili wahania spojrzał maharani prosto w oczy i zapytał:
— Cóż mam uczynić z gepardem waszej książęcej wysokości?
Maharani, jakby zapomniała o zwyczaju purdach, puściła wolno rąbek sari, którym osłaniała część twarzy. Ujęła chusteczkę leżącą na jej kolanach, po czym, rzuciwszy ją na posadzkę tuż przy pysku spoczywającego geparda, powiedziała:
— Podaj mi chusteczkę, młody sahibie!
Tomek postąpił krok ku księżnej. Wielki płowy gepard przetoczył się z boku na brzuch i przywarował u stóp swej pani. Batystowa chusteczka znalazła się teraz pod jego łapą, uzbrojoną w wysunięte na wierzch duże, mocne pazury.
W tej chwili pułkownik Burton podszedł do Wilmowskiego i dotknąwszy ręką jego ramienia szepnął:
— Niech pan powstrzyma syna, to nie ma najmniejszego sensu. Widziałem na własne oczy, jak ten gepard zagryzł krajowca.
— To dziwne, bo gdyby któryś z nas był przy tym, gepard zostałby zastrzelony — odpowiedział Wilmowski również po cichu.
Anglik zaczerwienił się, a Wilmowski, mimo iż wierzył w rozsądek syna, zerknął wymownie na bosmana. Było to wszakże zbyteczne, albowiem, gdy tylko Tomek zaczął wolno zbliżać się do maharani, marynarz natychmiast wsunął dłoń do kieszeni spodni, w której nosił rewolwer.
Tomek tymczasem zatrzymał się nie dalej, jak o pięć kroków od geparda. Poznał dobrze zwyczaje tych drapieżników, zetknąwszy się już z nimi podczas afrykańskiej wyprawy. Jego przyjaciel, młody król Bugandy, Daudi Chawa, miał dwa oswojone gepardy, doskonale wytresowane do polowania na antylopy [65]. Poza tym Tomek naprawdę posiadał, podziwianą przez europejskich treserów, dziwną umiejętność poskramiania zwierząt. Niektórzy nawet byli przekonani, iż wprost hipnotyzował je wzrokiem.
Teraz Tomek wpatrywał się w geparda nie wykonując najmniejszego ruchu. Minęła dłuższa chwila. Gepard wlepił w człowieka swe zielone źrenice, złowróżbnie prężąc kark. Długi, pokryty puszystą sierścią ogon uderzał nerwowo o posadzkę. Naraz ogon znieruchomiał. Gepard stulił krótkie, zaokrąglone uszy. Tomek zaś, nie odrywając wzroku od zwierzęcia, krok za krokiem zbliżał się ku niemu. W pełnej napięcia ciszy przyklęknął przed gepardem. Łagodnym, lecz stanowczym ruchem dotknął dłonią łba o ostro ściętym pysku. Gepard drżał jak w febrze; mimo woli obnażał kły. Tomek delikatnie gładził głowę zwierzęcia, przemawiał doń, aż w końcu gepard położył swój łeb na jego kolanie. Tomek wsunął prawą dłoń pod łapę przyciskającą chusteczkę. Podał maharani jej własność. Z kolei, głaszcząc geparda po głowie, zmusił go do ułożenia się na posadzce. Teraz sam podniósł się i patrząc w źrenice zwierzęcia wycofał się do kręgu towarzyszy.
Gepard poderwał się na cztery łapy, wstrząsnął grzbietem jakby wyszedł z kąpieli, po czym otarł się o nogi maharani, wciąż spoglądając w kierunku niezwykłego pogromcy.
— Ależ to prawdziwy hipnotyzer! Czy potrafi pan również usypiać węże, jak to czynią hinduscy zaklinacze? — zawołał Burton, potrząsając prawą dłonią Tomka.
— Nie jestem hipnotyzerem, proszę pana — zaprzeczył Tomek. — Po prostu kocham zwierzęta i staram się przeniknąć ich naturę. One wyczuwają, iż nie mam zamiaru uczynić im krzywdy. Poza tym w ten sposób można postępować jedynie z już oswojonym drapieżnikiem. Jestem uczniem mego ojca, specjalizującego się w nowoczesnej tresurze zwierząt.
— Muszę powinszować panu wspaniałych wyników — zwrócił się Burton do Wilmowskiego. — Naprawdę obawiałem się o pańskiego syna.
— Tomek przewyższył już swego nauczyciela — odparł Wilmowski uśmiechając się. — Wprawdzie uczyłem go opanowania wobec zwierząt, lecz muszę przyznać, że sam nie spodziewałem się takich wyników.
— To było naprawdę zdumiewające — przyznał maharadża. — Myślałem, że mój gepard nie sprawi mi zawodu. Gdybyś kiedykolwiek, sahibie, chciał zamieszkać w Indiach, mógłbym mieć dla ciebie ciekawą propozycję.
— Kto wie, może kiedyś skorzystam z zaproszenia waszej wysokości — odpowiedział Wilmowski.
— Proszę powiadomić mnie, gdy będzie pan miał na to ochotę — dodał maharadża. — Skoro jednak strzelanie do tygrysów nie nęci panów, to proszę o schwytanie żywego tygrysa podczas polowania.
— Doskonała myśl — zauważyła maharani, nie odrywając od Tomka swego wzroku. — Obiecałam wicekrólowi Indii radżputańskiego tygrysa do ogrodu zoologicznego w Londynie. Szikar Smuga opowiadał mi, że panowie potrafią chwytać tygrysy nie zastawiając na nie pułapek. Chętnie przyjrzałabym się takim łowom. Chyba spełnią panowie moją prośbę?
65
W Afryce i w Azji krajowcy szkolą gepardy do polowania, jak sokoły myśliwskie. W Indiach myśliwi umieszczają zakapturzonego geparda na dwukołowym wózku. Podwożą do wytropionego stada, zdejmują kaptur i spuszczają ze smyczy. W gepardzie na widok zwierzyny budzą się myśliwskie instynkty, dopada ofiary, obala ją i chwyta za gardło. Myśliwy podbiega do zdobyczy, podcina jej nożem gardło, krew zbiera do miseczki i daje ją gepardowi do wychłeptania, a potem znów nakłada mu kaptur na głowę.