Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
Maharani spoglądała na Tomka, jakby głównie od niego oczekiwała odpowiedzi. Tomek tymczasem wahał się. Instynkt ostrzegał go przed pochopnym uleganiem kaprysom pięknej maharani, znudzonej gnuśnym życiem w bezmiernym bogactwie. Zdało mu się, że maharadża Alwaru po prostu doskonale wyreżyserował całą scenę z gepardem, aby sprawdzić, czy intrygujące opowiadania Smugi o jego niezwykłej zdolności oswajania dzikich zwierząt odpowiadały prawdzie. Teraz zaś maharadża i jego małżonka pragnęli zabawić się widokiem niebezpiecznych łowów. Tomek już miał zamiar odpowiedzieć odmownie, gdy naraz bosman odezwał się półgłosem po polsku:
— Powiedz brachu, że się zgadzamy, kiedy taka piękna dama prosi. Przy okazji pokażemy tym angielskim flegmatykom, co to naprawdę znaczy stawać oko w oko z tygrysem.
Tomek jeszcze niezdecydowany, zerknął na ojca. Wilmowski patrzył na niego z zagadkowym, jakby lekko drwiącym uśmiechem na ustach. Znał dobrze słabostki syna i przyjaciela — lubił popisywać się swymi umiejętnościami.
“Coś mi się wydaje, że i ojciec również nie ma nic przeciwko takim łowom” — pomyślał Tomek.
— Zgódź się prędzej, bo posądzą nas o “cykorię”! — syknął bosman.
— Jeśli tylko nadarzy się okazja podczas polowania, postaramy się spełnić życzenie jej książęcej wysokości — powiedział Tomek, pochylając się w ukłonie.
Polowanie na tygrysy
Zaledwie brzask słoneczny rozproszył mrok nocy, przed pałacem maharadży Alwaru zapanował ożywiony ruch. Mahuci pospiesznie kończyli przystrajanie i siodłanie słoni, gdy maharadża Manibhadra z małżonką oraz białymi gośćmi pojawili się przed pałacem.
Na widok maharadży olbrzymi słoń o jednym tylko, prawym kle, podniósł wysoko swoją trąbę i zahuczał doniośle. Za jego przykładem inne słonie zadarły w górę trąby. Maharadża, niczym dowódca przed oddziałem prezentujących broń żołnierzy, zatrzymał się przed długim szeregiem szarych olbrzymów, trzymających w górę wyciągnięte trąby. Powitał zwierzęta podniesieniem ręki. Słonie przestępowały z nogi na nogę, kołysząc potężnymi cielskami i, jak bronią, salutowały trąbami. Maharadża opuścił rękę.
Słonie natychmiast uspokoiły się; wkrótce też mahuci zaczęli podprowadzać je na środek dziedzińca.
Święty słoń o jednym, prawym kle, przeznaczony wyłącznie dla maharadży, miał przymocowaną na grzbiecie pozłocistą lektykę, osłoniętą z wierzchu czerwonym daszkiem. Długi, zakrzywiony nieco do góry kieł słonia ozdobiony był kilkoma szerokimi, złotymi pierścieniami, wysadzanymi szlachetnymi kamieniami. Na wielkiej głowie zwierzęcia siedział mahut, kierując nim podczas jazdy. Oryginalny wierzchowiec zatrzymał się przed maharadżą.
“Sit down!” [66] — po angielsku zawołał mahut.
Słoń zakołysał cielskiem i osunął się brzuchem na ziemię. Służba usadowiła się w lektyce. Tuż za władcą Alwaru przykucnął indyjski myśliwy, aby w odpowiedniej chwili podczas polowania podawać maharadży przygotowaną do strzału broń palną.
“Get up!” [67] — krzyknął mahut, gdy Manibhadra wygodnie rozsiadł się w lektyce.
Słoń posłusznie dźwignął się na nogi.
Z kolei podprowadzono słonia w specjalnej uprzęży, która umocowywała na jego grzbiecie wspaniale rzeźbioną oraz zaopatrzoną w muślinowe zasłony lektykę, wymoszczoną poduszkami i miękko wyprawionymi skórami. W lektyce tej spoczęła na posłaniu zwiewna, piękna maharani, ubrana nie mniej wspaniale niż dnia poprzedniego. Przy niej przykucnęły dwie młode służebne z wachlarzami ze strusich piór, aby chłodzić swą panią w gorętszych godzinach skwarnego dnia.
Następnie wielki radżput sprawnie po przydzielał słonie poszczególnym myśliwym. Pułkownik Burton oraz generał Mac Donald, tak jak maharadża, korzystali z usług strzelców-krajowców przygotowujących broń do strzału. Natomiast Wilmowski, Tomek i bosman zabrali na grzbiet swoich słoni Hindusów uzbrojonych w długie, mocne, rozwidlone na jednym końcu żerdzie, przystosowane do chwytania dzikich zwierząt.
Przy wtórze rogów i mosiężnych trąb oraz biciu w bębny długa kawalkada myśliwych wyruszyła sprzed pałacu w kierunku pobliskiej dżungli. Spłoszone niecodzienną wrzawą dzikie pawie, przeraźliwie krzycząc, kryły się pomiędzy drzewami.
W pochodzie nasi trzej łowcy jechali tuż za słoniem niosącym piękną maharani, albowiem jej życzeniem było pozostawać podczas polowania jak najbliżej nich. Wychynęli z parku na skraj dżungli. Słonie kroczyły teraz dowolnym szykiem. Korzystając z tego, iż Wilmowski z Tomkiem jechali tuż obok, bosman odezwał się:
— Po kiego licha robią oni tyle szumu? Nie tylko większy zwierz, ale nawet i owady pochowają się przed nami. Więcej tu będzie pompy, niż polowania.
— Zupełnie trafny wniosek, bosmanie — odparł Wilmowski. — Takie właśnie polowania są dla tutejszych książąt najprzyjemniejszą rozrywką. Przede wszystkim lubują się w pięknej i hucznej paradzie oraz w pokazywaniu własnego bogactwa; krótko mówiąc, dużo wrzasku i huku broni palnej przy małej szkodzie dla zwierzyny.
— Nie dla mnie takie polowanie — powiedział bosman pogardliwie. — Siedzi się na słoniu jak w fortecy. Żadna uciecha.
— Za to ten niezwykły orszak myśliwski naprawdę wygląda wspaniale — zauważył Tomek. — Hindusom należy się uznanie za oswajanie tak użytecznych zwierząt. Podczas gdy afrykańscy Murzyni bezlitośnie tępią słonie dla zdobycia cennych kłów, mądrzy Hindusi korzystają z ich pomocy w pracy i na łowach.
— Prawdę mówisz, brachu — przytaknął bosman. — W Afryce nie widzieliśmy ani jednego oswojonego słonia. A może tamta odmiana w ogóle nie nadaje się do oswajania?
— Nie wydaje mi się, aby tak było, ponieważ właśnie afrykańskie słonie już w starożytności występowały w historii wojen — odpowiedział Wilmowski. — W Asyrii za panowania królowej Semiramidy, a więc niemal dwa tysiące lat przed naszą erą, słonie wchodziły w skład asyryjskiej armii. Dariusz również użył tych zwierząt do walki z Aleksandrem Wielkim. Wówczas to Aleksander przywiózł po raz pierwszy do Europy kilka bojowych słoni, zdobytych na Persach w bitwie pod Arbelą w 330 roku przed naszą erą. Rzymianie poznali je podczas wojen z Pyrrusem królem Epiru. A czy do historii nie przeszło użycie słoni przez Hannibala w drugiej wojnie punickiej? Oczywiście we wszystkich tych przypadkach może być mowa jedynie o słoniach afrykańskich, stąd wniosek, iż dają się one oswajać. Widocznie Murzyni na Czarnym Lądzie po prostu nie są zainteresowani w pozyskaniu tych zwierząt dla usług człowieka. Dlatego też słoń indyjski, oswajany od dawna przez krajowców, nie jest tak prześladowany przez ludzi.
— To prawda. Hindusi dobrze obchodzą się ze słoniami i dlatego mają z nich pożytek — rzekł bosman. — Niezły to zresztą pomysł użycia słoni do walki. Ile “cykorii” musiały napędzać wrogom!
— Tak myślisz? Wobec tego powiem ci, że słonie stanowiły broń obosieczną — wyjaśnił Wilmowski. — Otóż podczas wojny z królem Pyrrusem w pierwszej chwili Rzymianie przerazili się na widok straszliwych zwierząt, lecz wkrótce zaczęli im rzucać w oczy oblane smołą, zapalone wieńce, czym tak je przestraszyli, że zawróciły w wielkim popłochu na szeregi własnego wojska i sprawiły w nich ogromne zamieszanie. Rzymianie przekonawszy się, że nie można polegać na takich sprzymierzeńcach, wcale nie używali słoni do boju. Toteż po zwycięstwie odniesionym przez Juljusza Cezara nad królem Numidii, Jubą, w morderczej bitwie pod Thapsus w 26 roku przed naszą erą, słoń zniknął z widowni wojen.
66
Sit down (fonetycznie: syt daun) — usiądź.
67
Get up (fonet.: get ap) — powstań.