Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— No, no — rzekł król — i przystajesz na to, co powie pan de La Trémouille?
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Przyjmiesz jego sąd?
— Oczywiście.
— I zgodzisz się na karę, jakiej zażądam?
— Całkowicie.
— La Chesnaye[*]! — zawołał król. — La Chesnaye!
Zaufany pokojowiec Ludwika XIII, który stał zawsze przy drzwiach, wszedł do pokoju.
— La Chesnaye — rzekł król — niechaj mi zaraz znajdą pana de La Trémouille. Chcę z nim mówić dziś wieczór.
— Wasza Królewska Mość daje mi słowo, że nie zobaczy się z nikim pomiędzy wizytą pana de La Trémouille i moją?
— Z nikim, na honor.
— Do jutra zatem, Najjaśniejszy Panie.
— Do jutra.
— O której godzinie Wasza Królewska Mość rozkaże?
— O której zechcesz.
— Ale gdybym przyszedł zbyt wcześnie, obawiam się, że zbudziłbym Waszą Królewską Mość.
— Zbudzisz mnie? Alboż to ja sypiam? Nie sypiam, mości panie, śnię niekiedy, ot i wszystko. Przyjdź tedy tak wcześnie, jak tylko masz ochotę, o siódmej na przykład; ale biada ci, jeśli twoi muszkieterowie są winni.
— Jeśli muszkieterowie są winni, zostaną oddani w ręce Waszej Królewskiej Mości, który postanowi o nich wedle swego uznania. Czy Wasza Królewska Mość żąda czegoś jeszcze? Jestem na rozkazy.
— Nie, nie, albowiem nie bez powodu nazywają mnie Ludwikiem Sprawiedliwym. Do jutra więc, mój panie, do jutra.
— Niech Bóg ma w opiece Waszą Królewską Mość!
Jeśli król spał kiepsko, pan de Tréville spał jeszcze gorzej. Wieczorem kazał uprzedzić trzech muszkieterów i ich towarzysza, by stawili się u niego o wpół do ósmej rano. Zabrał ich ze sobą, o niczym nie zapewniając, nic nie obiecując i nie ukrywając przed nimi, że ich kariera, a nawet jego własna są postawione na kartę.
Przy wejściu na boczne schody kazał im zaczekać. Jeśli król wciąż jeszcze jest na nich zagniewany, odejdą bez widzenia; jeśli zechce przyjąć muszkieterów, wystarczy posłać po nich.
Gdy pan de Tréville wszedł do przedpokoju przylegającego do komnat królewskich, zastał tam La Chesnaye’a, od którego dowiedział się, że nie znaleziono poprzedniego dnia księcia de La Trémouille w jego pałacu, że wrócił zbyt późno, by udać się do Luwru, że przybył dopiero przed chwilą i jest właśnie u króla.
Wiadomość ta bardzo przypadła do smaku panu de Tréville, gdyż mógł być pewien, że pomiędzy oświadczenia pana de La Trémouille i jego własne nie wkradną się żadne inne.
W istocie po dziesięciu minutach drzwi do gabinetu króla otworzyły się i pan de Tréville ujrzał wychodzącego księcia de La Trémouille, który zbliżył się do niego i rzekł:
— Panie de Tréville, Jego Królewska Mość wezwał mnie, bym zaświadczył, jaki był przebieg wczorajszych wypadków w pałacu. Powiedziałem prawdę, to znaczy, że wina spada na moich ludzi i że jestem gotów za to pana przeprosić. Skoro cię spotkałem, zechciej przyjąć przeprosiny i uważać mnie zawsze za przyjaciela.
— Mości książę — rzekł pan de Tréville — byłem tak pewien twej prawości, że nie pragnąłem innego obrońcy wobec Najjaśniejszego Pana, prócz ciebie. Widzę, że nie omyliłem się, i dziękuję ci za to, że jest jeszcze we Francji ktoś, o kim można z całym przekonaniem powiedzieć to, co powiedziałem o tobie.
— Pięknie, pięknie — rzekł król, który słuchał tych uprzejmości stojąc pomiędzy podwójnymi drzwiami. — Powiedz mu tylko, Tréville, skoro uważa się za twego przyjaciela, że ja także chciałbym należeć do jego przyjaciół, ale on mnie zaniedbuje; nie widziałem go od trzech lat i widzę tylko wówczas, kiedy po niego poślę. Powiedz mu to wszystko w moim imieniu, są to bowiem słowa, których król sam nie może powiedzieć.
— Dzięki, Najjaśniejszy Panie, dzięki stokrotne, ale niech Wasza Królewska Mość będzie pewien, że nie ci, których widzi o każdej porze (nie mam na myśli pana de Tréville), są mu najbardziej oddani.
— Ach, usłyszałeś, co mówiłem. Tym lepiej, książę, tym lepiej — rzekł król stając w drzwiach. — Ach, to ty, Tréville! Gdzież są nasi muszkieterowie? Powiedziałem ci przedwczoraj, żebyś mi ich przyprowadził. Dlaczego nie uczyniłeś tego?
— Są na dole, Najjaśniejszy Panie, i jeśli rozkażesz, La Chesnaye pójdzie ich zawołać.
— Tak, tak, niech przyjdą zaraz. Wkrótce już ósma, a o dziewiątej oczekuję tu kogoś. Żegnam cię, książę, i nie zapomnij powrócić. Wejdź, mości Tréville.
Książę skłonił się i wyszedł. W chwili gdy otwierał drzwi, trzej muszkieterowie i d’Artagnan w towarzystwie La Chesnaye’a ukazali się na schodach.
— Chodźcie, moje zuchy — rzekł król — muszę was wyłajać.
Muszkieterowie zbliżyli się i skłonili, d’Artagnan szedł z tyłu za nimi.
— Tam do licha — ciągnął król — w ciągu dwóch dni daliście radę siedmiu gwardzistom Jego Eminencji! To za dużo, mości panowie, to za dużo. Gdyby tak dalej poszło, Jego Eminencja musiałby za trzy tygodnie zaciągnąć nowych ludzi do swej kompanii, a ja zastosować edykty w całej surowości. Co innego jeden gwardzista, przypadkiem, nie mam nic przeciwko temu; ale siedmiu w ciągu dwóch dni to za dużo, o wiele za dużo, powtarzam raz jeszcze.
— Toteż widzisz, Najjaśniejszy Panie, że przychodzą skruszeni i pełni żalu, by cię przeprosić.
— Skruszeni i pełni żalu! Hm! — powiedział król — nie ufam zanadto Ich obłudnym minom; a zresztą widzę wśród nich Gaskończyka. Pójdź no tu, mości panie!
D’Artagnan, który zrozumiał, że do niego odnoszą się te słowa, zbliżył się przybrawszy najbardziej zrozpaczony wyraz twarzy.
— Czemuż mówiłeś mi, że to młodzieniec? Ależ to dziecko! I to on właśnie zadał ten tęgi cios Jussacowi?
— I dwa piękne ciosy Bernajoux.
— Doprawdy?
— Nie mówiąc już o tym — rzekł Atos — że gdyby nie wydarł mnie z rąk Bicareta, na pewno nie miałbym w tej chwili zaszczytu składać Waszej Królewskiej Mości najpokorniejszego ukłonu.
— Ależ to istny szatan ten Bearneńczyk, niech go kule biją, jak powiedziałby mój nieboszczyk ojciec. W tym zawodzie trzeba zedrzeć niejeden kaftan i złamać niejedną szpadę. A Gaskończycy są wciąż jeszcze biedni, co?
— Najjaśniejszy Panie, muszę powiedzieć, że nie odkryto jeszcze kopalni złota w ich górach, choć Pan Bóg mógłby sprawić ten cud w nagrodę za to, jak walczyli w obronie praw twego ojca.
— Co znaczy, innymi słowy, że to Gaskończycy zrobili mnie królem, skoro jestem synem swego ojca — nieprawda, Tréville? No cóż, proszę bardzo, nie przeczę. La Chesnaye, idź zobacz, czy w moich kieszeniach nie znajdzie się jakie czterdzieści pistoli i przynieś je tutaj. A teraz, mój chłopcze, powiedz z ręką na sercu, jak to wszystko się odbyło?
D’Artagnan opowiedział wypadki wczorajszego dnia z najdrobniejszymi szczegółami: jak nie mogąc zasnąć z radości, że zobaczy Jego Królewską Mość, przybył do przyjaciół na trzy godziny przed wyznaczoną audiencją, jak poszli razem do traktierni, jak przeraził się, że zostanie ugodzony w twarz, i jak zakpił sobie z niego Bernajoux, który tych kpin o mało nie przypłacił życiem, a Bogu ducha winien pan de La Trémouille utratą pałacu.
— Tak jest, samej rzeczy — mruknął król. — Tak właśnie opowiadał mi książę. Biedny kardynał! Siedmiu ludzi w dwa dni, i to tak ulubionych, ale dość tego, panowie, słyszycie! Dość! Zapłaciliście już za ulicę Férou z nawiązką. Powinniście być zadowoleni.