Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Pan de Tréville przyjmował najświetniejsze towarzystwo, nie usposobione zresztą przyjaźnie do kardynała. Można więc łatwo zrozumieć, że rozmowa podczas obiadu dotyczyła dwóch porażek, poniesionych przez gwardzistów Jego Eminencji. Ponieważ zaś d’Artagnan był bohaterem ostatnich dwóch dni, jemu przypadły w udziale wszystkie pochwały, których Atos, Portos i Aramis wyrzekli się chętnie nie tylko dlatego, że byli dobrymi przyjaciółmi, ale i dlatego, że podziwiani i chwaleni często, mogli bez żalu obyć się tym razem bez należytych im hołdów.
Około szóstej pan de Tréville oświadczył, że udaje się do Luwru, ponieważ jednak minęła godzina wyznaczona przez Jego Królewską Mość na audiencję, zamiast iść bocznymi schodami, wszedł wraz z czterema młodymi ludźmi do przedpokojów królewskich. Król nie wrócił jeszcze z polowania. Nasi młodzieńcy czekali już pół godziny wśród tłumu dworzan, kiedy wszystkie drzwi otworzyły się i oznajmiono przybycie Najjaśniejszego Pana.
Gdy d’Artagnan to usłyszał, przeszył go dreszcz aż do szpiku kości. Nadchodząca chwila miała wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zdecydować o całym jego życiu. Z obawą utkwił oczy w drzwiach, którymi miał wejść król.
Ludwik XIII szedł pierwszy; był w zakurzonym stroju myśliwskim, w wysokich butach i ze szpicrózgą w ręce. Od pierwszego rzutu oka d’Artagnan pojął, że król nie posiada się ze złości.
Choć dworzanie zdawali sobie również sprawę ze złego humoru Jego Królewskiej Mości, ustawili się w szpaler, gdy król przechodził: lepiej bowiem, żeby widziano cię gniewnym okiem na przedpokojach królewskich, niż żeby nie widziano cię wcale. Trzej muszkieterowie nie wahali się więc i postąpili krok naprzód, d’Artagnan stał ukryty za nimi; ale choć król rozpoznał Atosa, Portowa i Aramisa, minął ich, nie zaszczyciwszy spojrzeniem ani słowem, jak gdyby nie widział ich nigdy w życiu. Wszelako gdy wzrok króla zatrzymał się na panu de Tréville, kapitan wytrzymał to spojrzenie z taką mocą, że król odwrócił oczy. Za czym Jego Królewska Mość, mrucząc coś pod nosem, wszedł do swoich pokojów.
— Niedobrze — rzekł Atos z uśmiechem — zdaje się, że tym razem nie zostaniemy jeszcze kawalerami orderu.
— Zaczekajcie tu dziesięć minut — rzekł pan de Tréville. — Jeśli za dziesięć minut nie wrócę, idźcie do mego pałacu: dalsze czekanie byłoby bezcelowe.
Młodzi ludzie czekali dziesięć minut, kwadrans, dwadzieścia minut. Widząc, że pan de Tréville się nie pojawia, wyszli, bardzo niespokojni o dalszy obrót spraw.
Pan de Tréville wszedł nieśmiało do gabinetu króla i zastał Jego Królewską Mość w bardzo złym humorze. Ludwik XIII siedział na fotelu i uderzał się po butach szpicrózgą. Pan de Tréville, nie zrażając się, z największym spokojem zapytał o jego zdrowie.
— Kiepsko, mości panie, kiepsko — odparł król — nudzę się.
Była to istotnie najgorsza choroba Ludwika XIII. Monarcha często pociągał do okna któregoś z dworzan, mówiąc: “Mości taki a taki, nudźmy się razem”.
— Jak to! Wasza Królewska Mość się nudzi! — rzekł pan de Tréville. — Czyżbyś nie znalazł przyjemności w dzisiejszym polowaniu, Najjaśniejszy Panie?
— Ładna mi przyjemność, Tréville! Słowo daję, wszystko chyli się ku upadkowi i nie wiem, czy to zwierzyna nie zostawia tropów, czy psy straciły węch. Wypłoszyliśmy dziesięcioletniego rogacza, ścigamy go przez sześć godzin i kiedy pochwyciliśmy go już niemal, kiedy Saint-Simon przykłada róg do ust, by zagrać sygnał, nagle cała sfora zmienia kierunek i goni młodziutkiego jelenia. Zobaczysz, że będę musiał poniechać polowania z nagonką, jak poniechałem polowania z ptakami. Ach, jestem bardzo nieszczęśliwym królem, mości Tréville! Miałem tylko jednego białozora, a i ten zdechł przedwczoraj.
— W samej rzeczy, Najjaśniejszy Panie, rozumiem twą rozpacz, nieszczęście jest bowiem wielkie, ale zdaje mi się, że posiadasz jeszcze dość znaczną liczbę sokołów, jastrząbków i rarogów.
— I ani jednego człowieka, żeby je wyuczył. Nie ma już sokolników, tylko ja jeden znam się jeszcze na sztuce polowania. Gdy mnie zabraknie, wszystko się skończy i będzie się zastawiać jedynie sidła, sposobić wnyki i wilcze doły. Gdybym miał czas, by wykształcić uczniów! Ale nie, pan kardynał nie pozostawia mi chwili wytchnienia, mówi o Hiszpanii, mówi o Austrii, mówi o Anglii! A skoro już mówimy o panu kardynale, powiem ci, że jestem niezadowolony z ciebie, mości Tréville.
Pan de Tréville spodziewał się tego. Znał króla wybornie i zrozumiał, że wszystkie te żale były tylko wstępem, którym król dodawał sobie odwagi, żeby wreszcie dojść do tego, do czego chciał dojść.
— Za jaką to przyczyną miałem nieszczęście nie spodobać się Waszej Królewskiej Mości? — zapytał udając głębokie zdumienie.
— Alboż to tak wypełnia się obowiązki, mości panie — ciągnął król, nie odpowiadając wprost na pytanie pana de Tréville — czy po to mianowałem cię kapitanem moich muszkieterów? Muszkieterowie mordują człowieka, buntują całą dzielnicę i chcą spalić Paryż, a ty milczysz? Może zresztą — mówił dalej król — oskarżam cię zbyt pośpiesznie, wichrzyciele są zapewne w więzieniu, ty zaś mi powiesz, że sprawiedliwości stało się zadość.
— Najjaśniejszy Panie — odparł pan de Tréville — przyszedłem tu, by prosić się o wymierzenie sprawiedliwości, ale zgoła komu innemu.
— Komuż to? — zawołał król.
— Oszczercom — rzekł pan de Tréville.
— Proszę, oto coś nowego! Nie powiesz mi chyba, że ci twoi trzej przeklęci muszkieterowie i ów młokos z Bearn nie rzucili się jak wściekli na biednego Bernajoux i nie obeszli się z nim w taki sposób, że kona, być może, w tej chwili! Nie powiesz mi, że nie oblegali pałacu księcia de La Trémouille i nie chcieli go podpalić, co nie byłoby zbyt wielkim nieszczęściem w czasie wojny, zważywszy, że to gniazdo hugenotów, ale w czasie pokoju jest to przykład gorszący. No cóż, może temu wszystkiemu zaprzeczysz?
— I któż opowiedział ci tę piękną bajkę, Najjaśniejszy Panie? — zapytał spokojnie pan de Tréville.
— Kto mi opowiedział, mój panie! A któż, jeśli nie ten, kto czuwa, kiedy śpię, kto pracuje, kiedy się bawię, kto kieruje sprawami wewnątrz i na zewnątrz królestwa, we Francji i w Europie.
— Wasza Królewska Mość ma na pewno Boga na myśli — rzekł pan de Tréville — nikt bowiem inny nie jest o tyle potężniejszy od Waszej Królewskiej Mości.
— Nie, mości panie, mam na myśli podporę państwa, mojego jedynego sługę, jedynego przyjaciela, pana kardynała.
— Jego Eminencja nie jest Jego Świątobliwością, Najjaśniejszy Panie.
— Co masz na myśli?
— Że tylko papież jest nieomylny i że ta nieomylność nie rozciąga się na kardynałów.
— Chcesz powiedzieć, że mnie oszukuje, że mnie zdradza. Oskarżasz go zatem. Proszę, mów, o co go oskarżasz.
— Nie oskarżam, Najjaśniejszy Panie, ale powiadam, że się myli; powiadam, że został wprowadzony w błąd, że zbyt spiesznie oskarżył muszkieterów, wobec których jest niesprawiedliwy, i że jego wiadomości nie pochodzą z dobrego źródła.
— Oskarża przecie książę, pan de La Trémouille we własnej osobie. Co powiesz na to?
— Mógłbym powiedzieć, że sprawa zanadto go obchodzi, by mógł być świadkiem bezstronnym, ale nie uczynię tego, bynajmniej; znam księcia, Najjaśniejszy Panie, jest to uczciwy szlachcic i odwołam się do niego, ale pod jednym warunkiem.
— Jakiż to warunek?
— Że Wasza Królewska Mość go wezwie, wybada, ale sam, w cztery oczy, bez świadków, i że zostanę przyjęty zaraz po księciu.