Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Ten okrzyk nie pozostawał zazwyczaj bez odpowiedzi; wiedziano bowiem, że muszkieterowie są wrogami Jego Eminencji, a nienawiść, jaką żywili do kardynała, budziła dla nich sympatię. Toteż gwardziści z tych kompanii, które nie służyły Czerwonemu Księciu, jak nazywał kardynała Aramis, brali w podobnych wypadkach stronę muszkieterów królewskich. Z trzech przechodzących gwardzistów z kompanii pana des Essarts[*] dwaj przyszli z pomocą naszym znajomym, a trzeci pobiegł do pałacu pana de Tréville wołając: “Sam tu, muszkieterowie, sam tu!” Pałac pana de Tréville jak zawsze był pełen żołnierzy, którzy pośpieszyli na pomoc towarzyszom; zamieszanie stało się powszechne, ale przewaga była po stronie muszkieterów: gwardziści kardynała i ludzie pana de La Trémouille wycofali się do pałacu, którego bramy zamknęli w ostatniej chwili, nie wpuszczając nieprzyjaciół. Rannego Bernajoux przeniesiono od razu do pałacu; nie było z nim najlepiej, jak to już powiedzieliśmy.
Wzburzenie muszkieterów i ich sprzymierzeńców sięgało szczytu i rozprawiano już o tym, czy nie należałoby podpalić pałacu pana de La Trémouille, by ukarać zuchwalstwo jego sług, którzy ośmielili się zaatakować muszkieterów królewskich. Propozycja została przyjęta z zapałem, kiedy na szczęście wybiła dwunasta. D’Artagnan i jego towarzysze przypomnieli sobie o czekającej ich audiencji, a ponieważ żałowaliby, gdyby tak piękna zabawa ich ominęła, postanowili ostudzić zapał towarzyszy. Poprzestano więc na rzuceniu kilku kamieni w bramy pałacu, ale bramy oparły się pociskom. W końcu i to się znudziło, zresztą ci, których można było uważać za prowodyrów, przed chwilą odeszli i zmierzali w kierunku pałacu pana de Tréville, który czekał na nich, powiadomiony już o napaści.
— Szybko do Luwru — zawołał — do Luwru nie tracąc ani chwili i postarajmy się zobaczyć króla, zanim zostanie uprzedzony przez kardynała. Przedstawimy mu zdarzenie jako dalszy ciąg wypadków wczorajszych i razem jakoś to ujdzie.
Pan de Tréville w towarzystwie czterech młodych ludzi skierował się więc do Luwru; ku wielkiemu jednak zdziwieniu kapitana muszkieterów oświadczono mu, że król wybrał się na jelenie do lasku Saint-Germain. Pan de Tréville kazał sobie dwakroć powtórzyć tę wiadomość; młodzi ludzie widzieli, jak twarz jego chmurzy się coraz bardziej.
— Czy Jego Królewska Mość wczoraj jeszcze miał zamiar jechać na polowanie? — zapytał.
— Nie, Wasza Ekscelencjo — odparł pokojowiec — wielki łowczy przybył dziś rano z wiadomością, że w nocy wytropiono jelenia. Najjaśniejszy Pan najpierw powiedział, że nie jedzie, ale potem nie mógł oprzeć się przyjemności, jaką sobie obiecywał z polowania, i wyruszył zaraz po obiedzie.
— Czy król widział się z kardynałem? — zapytał pan de Tréville.
— Zapewne — odparł pokojowiec — widziałem bowiem dziś rano zaprzężoną karocę Jego Eminencji. Gdy zapytałem, dokąd jedzie, powiedziano mi, że do Saint-Germain.
— Uprzedzono nas — rzekł pan de Tréville. — Panowie, zobaczę się z królem wieczorem, wam jednak nie radzę tego próbować.
Rada była zbyt rozsądna, ponadto zaś pochodziła od człowieka, który zbyt dobrze znał króla, by czterej młodzieńcy mogli ją zlekceważyć. Pan de Tréville polecił im więc, by poszli do domu i czekali na wiadomość od niego.
Wracając do swego pałacu pan de Tréville pomyślał, że może byłoby lepiej, gdyby pierwszy wystąpił ze skargą. Posłał więc do pana de La Trémouille pachołka z listem, w którym prosił go, by usunął z domu gwardzistę pana kardynała i ukarał swych ludzi za zuchwałą napaść na muszkieterów. Ale pan de La Trémouille, powiadomiony już przez giermka — jak wiemy, krewniaka Bernajoux — odpowiedział, że skargi nie powinien zanosić pan de Tréville ani jego muszkieterowie, lecz właśnie on, bo na jego ludzi napadli muszkieterowie i chcieli podpalić mu pałac. A jako że wymiana zdań między dwoma panami mogła trwać długo, przy czym każdy coraz bardziej upierałby się przy swoim, pan de Tréville wybrał inny sposób, pozwalający na szybkie załatwienie sprawy: postanowił udać się do pana de La Trémouille.
Pośpieszył więc zaraz do jego pałacu i kazał oznajmić swe przybycie.
Dwaj panowie powitali się uprzejmie, bo jeśli nawet nie byli przyjaciółmi, to w każdym razie szanowali się wzajemnie. Obaj byli ludźmi odważnymi i ludźmi honoru, a jako że pan de La Trémouille, protestant rzadko widujący się z królem, nie należał do żadnej partii, w stosunkach z ludźmi nie kierował się na ogół uprzedzeniami. Tym razem jednak jego zachowanie, choć uprzejme, było bardziej oziębłe niż zazwyczaj.
— Panie — rzekł pan de Tréville — jesteśmy obaj przekonani, że mamy powody skarżyć się na siebie, przybyłem więc osobiście, byśmy wspólnie wyjaśnili sprawę.
— Chętnie — odparł pan de La Trémouille — ale uprzedzam pana, że jestem dobrze poinformowany i cała wina spada na muszkieterów.
— Jesteś pan nazbyt sprawiedliwy i rozsądny — rzekł pan de Tréville — żeby nie przyjąć propozycji, z którą do ciebie przychodzę.
— Mów, słucham pana.
— Jak się miewa pan Bernajoux, krewniak pańskiego giermka?
— Bardzo źle. Prócz ciosu w ramię, niezbyt groźnego, ma przebite płuco, także medyk nie wróży nic dobrego.
— Ale ranny zachował przytomność?
— I owszem.
— Mówi?
— Z trudem, ale mówi.
— A zatem udajmy się do niego. Zaklnijmy go na imię Boga, który może go w każdej chwili wezwać do siebie, by powiedział prawdę. Niech będzie sędzią w swej własnej sprawie, ja uwierzę w to, co powie.
Pan de La Trémouille zastanawiał się przez chwilę, po czym się zgodził widząc, że trudno o rozsądniejszą propozycję.
Obaj zeszli do pokoju, gdzie znajdował się ranny. Ten widząc, że wchodzą dwaj szlachetnie urodzeni panowie, spróbował unieść się na łóżku, ale zbyt był słaby i, wyczerpany przez wysiłek, padł prawie bez czucia.
Pan de La Trémouille zbliżył się do Bernajoux i dał mu do powąchania sole, które go otrzeźwiły. Wówczas pan de Tréville, nie chcąc, by go oskarżono, że próbował wpłynąć na rannego, poprosił pana de La Trémouille, by wypytał go sam.
Stało się tak, jak przewidywał pan de Tréville. Bernajoux, znajdując się między życiem a śmiercią, nie miał bynajmniej zamiaru ukrywać prawdy; opowiedział więc szczerze obu panom przebieg zdarzenia.
Tego tylko chciał pan de Tréville; złożył gwardziście życzenia rychłego powrotu do zdrowia, pożegnał pana de La Trémouille, wrócił do domu i kazał natychmiast zawiadomić czterech przyjaciół, że prosi ich do siebie na obiad.