Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Niechaj ze zdania: “d’Artagnan obudził Plancheta” czytelnik nie wnosi, że była jeszcze noc i panowały ciemności. Nie! Przed chwilą wybiła czwarta. Dwie godziny temu Planchet zjawił się u swego pana przypominając mu o obiedzie; d’Artagnan odpowiedział przysłowiem: “Kto śpi, głodu nie czuje”. I Planchet zastosował się do rady d’Artagnana.
Do pokoju wszedł mężczyzna o twarzy dość pospolitej, wyglądający na mieszczanina.
Planchet nie miałby nic przeciwko temu, by usłyszeć na deser rozmowę, ale mieszczanin oświadczył d’Artagnanowi, że sprowadzają go sprawy ważne i poufnej natury, toteż chciałby pomówić z nim na osobności.
D’Artagnan wyprawił więc Plancheta i poprosił gościa, by usiadł.
Zapadła chwila ciszy; obaj przyglądali się sobie, jak gdyby chcąc zawrzeć wstępną znajomość, za czym d’Artagnan skłonił się na znak, że słucha.
— Słyszałem, że pan d’Artagnan jest dzielnym młodzieńcem — rzekł mieszczanin. — Reputacja, jaką pan d’Artagnan cieszy się tak słusznie, skłoniła mnie do zwierzenia mu pewnego sekretu.
— Niechaj pan mówi, proszę — rzekł d’Artagnan, który czuł instynktownie, że wyniknie z tego jakiś pożytek.
Mieszczanin milczał znów przez chwilę, po czym ciągnął dalej:
— Moja żona jest bieliźniarką królowej, panie; nie brak jej ani rozumu, ani urody. Wydano ją za mnie przed trzema niespełna laty, choć miała niewielki posag, pan de La Porte[*] bowiem, szatny królowej, jest jej ojcem chrzestnym i opiekunem...
— A więc, proszę pana? — zapytał d’Artagnan.
— A więc — podjął mieszczanin — moja żona została porwana wczoraj rano, kiedy wychodziła z pokoju, gdzie pracuje.
— Przez kogo została porwana?
— Nie wiem nic pewnego, panie, ale podejrzewam kogoś.
— Kogóż pan podejrzewa?
— Człowieka, który ją prześladował od dawna.
— Tam do licha!
— Ale jeśli chcesz pan znać moje zdanie — ciągnął mieszczanin — powiem, że mniej jest w tym miłości niż polityki.
— Mniej miłości niż polityki — powtórzył d’Artagnan z zastanowieniem. — A kogóż pan podejrzewa?
— Nie wiem, czy powinienem mówić...
— Zwracam panu uwagę, że nie pytam pana o nic. To pan do mnie przyszedłeś, pan powiedziałeś, że chcesz mi zwierzyć tajemnicę. Czyń więc, jak ci się podoba, możesz się jeszcze wycofać.
— Nie, panie, nie, wyglądasz mi na uczciwego człowieka i mam do ciebie zaufanie. Sądzę więc, że mojej żony nie uprowadzono dla niej samej, chodzi tu o sprawy miłosne znacznie od niej większej damy.
— Ho, ho, może chodzi tu o sprawy miłosne pani de Bois-Tracy? — rzekł d’Artagnan, który chciał pokazać mieszczaninowi, że zna życie dworu.
— Wyżej, panie, wyżej.
— Pani d’Aiguillon?
— Jeszcze wyżej.
— Pani de Chevreuse?
— Wyżej, znacznie wyżej!
— A więc... — d’Artagnan urwał.
— Tak, panie — odparł przerażony mieszczanin tak cicho, że ledwo można było dosłyszeć.
— Któż jest przedmiotem tych uczuć?
— Któż jeśli nie książę...
— Książę...
— Tak, panie — odparł mieszczanin jeszcze cichszym głosem.
— Ale skąd pan wie o tym?
— Skąd wiem?
— Tak, skąd wiesz? Żadnych zatajeń albo... sam pan rozumie.
— Wiem od mojej żony.
— A ona?
— Od pana de La Porte. Powiedziałem panu przecie, że jest chrześniaczką pana de La Porte, zaufanego człowieka królowej. Pan de La Porte umieścił moją żonę przy Jej Królewskiej Mości, by nasza biedna królowa, opuszczona przez króla, śledzona przez kardynała i zdradzona przez wszystkich, miała w pobliżu kogoś, na kim mogłaby polegać.
— A, więc to tak — rzekł d’Artagnan.
— Moja żona przyszła do domu przed czterema dniami, postawiła bowiem jako warunek, że będzie się ze mną widywać dwa razy w tygodniu, a miałem już honor panu powiedzieć, iż moja żona bardzo mnie kocha; zatem moja żona przyszła i powiedziała mi, że królowa jest teraz w wielkim strachu.
— W istocie?
— Tak, wygląda bowiem na to, że pan kardynał śledzi ją i prześladuje bardziej niż kiedykolwiek. Nie może jej wybaczyć historii z sarabandą. Znasz pan tę historię?
— Tam do kata, czy ją znam! — odparł d’Artagnan, który nic nie wiedział, ale chciał wyglądać na człowieka świetnie poinformowanego.
— Tak, i w grę teraz wchodzi nie nienawiść, ale zemsta.
— Doprawdy?
— A królowa sądzi...
— Co sądzi królowa?
— Że napisano do księcia Buckinghama w jej imieniu.
— W imieniu królowej?
— Tak, by sprowadzić go do Paryża i wciągnąć do zasadzki.
— Tam do licha! Ale, mój drogi panie, co twoja żona ma z tym wszystkim wspólnego?
— Wiadomo przecie, że moja żona jest bardzo oddana królowej, chciano więc oddalić ją od Najjaśniejszej Pani i albo napędzić jej strachu i wydrzeć tajemnicę królowej, albo też uczynić z niej szpiega.
— To być może — rzekł d’Artagnan — ale czy znasz pan człowieka, który ją porwał?
— Powiedziałem panu, że go znam.
— Jak się nazywa?
— Tego nie wiem; wiem tylko, że jest to kreatura kardynała, jego zły duch.
— Widziałeś go pan kiedy?
— Tak, moja żona pokazała mi go pewnego razu...
— Czy można tego człowieka po czymś rozpoznać?
— O, na pewno. Jest to szlachcic o wyniosłej minie, czarnych włosach, smagłej cerze, przenikliwym oku, białych zębach i ma bliznę na skroni.
— Bliznę na skroni! — zawołał d’Artagnan — i białe zęby, przenikliwe oko, smagła cera, czarne włosy, wyniosła mina! To mój człowiek z Meung!
— To pański człowiek, powiadasz?
— Tak, tak, ale to nie ma nic do rzeczy. Nie, mylę się, to znacznie sprawę upraszcza, bo jeśli twój wróg jest zarazem moim, za jednym zamachem dokonam podwójnej zemsty, ot i wszystko. Ale gdzie go znaleźć?
— Nie wiem.
— Nie wie pan, gdzie mieszka?
— Nie. Pewnego dnia odprowadzałem żonę do Luwru, wychodził stamtąd, gdy ona wchodziła, i wówczas go zobaczyłem.
— Do kroćset — mruknął d’Artagnan — wszystko to jest bardzo niejasne. Od kogo dowiedziałeś się o porwaniu żony?
— Od pana de La Porte.
— Czy nie udzielił ci bardziej szczegółowych wyjaśnień?
— Sam nic nie wiedział.
— A czy dowiedziałeś się czego inną drogą?
— Owszem, otrzymałem...
— Co?
— Nie wiem jednak, czy nie popełniam wielkiej nieostrożności.
— Znowu pan do tego powraca. Jednak uprzedzam cię, że teraz za późno już się cofać.
— I nie cofam się, do kata! — zawołał mieszczanin chcąc sobie dodać animuszu. — Zresztą, jakem Bonacieux[*]...
— Nazywasz się Bonacieux? — przerwał d’Artagnan.
— Tak, to moje nazwisko.
— Mówiłeś więc: jakem Bonacieux! Przepraszam, że panu przerwałem, ale wydało mi się, że znam to nazwisko.
— To możliwe, panie. Jestem właścicielem domu, w którym mieszkasz.
— Ach — rzekł d’Artagnan unosząc się nieco i składając ukłon — jesteś pan właścicielem tego domu?
— Tak, panie, tak właśnie. A ponieważ mieszkasz u mnie od trzech miesięcy i zajęty ważnymi sprawami zapomniałeś mi zapłacić komorne, ja zaś, jak rzekłem, nie naprzykrzałem się panu ani przez chwilę, pomyślałem sobie, że będziesz miał wzgląd na mą delikatność.