Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Nawet jeśli tak, będzie to musiało poczekać do jutra — oznajmiła Ignetha Foral. — Dzisiejszy messal uważam za zakończony.
Spiorunowała wzrokiem Zh’vaerna i wstała od stołu. Emman wparował do messalanu i porwał jej plecak, a ona poprawiła zawieszony na szyi identyfikator, jakby to był jeden z elementów biżuterii, i wyszła. Jej posługacz podążył za nią, uginając się pod ciężarem dwóch plecaków.
Miałem mnóstwo pomysłów na to, jak wykorzystać wygrany od Arsibalta czas wolny — było ich tyle, że nie wiedziałem, od czego zacząć. Wróciłem do swojej celi po notatki, przysiadłem na chwilę na sienniku.
Kiedy otworzyłem oczy, był ranek.
Noc nie poszła jednak całkiem na marne, bo obudziłem się pełen pomysłów i zamiarów, których nie było w mojej głowie, kiedy zasypiałem. Biorąc pod uwagę ostatnie rozmowy podczas messali, z łatwością mogłem sobie wyobrazić, że mój umysł hasał radośnie po okolicznej przestrzeni Hemna, badając alternatywne warianty świata.
Odszukałem Arsibalta, który spał mniej ode mnie, w związku z czym był mrukliwy, dopóki nie podzieliłem się z nim owocami moich przemyśleń (o ile można nazwać przemyśleniami proces zachodzący bez mojej woli, kiedy pozostawałem nieświadomy).
Na śniadanie zjadłem ciężkie ziarniste bułki i trochę suszonych owoców. Potem udałem się do zagajnika za kapitularzem pierwszych krakersów. Arsibalt już tam na mnie czekał, ściskając w rękach pożyczony z ogrodowej szopy szpadel. Wykopał w ziemi płytkie zagłębienie wielkości miski śniadaniowej. Wyłożyłem je kawałkiem poliplastu z jednego ze śmietnisk, które sekularowie wszędzie po sobie zostawiali — ostatnio także na terenie koncentu.
Podkasałem zawój.
— No to teraz zobaczymy.
— Najlepsze są najprostsze doświadczenia — przytaknął Arsibalt.
Analiza danych trwała dosłownie parę minut. Resztę dnia zajęły nam rozliczne przygotowania. Ich historia, próby zwerbowania wspólników i towarzyszące temu pomniejsze przygody złożyłyby się na kolekcję przezabawnych anegdotek, postanowiłem ich tu jednak nie przytaczać, gdyż w porównaniu z wieczornymi wydarzeniami są błahe i nieistotne. Namówiliśmy do współpracy Emmana, Tris, Barba, Karvall, Lio i Sammanna, i przekonaliśmy suur Asquin, żeby przymknęła oko, kiedy będziemy dokonywać w jej fundzie pewnych niewielkich przeróbek.
Czwarty Messal Wielości Światów rozpoczął się normalnie — od wina i zupy. Barb i Emman wrócili do kuchni. Chwilę później pociągnięciem za sznurek odwołano Orhana, za którym podążyła Tris. Mniej więcej minutę później poczułem serię umówionych szarpnięć za sznurek, oznaczających, że w kuchni wszystko idzie zgodnie z planem: Barb, niezdara, „przypadkowo” zrzucił z pieca gar z gotowanym przez Orhana gulaszem, a Tris i Emman zaczęli się tłuc garnkami, żeby Orhan nie zorientował się zbyt szybko, że z głośnika nie dochodzą żadne dźwięki.
Skinąłem głową stojącemu po drugiej stronie stołu Arsibaltowi.
— Wybacz, fraa Zh’vaernie… Zapomniałeś pobłogosławić jedzenie — zauważył Arsibalt donośnym, wyraźnym głosem.
Rozmowy zamarły. Już wcześniej w messalanie było ciszej niż zwykle, tak jakby donowie szukali sposobu na wznowienie dialogu, starając się nie stąpać po grząskim gruncie, na który poprzedniego dnia spychał rozmowę Zh’vaern. Jednakże odzywający się bez pytania posługacz wywołałby szok nawet na najbardziej ożywionym messalu — zwłaszcza odzywający się takimi słowami. Korzystając z tego, że wszystkim odebrało mowę, Arsibalt kontynuował:
— Znam wierzenia i praktyki matarrhitów: nigdy nie spożywają posiłków, nie odmówiwszy nad nimi błogosławieństwa zakończonego charakterystycznym gestem. Ty ani się nie pomodliłeś, ani nie wykonałeś tego gestu.
— I co z tego? Po prostu zapomniałem.
— Zawsze zapominasz.
Ignetha Foral spojrzała na Paphlagona takim wzrokiem, jakby się dziwiła, że jeszcze nie rzucił w Arsibalta Księgą. I Paphlagon istotnie rzucił — serwetkę na stół. Zanim jednak zdążył wstać, fraa Jaad złapał go za rękę.
— Zawsze zapominasz — powtórzył Arsibalt. — A jeśli chcesz, mogę wyliczyć znacznie więcej faktów świadczących o tym, że wraz z Orhanem nieudolnie naśladujecie matarrhitów. Czy to dlatego, że naprawdę wcale nie jesteście matarrhitami?
Okryta kapturem głowa Zh’vaerna poruszyła się, kiedy spojrzał w stronę drzwi: nie tych, przez które weszli donowie, lecz tych, przez które wyszedł Orhan.
— Twój nadzorca nas nie słyszy — uspokoiłem go. — Zaprzyjaźniony ita przeciął przewód mikrofonu. Głośnik milczy.
Zh’vaern siedział nieruchomy i milczący. Suur Karvall na mój znak ściągnęła okrywający ścianę materiał, odsłaniając lśniącą drucianą plecionkę, którą pokryliśmy cały mur. Podszedłem do stołu i czubkiem buta odwinąłem dywan, spod którego wyjrzała taka sama siatka. Zh’vaern pilnie nas obserwował.
— To drut. Hodowcy zwierząt używają go do grodzenia wybiegów — wyjaśniłem. — Extramuros dostępny w ilościach hurtowych. Przewodzący. Uziemiony.
— Co to ma wszystko znaczyć? — zaniepokoiła się Ignetha Foral.
— Siedzimy w koszu saunta Buckera! — wykrzyknęła Moyra.
W jej życiu starej, szanowanej, na wpół emerytowanej lorytki rzadko się pewnie zdarzały nieprzewidziane wypadki, więc nawet tak zwyczajne odkrycie, że otaczają ją kłęby drutu do grodzenia kurników, zakrawało na przygodę. Jeszcze bardziej ucieszyła ją chyba świadomość, że posługacze wzięli sobie do serca jej wywody i naprawdę zrobili coś, co donom nigdy nie przyszłoby do głowy.
— Uziemiona siatka uniemożliwia przekazywanie sygnałów radiowych do i z messalanu — wyjaśniła. — Jeżeli chodzi o przepływ informacji, jesteśmy całkowicie odcięci od reszty Arbre.
— W naszym świecie nazywamy to klatką Faradaya — powiedział Zh’vaern.
Wstał, zsunął kaptur z głowy i zrzucił zwój na podłogę. Stojąc za jego plecami, nie widziałem jego twarzy — tylko wyraz zaskoczenia, fascynacji i lęku na twarzach pozostałych: byli pierwszymi Arbryjczykami (poza być może Niebiańskim Strażnikiem), którzy stanęli oko w oko z żywym obcym. Sądząc po wyglądzie jego potylicy, karku i pleców, musiał pochodzić z tej samej rasy co zabita kobieta w kapsule. Pod czymś w rodzaju podkoszulka miał przyklejone (taśmą poliplastową) jakieś niewielkie urządzenie. Sięgnął do niego, odlepił je i cisnął na stół, oplecione kłębkiem przewodów.
— Nazywam się Jules Verne Durand i przybywam z Laterre, świata, który wy znacie pod nazwą Antarkty. Orhan pochodzi z Urnuda, który nazwaliście Pangeą. Radziłbym Orhana również ściągnąć do klatki Faradaya, zanim…
— Załatwione — dobiegło od progu i do messalanu wszedł zarumieniony Lio. — Zamknęliśmy go w drugim koszu Buckera, w spiżarni. Sammann znalazł przy nim to.
Pokazał drugi bezprzewodowy transmiter.
— Nieźle to zaplanowaliście — przyznał Jules Verne Durand. — Ale zyskacie najwyżej kilka minut. Ci, którzy są na nasłuchu, zaniepokoją się utratą kontaktu.
— Zawiadomiliśmy suur Alę — odparł Lio. — Wie, że ma być gotowa do ewakuacji koncentu.
— To dobrze. Przykro mi to mówić, ale mieszkańcy Urnuda są dla was zagrożeniem.
— Dla was, Laterryjczyków, chyba też — mruknął Arsibalt.
Donów zamurowało i żaden nawet nie próbował włączyć się do rozmowy, więc Arsibalt, który miał przygotowane wystąpienie, starał się podtrzymać konwersację.