Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
Jeszcze jednym z początkowych problemów było używanie biostatów do niewłaściwych celów. Podczas wstępnej gorączkowej rywalizacji między producentami, kiedy z dnia na dzień zbijano fortuny usiłując jak świat długi i szeroki ratować wszystkich chorych stojących u progu śmierci, okazywało się, że niektórzy ludzie obdarzają nieśmiertelnością swoje psy i koty. Wprowadzone z czasem ustalenia prawne przewidywały ograniczone użycie biostatów przez weterynarzy, ale wyścigi konne i inne dziedziny, w których prawdziwy wiek zwierząt odgrywa ważną rolę, przeżyły trzęsienie ziemi. Dzięki temu, że biostaty doprowadzają każdy normalnie zdrowy organizm do wyśmienitego stanu, zrodziła się moda na mięso nieśmiertelnych krów, owiec i świń, która na dobrą sprawę nigdy całkiem nie znikneła, nawet pod koniec dwudziestego drugiego wieku…
Czując na sobie czyjeś spojrzenie, Carewe obrócił głowę. Dziecko siedzące na kolanach pasażerki odwinęło się samo z kocyka i jego różową, lalkowatą buzię oświetlało teraz jaskrawe światło wpadające przez okna samolotu. Dwoje błękitnych oczu — mądrych, choć przecież uwięzionych w stanie permanentnej psychozy przez dziecięcą niezdolność odróżniania swojego „ja” od świata zewnętrznego — wpatrywało się pociesznie w Carewe’a. Cofnął się instynktownie, kiedy niemowlę wyciągnęło do niego pulchną rączkę. Spostrzegając nagle jego reakcję, matka przycisnęła dziecko do piersi. Popatrzyła mu przez chwilę zaczepnie w oczy, po czym jej spojrzenie ześliznęło się z Carewe’a i spoczęło gdzieś na horyzoncie prywatnego wszechświata, do którego nie miał wstępu żaden mężczyzna.
Sześciomiesięczne dziecko, pomyślał w popłochu. Niemowlę wyglądało na sześć miesięcy, ale całkiem możliwe, że miało tyle lat co on. Przez krótką chwilę wsłuchiwał się w narastający jęk silników samolotu, a potem wstał pośpiesznie z fotela i przeszedł do tyłu w poszukiwaniu wolnego miejsca. Jedyne nie zajęte znajdowało się obok stanowiska stewarda pokładowego. Carewe opadł ciężko na wolny fotel i siedział postukując palcem w zęby.
— Podziałała panu na nerwy, co? — spytał współczująco steward.
— Kto?
Steward ruchem głowy wskazał przód samolotu.
— Pani Denier, Latająca Holenderka — wyjaśnił. — Czasem myślę, że powinna płacić za dwa bilety.
— Zna ją pan?
— Wszyscy, którzy latają na trasie do Lizbony, znają panią Denier.
— Często podróżuje? — spytał Carewe, starając się okazać tylko lekkie zaciekawienie.
— Nie tyle często, ile regularnie. Co roku na wiosnę. Podobno trzydzieści lat temu rozbił się na tej trasie samolot, którym leciała ona, jej mąż i dziecko. Mąż zginął.
— O! — powiedział Carewe i pomyślał, że nie chce już nic więcej wiedzieć. Odetchnął głęboko powietrzem pachnącym plastikiem i wyjrzał przez okno. Samolot właśnie ruszał.
— Odsiedziała dziesięć lat za wstrzyknięcie biostatu dziecku i od tamtej pory nie ma wiosny, żeby się nie pojawiła.
— Niesłychana historia.
— Podobno chce w ten sposób wskrzesić przeszłość albo szuka takiej samej śmierci, ale ja w to nie wierzę. Ma pewnie jakiś interes po tamtej stronie oceanu. Kobiety tak długo nie rozpaczają.
Samolot dotarł na środek tunelu startowego i wycie silników osiągnęło wyższy ton. Tej fazy lotu Carewe nie znosił najbardziej — kiedy maszyna zaczynała się wznosić, nie miała dostatecznej prędkości, a pilot czasu na reakcję, żeby ją ratować, gdyby nawaliły silniki. Chciał oderwać się myślami od latania.
— Przepraszam — rzekł. — To te silniki.
— Mówiłem, że kobiety nie obnoszą się z żałobą aż tak długo.
— Jak długo?
— Z tego co słyszałem, najkrócej trzydzieści lat. Wierzyć się nie chce, prawda?
Carewe potrząsnął głową, myśląc o przetartym zapięciu nosidełka. Niemożliwe, żeby do tego stopnia się zużyło w ciągu trzydziestu lat. Wchodząc w atmosferę samolot zakołysał się podejrzanie i Carewe, przytrzymując się poręczy fotela, zadał sobie w duchu pytanie, czy przypadkiem w tym roku pragnienie pani Denier się nie spełni.
Rozdział siódmy
Było późne popołudnie, kiedy wahadłowiec Współnarodów z Kinszasy, śmigając z niemal balistyczną prędkością w kierunku północno-wschodnim, przeleciał nad luźnymi zabudowaniami miejscowości okręgu Nouvelle Anvers i zatoczył łuk w stronę leśnej polany.
Kiedy tego samego dnia, tylko wcześniej, Carewe leciał samolotem liniowym z Lizbony, przyglądał się z nadzieją rosnącym z rzadka drzewom i krzewom, które nadawały północnoafrykańskiej sawannie sielankowy wygląd. Miał bardzo blade pojęcie o tym, gdzie stacjonuje brygada antynaturystyczna, której Farma na mocy kontraktu dostarczała leków, i gdyby okazało się, że gdzieś na terenie przypominającej park sawanny, to najbliższe kilka miesięcy zapowiadałoby się nie najgorzej, niemalże przyjemnie. Jednakże krajobraz powoli ulegał zmianie i w tej chwili wahadłowiec pędził nad wiecznie zieloną dżunglą, wyglądającą tak, jakby mógł w niej zaginąć bez śladu nie tylko on sam, ale i cała ludzkość. Jego nastrój rozpaczy i samopotępienia jeszcze się pogłębił. Powinien był porzucić szaleńczy i melodramatyczny pomysł wstąpienia do brygady antynaturystycznej tamtego szarego ranka, nazajutrz po zerwaniu z Ateną. Służba w brygadach odbywała się na zasadzie dobrowolności, więc gdyby się wycofał, zrobiłoby to na niej jeszcze mniejsze wrażenie niż jego pierwotna decyzja, żeby do nich wstąpić. To był właśnie cały on — kiedy sytuacja wymagała zdecydowania, on się potulnie dostosowywał, kiedy zaś zwykły rozsądek nakazywał uległość, wówczas na przekór logice pozostawał nieugięty.
Gdy wahadłowiec brał zakręt w sennym, żółtym powietrzu, Carewe widział przez chwilę w odległości kilku kilometrów na północ przedziwnie zlokalizowaną burzę. Zdążył tylko spojrzeć wysoko w niebo, gdzie wykrył ledwie dostrzegalne naprężenie pól sterowania pogodą, i zaraz potem strzeliły w górę drzewa, zasłaniając mu widok. Wahadłowiec wylądował na końcu polany i warkot silników ustał. Carewe rozpiął pasy bezpieczeństwa, wstał i ruszył do wyjścia za czwórką pozostałych pasażerów, brodatych, milkliwych sprawnych. Tamci zeszli po schodkach na przygniecioną trawę, gdzie czekał na nich samochód terenowy, który ich powiózł w stronę prześwitu między drzewami, i Carewe został sam, czując się kompletnie zagubiony. Wyglądał właśnie przez właz, wdychając przesycone wilgocią obce powietrze, kiedy z komory na dziobie wyszła pilotka — krzepka blondynka w niebieskim uniformie Współnarodów. Popatrzyła na niego z ironicznym współczuciem, za co był jej głęboko wdzięczny.
Kiwnął głową wskazując palisadę drzew i spytał:
— Może mi pani powiedzieć, którędy drogą do najbliższej cywilizacji?
— A pan kogo reprezentuje? Farmę? — spytała pilotka z akcentem zdradzającym, że jest albo Angielką, albo Australijką.
— Farmę — potwierdził, podniesiony na duchu faktem, że usłyszał nazwę swojej firmy w zupełnie mu nie znanym otoczeniu.