KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Bzdura! Kompletna bzdura! - Symeon Aleksandrowicz odrzucił ołówek w kąt pokoju i wyjął z kieszeni następny. - Stanowczo się sprzeciwiam!
Kirył Aleksandrowicz, nieprzywykły do takich zachowań, a i w ogóle - o ile mi wiadomo - odnoszący się do młodszego brata z nieskrywanym obrzydzeniem, skłonił lwią głowę i wpił w generała-gubernatora swoje słynne, spopielające spojrzenie. Symeon Aleksandrowicz zaś z uporem wysunął do przodu podbródek, co upodobniło jego nikłą brodę do okrętowego bukszprytu, i przywołał na twarz wyraz stanowczej odmowy.
W powietrzu zawisła przeciągająca się pauza.
- To co zdecydujemy z tym Fandorinem? - spytał żałośnie cesarz. - Wezwać go tutaj czy nie? Poprosić o pomoc czy też aresztować?
Ani jeden, ani drugi nie odpowiedział najjaśniejszemu panu, żaden nawet nie odwrócił wzroku. Właśnie ujawniła się stara nienawiść, która zrodziła się, kiedy obecnego cesarza nie było jeszcze na świecie. Tylko, jak to się mówi wśród ludu, za „cienki” jest Symeon Aleksandrowicz przeciw Kiryłowi Aleksandrowiczowi. Nigdy się nie zdarzyło, aby wygrał ze starszym bratem.
Gieorgij Aleksandrowicz, choćby z samej swojej kompleksji, był bardziej spokojny i dobroduszny od nich obu, ale jeśli się rozgniewał - to drzyjcie! Teraz zaczął niespodziewanie zalewać się malinową barwą, cały jakoś tak się nadął, że aż się wystraszyłem, czy nie trzasną mu czasem haftki przy kołnierzyku! Stało się jasne: zaraz wybuchnie burza.
Najjaśniejszy pan nie widział tego strasznego obrazu, ponieważ patrzył na Kiryła i Symeona Aleksandrowiczów. Gdyby dostrzegł - już na pewno by zamilkł, a tak rozpoczął przymilnym głosem:
- Wujku Semie, wujku Kiryle, wysłuchajcie mojego zdania...
I wtedy padł grom. Gieorgij Aleksandrowicz tak trzasnął pięścią w stół, że przewróciły się dwa puchary, pękła filiżanka do kawy, przewróciła popielniczka, a Symeon Aleksandrowicz z wrażenia aż podskoczył na krześle.
- Milcz, Niki! - zaryczała głowa Zielonego Domu. - I wy obaj milczcie! To mojego syna porwano i ja będę decydował! I nie zapominajcie, że tylko dzięki niemu... jak mu tam, do diabła... no, temu na „F”, została uratowana moja córka! Niech nam powie wszystko, co wie!
I kwestia została rozstrzygnięta.
Bezszelestnie wyślizgnąłem się z bawialni, żeby wezwać Fandorina. Zaraz za drzwiami wisi pluszowa kotara, tuż za nią jest korytarz, gdzie polecono oczekiwać „detektywowi amatorowi”, jak go nazwał Karnowicz.
- Wasze wąsiki to cudo! I nie wyrównuje pan ich szczypczykami? A używa pan fiksatuaru?
Usłyszałem coś dziwnego i na wszelki wypadek wyjrzałem zza portiery, żeby zobaczyć, któż to wyraża się w takiej manierze.
Erast Piotrowicz Fandorin siedział tam, gdzie go zostawiłem, założył nogę na nogę i przebierał w palcach zielony nefrytowy różaniec. Głos nie należał do niego, tylko do adiutanta generała-gubernatora, księcia Glińskiego, eleganckiego młodzieńca o dziewczęcej twarzy. O takich wśród ludu mawia się: „Szkoda, że nie panna, a to i żenić by się można”. Kniaź stał nad Fandorinem, pochylony, i uważnie się przypatrywał cieniutkim, dokładniutkim wąsom dymisjonowanego urzędnika. Wąsiki samego Glińskiego były napomadowane - teraz dokładnie to widziałem - a usta, wydaje się, podmalowane. Zresztą, czemu się dziwić?
- Nie, panie, nie używam fiksatuaru - odrzekł grzecznie Fandorin, patrząc z dołu na młodzieńca i nawet próbując się odsunąć.
- Boże, a jakie ma pan rzęsy! - westchnął adiutant. - Wszystko bym oddał za takie długie, czarne, podgięte na końcach. To naturalny kolor?
- Zupełnie naturalny - tak samo grzecznie zapewnił go Erast Piotrowicz.
Przerwałem wtedy tę dziwaczną rozmowę, zapraszając radcę stanu, by poszedł za mną.
* * *
Zadziwiające, ale kiedy Erast Piotrowicz stanął przed tak licznym gremium złożonym z najwyższych osób, nie okazał cienia nieśmiałości. Lekki, chociaż pełen szacunku ukłon, skierowany jakby do wszystkich obecnych, ale równocześnie w największym stopniu do najjaśniejszego pana, przyniósłby zaszczyt nadzwyczajnemu i pełnomocnemu posłowi każdego mocarstwa.
Kirył Aleksandrowicz, dopiero co wymieniający zasługi i zalety Fandorina, bez żadnych słów powitania, ostro i, jak mi się wydało, nieprzyjaźnie zażądał:
- Opowiedzcie, co wiecie o doktorze Lindzie i o całej tej historii,
Fandorin skłonił głowę, jakby dawał do zrozumienia, że pojął pytanie, ale rzekł zupełnie nie to, czego od niego oczekiwano. Spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu prześlizgnęło się po twarzach siedzących i zatrzymało na arkusiku leżącym pośrodku stołu.
- Widzę, że list już o-otrzymano. Czy mogę zapoznać się z jego treścią?
- Uprzedzałem, że to arogant jakich mało! - wykrzyknął z oburzeniem Symeon Aleksandrowicz, ale Fandorin nawet nie spojrzał w jego stronę.
Również Kirył Aleksandrowicz nie zwrócił uwagi na słowa brata.
- Tak, Dżordżi, przeczytaj list na głos. Każde słowo w nim jest ważne.
- Tak, tak - podchwycił najjaśniejszy pan. - Ja też posłucham jeszcze raz.
Gieorgij Aleksandrowicz z obrzydzeniem wziął arkusik ze stołu i zaczął czytać posłanie, napisane po francusku:
Panowie Romanowowie!
Proponuję zyskowną transakcję: małego księcia Romanowa o wadze 10 kilogramów zamienię na malutkiego hrabiego „Orłowa” o wadze 190 karatów. Do wymiany dojdzie jutro i proszę nie próbować podkładać podróbki - mam swojego jubilera. Jeśli wyrażacie zgodę, dokładnie w południe dajcie odpowiedź semaforem z pałacu Aleksandrowskiego. Jeśli nie, książę zostanie Wam natychmiast zwrócony. Po kawałku.
Szczerze oddany
doktor Lind
PS. Załączam szyfr do sygnału świetlnego.
Akurat brałem się do nalewania jego wysokości kawy i tak zastygłem, z czajniczkiem w rękach, przy czym z nerwów uroniłem kilka kropel na podłogę, co mi się nigdy w życiu nie zdarzyło. Okropna treść pisma przeszła moje najgorsze wyobrażenia. Jego wysokość - w kawałkach?! Boże, Boże...