Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Panie — powiedział Aramis przedrzeźniając Jussaca — z wielką przyjemnością skorzystalibyśmy z tego dwornego zaproszenia, gdyby to zależało od nas, ale, niestety, rzecz jest niemożliwa; pan de Tréville nam tego zabronił. Pójdźcie więc swoją drogą, to najlepsze, co możecie zrobić.
Te kpiny rozwścieczyły Jussaca.
— Jeśli odmówicie posłuszeństwa, będziemy musieli was zaatakować.
— Jest ich pięciu — rzekł Atos półgłosem — a nas trzech tylko. Zostaniemy znowu pobici albo przyjdzie nam tu zginąć, oświadczam wam bowiem, że zwyciężony nie zjawię się przed kapitanem.
Atos, Portos i Aramis stanęli obok siebie natychmiast. Tymczasem Jussac ustawiał swoich żołnierzy.
Ta chwila wystarczyła, by d’Artagnan powziął decyzję. Było to jedno z wydarzeń rozstrzygających o życiu człowieka: trzeba było wybrać między królem a kardynałem; dokonawszy wyboru należało wyciągnąć wnioski. Jeśli stanie do walki, okaże nieposłuszeństwo wobec prawa, narazi własne życie i od razu zrobi sobie wroga z ministra potężniejszego od samego króla. To wszystko pojął nasz młodzieniec i — trzeba powiedzieć na jego pochwałę — nie wahał się ani przez chwilę. Rzekł tedy, zwracając się do Atosa i jego przyjaciół:
— Panowie, pozwólcie, że zmienię nieco sens waszych słów. Powiedzieliście, że jest was trzech tylko, gdy wydaje mi się, że jest nas czterech.
— Ale pan nie należysz do nas — powiedział Portos.
— To prawda — odparł d’Artagnan — różnię się od was strojem, ale należę do was duszą. Mam serce muszkietera, wiem o tym dobrze, i to łączy mnie z wami.
— Usuń się, młodzieńcze — krzyknął Jussac, który z gestów i wyrazu twarzy odgadł zamiary d’Artagnana. — Możesz odejść, nie mamy nic przeciwko temu. Ratuj swoją głowę i zmykaj szybko.
D’Artagnan nie ruszył się z miejsca.
— Doprawdy, jesteś zacnym chłopcem — rzekł Atos ściskając dłoń d’Artagnana.
— Nuże, zdecydujmy się wreszcie — podjął Jussac.
— Tak — rzekł Portos i Aramis — postanówmy, co robimy.
— Jesteś pan prawdziwie wielkoduszny — rzekł Atos.
Ale wszyscy trzej myśleli o młodości d’Artagnana i obawiali się jego braku doświadczenia.
— Jest nas trzech, z tego jeden ranny, i to dziecko — podjął Atos — a przecież będzie się mówić, że stawało nas czterech.
— Tak, ale ustąpić?! — rzekł Portos.
— Trudna sprawa — rzekł Atos.
D’Artagnan zrozumiał ich wahania.
— Panowie, zechciejcie mnie wypróbować — powiedział. — Klnę się na honor, że nie odejdę stąd, jeśli zostaniemy pobici.
— Jak się nazywasz, mój zuchu? — zapytał Atos.
— D’Artagnan, panie.
— Dobrze więc! Atos, Portos, Aramis i d’Artagnan, naprzód!
— A zatem, panowie, wasza decyzja? — krzyknął po raz trzeci Jussac.
— Jużeśmy ją powzięli — rzekł Atos.
— To znaczy? — zapytał Jussac.
— Mamy zamiar walczyć z wami — odparł Aramis uchylając kapelusza jedną ręką i wyciągając szpadę drugą.
— Ach, stawiacie opór? — zawołał Jussac.
— Do kaduka! To pana dziwi?
I dziewięciu przeciwników ruszyło do ataku z furią, nie pozbawioną jednak metody.
Atos natarł na gwardzistę nazwiskiem Cahusac[*], ulubieńca kardynała, Portos zaatakował Bicareta[*], a Aramis znalazł się twarzą w twarz z dwoma innymi.
Jeśli idzie o d’Artagnana, przypadł mu w udziale sam Jussac.
Serce młodego Gaskończyka biło tak mocno, że zdawało się, wyskoczy z piersi, nie ze strachu, Boże uchowaj, nie czuł go w najmniejszym stopniu, ale z podniecenia. Bił się jak rozwścieczony tygrys, okrążając dziesięć razy przeciwnika, zmieniając po dwadzieścia razy pozycję i miejsce. Jussac był, jak wówczas powiadano, szermierzem zawołanym i wielkim praktykiem; mimo to z największym trudem bronił się przed przeciwnikiem, który zręczny i szybki, zmieniał co chwila sposób walki, atakował ze wszystkich stron jednocześnie, a czynił to z miną człowieka, który ogromnie dba o własną skórę.
Wreszcie Jussac stracił cierpliwość. Wściekły, że przeciwnik, którego uważał za dziecko, trzyma go w szachu, zbyt się zacietrzewił i zaczął popełniać błędy. D’Artagnan, który w braku praktyki wybornie znał teorię, podwoił szybkość; Jussac pragnąc skończyć zgiął się wpół i natarł straszliwie na przeciwnika; ale tamten odparował cios i kiedy Jussac się podniósł, przesunął się niczym wąż pod jego szpadą i przeszył go ostrzem na wylot.
Jussac padł jak kłoda.
Wówczas d’Artagnan objął niespokojnym i szybkim spojrzeniem pole walki.
Aramis zabił już jednego ze swych przeciwników, ale drugi nacierał nań ostro; jednakże Aramis był w dobrej sytuacji i mógł się jeszcze bronić.
Bicaret i Portos wymieniali ciosy. Portos otrzymał cięcie w ramię, Bicaret w udo. Żadna z tych ran nie była wszakże groźna i walczyli obaj z jeszcze większym zapałem.
Atos, zraniony przez Cahusaca, bladł w oczach, ale nie cofnął się ani o krok; przerzucił tylko szpadę do lewej ręki.
D’Artagnan, zgodnie z regułami pojedynku, obowiązującymi w owych czasach, mógł przyjść komuś z pomocą. Gdy szukał wzrokiem tego z towarzyszy, którego mógłby wesprzeć, pochwycił spojrzenie Atosa. To spojrzenie pełne było wymowy. Atos umarłby raczej, niż wezwał pomocy, ale mógł patrzeć i prosić spojrzeniem. D’Artagnan to odgadł i jednym skokiem dopadł Cahusaca z boku, krzycząc:
— Baczność, panie gwardzisto, zabiję cię!
Cahusac odwrócił się, a był już największy czas: Atos, którego podtrzymywała jedynie odwaga, upadł na kolano.
— Tam do licha! — zawołał do d’Artagnana — nie zabijaj go, młodzieńcze, proszę cię. Mam z nim stare porachunki, załatwię je, kiedy wydobrzeję i odzyskam zdrowie. Rozbrój go tylko, odbierz mu szpadę. Otóż to. Dobrze, bardzo dobrze!
Atos wydał ten okrzyk widząc, jak szpada wyłuskana z rąk Cahusaca pofrunęła o dwadzieścia kroków. D’Artagnan i Cahusac skoczyli razem, jeden — by ją zabrać, drugi — by się w nią uzbroić; ale bardziej zwinny d’Artagnan pierwszy postawił na niej nogę.
Cahusac podbiegł do gwardzisty, zabitego przez Aramisa, chwycił jego rapier i miał właśnie powrócić do d’Artagnana; ale na swej drodze spotkał Atosa, który podczas krótkiej chwili wytchnienia, jaką zawdzięczał d’Artagnanowi, nabrał nieco sił, a obawiając się, że d’Artagnan zabije jego wroga, chciał wrócić do walki.
D’Artagnan zrozumiał, że wyrządziłby Atosowi niedźwiedzią przysługę, gdyby nie zostawił mu wolnej ręki. Jakoż w kilka sekund później Cahusac padł z gardłem przeszytym szpadą.
W tej samej chwili Aramis oparł szpadę na piersi obalonego przeciwnika, który musiał prosić pardonu.
Walczyli jeszcze Portos i Bicaret. Portos żartował sobie w najlepsze, pytał Bicareta o godzinę, winszował mu, jako że jego brat otrzymał kompanię w nawarskim regimencie; ale te szyderstwa nie przydawały mu się na nic, Bicaret był jednym z tych ludzi, co padają, ale tylko trupem. Trzeba jednak było kończyć. Mogła pojawić się straż i zaaresztować wszystkich walczących bez względu na to, czy są ranni, czy cali, rojaliści czy zwolennicy kardynała. Atos, Aramis i d’Artagnan otoczyli Bicareta nakłaniając go do złożenia broni. Choć jeden przeciwko wszystkim i z udem przebitym szpadą, Bicaret nie chciał ustąpić, ale Jussac uniósł się na łokciu i krzyknął do niego, by się poddał. Bicaret był Gaskończykiem jak d’Artagnan. Udał, że nie słyszy, roześmiał się i między dwoma sztychami znalazł chwilę czasu, by ukazać końcem szpady miejsce na ziemi: