Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 184 185 186 187 188 189 190 191 192 ... 197
Перейти на страницу:

— Wychodzi na to, że głęboko się ukryłeś. Dobiegający spod drzwi niski głos nie zdążył nawet dokończyć zdania, kiedy Rand już był na nogach i w jednej chwili stał przed Mazrimem Taimem. Mężczyzna o jastrzębim nosie jak zawsze ubrany był w czarny kaftan z błękitno-złotymi Smokami wyhaftowanymi spiralnie na rękawach. W przeciwieństwie do pozostałych Asha’manów w wysoki kołnierz nie wpinał ani Miecza, ani Smoka. Smagła twarz była równie pozbawiona wyrazu jak wcześniej oblicze Randa. Teraz jednak, patrząc na Taima, Rand aż zgrzytał zębami. Min ukradkowym ruchem poluzowała nóż w rękawie. Zarówno wokół jednego, jak i drugiego wirowały niezliczone obrazy i aury, ale to nie treść wizji sprawiła, że nagle zdwoiła czujność. Widziała już w życiu mężczyznę zastanawiającego się, czy zabić innego mężczyznę, i taki widok pojawił się właśnie przed jej oczyma.

— Przychodzisz tutaj, obejmując saidina, Taim? — zapytał Rand, głosem o wiele za cichym. Taim tylko rozłożył ramiona, Rand zaś dodał: — Teraz jest znacznie lepiej. — Ale nie odprężył się bodaj na jotę.

— Uznałem, że powinienem się zabezpieczyć, na wszelki wypadek — odparł Taim — skoro droga wiodła przez korytarze pełne tych kobiet Aielów, gotowych w każdej chwili dźgnąć każdego. Wydawały się strasznie podniecone. — Nawet na moment nie spuścił wzroku z Randa, Min była jednak pewna, że zauważył, jak sięgała do rękawa. — Jest to oczywiście całkowicie zrozumiałe — ciągnął dalej bez zająknienia. — Nie potrafię wprost wyrazić, jak się ucieszyłem, znajdując cię żywym po tym wszystkim, co widziałem na górze. Przybyłem złożyć doniesienie na dezerterów. W normalnych okolicznościach sam bym załatwił sprawę, ale są to Gedwyn, Rochaid, Torval i Kisman. Wychodzi na to, że nie spodobały im się wydarzenia w Altarze, nie przypuszczałem wszak, iż posuną się tak daleko. Poza tym nie widziałem jeszcze żadnego z ludzi, jakich zostawiłem tobie. — Przelotnym spojrzeniem objął sylwetkę Fedwina i na chwilę zatrzymał na niej wzrok. — Były jakieś... inne... straty? Jeśli sobie życzysz, zabiorę ze sobą tego człowieka.

— Powiedziałem im, żeby zeszli mi z oczu — powiedział Rand ochrypłym głosem. — I sam zajmę się Fedwinem. Fedwinem Morrem, Taim, nie „tym człowiekiem”. — I nie odwracając się do Taima plecami, wycofał się do stoliczka, aby wziąć zeń mały srebrny pucharek, stojący wśród lamp. Min wstrzymała oddech.

— Wiedząca z mojej wioski potrafiła wszystko wyleczyć — powiedział Rand, klękając obok Fedwina. Jakimś sposobem udało mu się uśmiechnąć do niego, nie spuszczając ani na moment oczu z Taima. Fedwin odpowiedział mu pełnym szczęścia uśmiechem i próbował wziąć kubek z jego dłoni, ale Rand sam mu przysunął go do ust i przechylił. — Wie więcej o ziołach niźli ktokolwiek, kogo w życiu spotkałem. Sam nawet trochę się od niej nauczyłem, wiem przynajmniej, które są bezpieczne, a które nie. — Fedwin westchnął, gdy Rand odjął kubek od jego warg i przytulił go do piersi. — Śpij, Fedwin — wymruczał Rand.

I rzeczywiście wyglądało tak, jakby chłopiec miał zasnąć, bo zamknął oczy, a jego pierś zaczęła się unosić i opadać w wolniejszym rytmie. Póki nie znieruchomiała. Uśmiech nawet na moment nie opuścił jego warg.

— Dodałem coś do wina — wyjaśnił cicho Rand, kładąc ciało Fedwina na podłodze. Min czuła, jak pieką ją oczy, ale ze wszystkich sił tłumiła łzy. Nie będzie płakać!

— Jesteś twardszy, niż myślałem — mruknął Taim.

Rand uśmiechnął się do niego, dzikim, brutalnym uśmiechem.

— Dodaj do listy dezerterów Corlana Dashivę, Taim. Następnym razem, gdy odwiedzę Czarną Wieżę, chcę widzieć jego głowę na twoim Drzewie Zdrajców.

— Dashivę? — warknął Taim, aż wytrzeszczając oczy ze zdumienia. — Stanie się, jak powiadasz, kiedy następnym razem odwiedzisz Czarną Wieżę. — Szybko doszedł do siebie, odzyskując równowagę i znowu wyglądał jak posąg z polerowanego kamienia. Żałowała, że nie potrafi nic wyczytać z otaczających go wizji.

— Teraz wróć do Czarnej Wieży i nigdy więcej się tu nie pojawiaj. — Rand stał już, patrząc tamtemu w oczy ponad ciałem Fedwina. — Zresztą prawdopodobnie przez jakiś czas nie będę siedział na jednym miejscu.

Taim ukłonił się nieznacznie.

— Jak rozkażesz.

Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Min wypuściła długo wstrzymywany oddech.

— Nie ma sensu marnować czasu i nie ma czasu do marnowania — mruknął Rand. Ukląkł przed nią, wziął z jej ręki koronę i wsunął ją do tobołka wraz z innymi rzeczami.

— Min, dotąd miałem wrażenie, że jestem stadem psów, które ściga jednego wilka po drugim, teraz jednak wychodzi na to, że to ja jestem wilkiem.

— Ażebyś sczezł — szepnęła. Wczepiła obie dłonie w jego włosy, spojrzała w oczy. Raz błękitne, raz szare, niczym niebo poranka tuż przed świtem. I suche. — Możesz płakać, Randzie al’Thor. Korona ci z głowy nie spadnie, jeśli zapłaczesz.

— Na łzy również nie mam czasu, Min — oznajmił łagodnie. — Czasami psom udaje się schwycić wilka, ale potem tego żałują. A czasami on sam je atakuje albo czeka w zasadzce. Ale wilk przede wszystkim musi uciekać.

— Dokąd pójdziemy? — zapytała. Nie odsunęła jednak rąk od jego włosów. Nie miała zamiaru już nigdy go opuścić. Nigdy.

30

Początki

Perrin jedną ręką przytrzymywał poły podbitego futrem płaszcza i pozwalał, by Stayer szedł swoim własnym tempem. Południowe słońce nie grzało, a zbity śnieg pokrywający drogę do Abili utrudniał jazdę. On i dwunastka jego towarzyszy byli na drodze właściwie sami, nie licząc dwóch tylko, turkoczących wozów zaprzężonych w woły i garstki wieśniaków w prostych ciemnych wełnach. Wszyscy napotkani na drodze brnęli przez śnieg ze spuszczonymi głowami, przy każdym silniejszym podmuchu wiatru przyciskając do głów kapelusze lub czapki. Na nic nie zwracali uwagi, tylko wbijali spojrzenia w ziemię.

Usłyszał, jak jadący za nim Neald opowiada przyciszonym głosem wulgarny dowcip, na co Grady mruknął coś niezrozumiale, Balwer zaś parsknął z naganą. Wydawało się, że nic, co widzieli albo słyszeli w ciągu miesiąca, jaki minął od pokonania granicy amadiciańskiej, nie wywarło na żadnym z tej trójki najmniejszego wrażenia, podobnie zresztą jak to, co ich czekało na końcu drogi. Edarra ostro karciła Masuri za to, że tamta pozwoliła, by kaptur zsunął jej się z głowy. Oprócz płaszczy głowy i ramiona Edarry i Carelle dodatkowo chroniły szale, a jednak odmówiły zdjęcia swych suto marszczonych spódnic i zastąpienia ich czymś bardziej odpowiednim do konnej jazdy, dlatego więc nogi, obnażone po kolana, miały odziane tylko w ciemne pończochy. Ziąb zresztą chyba nie bardzo im dokuczał, dziwowały się tylko śniegowi. Carelle zaczęła cichym głosem przestrzegać Seonid, co się stanie, jeśli nie będzie kryła twarzy.

Oczywiście jeśli zbyt wcześnie odsłoni twarz, to porcja pasów będzie z pewnością najłagodniejszą z kar, jakich powinna się obawiać, o czym zarówno ona, jak i Mądre dobrze wiedziały. Perrin nie musiał oglądać się za siebie, by wiedzieć, że trzej Strażnicy zamykający kolumnę, bez swoich charakterystycznych płaszczy, potwierdzają całym swym wyglądem, że są w każdej chwili gotowi do wydobycia ostrzy i wycięcia sobie drogi przez szeregi napotkanych wrogów. Tak wyglądali od czasu, gdy o świcie opuścili obóz. Musnął kciukiem rękawicy topór wiszący u swego pasa, potem znowu zebrał poły płaszcza, zanim nagły poryw wiatru je rozwiał. Jeśli sprawy przybiorą zły obrót, może się okazać, że postawa Strażników stanowi wzór jak najbardziej godny naśladowania.

1 ... 184 185 186 187 188 189 190 191 192 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)