Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 182 183 184 185 186 187 188 189 190 ... 197
Перейти на страницу:

— Nie przejmuj się, Min. Ja się tobą zajmę.

Ale kto zajmie się Randem? Czy mogę ci zaufać, zapytał tego chłopca, który był jednym z pierwszych, którzy poprosili o naukę. Światłości, a kto jemu zapewni bezpieczeństwo?

Za zakrętem korytarza Rand zatrzymał się, wsparł dłonią o ścianę i objął Źródło. Głupie ceregiele z tą troską, by Min nie widziała, jak się zachwiał, po tym jak przed chwilą ktoś próbował go zabić, ale nie potrafił postąpić inaczej. Zresztą nie był to „ktoś”, kto próbował go zabić. To był mężczyzna, Demandred lub może Asmodean — wreszcie po niego przyszli. Niewykluczone zresztą, że obaj naraz, sploty, które dostrzegł, były poniekąd osobliwe, jakby tkane z wielu miejsc naraz. Zbyt późno wyczuł przenoszenie, żeby cokolwiek przedsięwziąć. Zostając na pokojach, zginąłby. Był gotów na śmierć. Ale nie Min, nie, tylko nie Min. Elayne miała rację, zwracając się przeciwko niemu. Och, Światłości, naprawdę miała!

Objął Źródło, a saidin zalał go stopionym mrozem i lodowatym żarem, życiem i słodyczą, paskudztwem i śmiercią. Poczuł, jak żołądek skręca mu się w supeł, a przed oczyma zaczęło się dwoić. Przez chwilę zdało mu się, że zobaczył czyjąś twarz. Nie w korytarzu, ale przed oczyma duszy. Twarz mężczyzny, migoczącą i nierozpoznawalną; po chwili zniknęła. Unosił się w Pustce, opróżniony ze wszystkich emocji i pełen Mocy.

„Nie zwyciężysz” — powiedział, zwracając się do Lewsa Therina. — „Jeśli już mam umrzeć, umrę jako ja!”

„Powinienem był odesłać Ilyenę” — wyszeptał w odpowiedzi Lews Therin. — „Wówczas przeżyłaby”.

Rand odsunął do siebie ten głos, potem sam zdecydowanie odsunął się od ściany i ruszył korytarzami Pałacu tak zręcznie, jak tylko po niedawnych przejściach potrafił, stąpając lekko tuż pod ścianami, omijając po drodze okute złotem kufry, pozłacane gabloty pełne kruchej porcelany i statuetki z kości słoniowej. Wzrokiem szukał napastników. Z pewnością nie zrezygnują, dopóki nie znajdą ciała, ale należało się spodziewać, że do jego apartamentów podejdą z najwyższą ostrożnością, na wypadek, gdyby jakieś dziwne zrządzenie losu sprokurowane przez ta’veren pozwoliło mu przetrwać. Zaczekają, aby zobaczyć, czy jeszcze dycha. We wnętrzu Pustki Moc przesycała jego istotę tak gruntownie, jak było to możliwe bez całkowitej zatraty. We wnętrzu Pustki był jednością ze swoim otoczeniem, jak wówczas, gdy walczył mieczem.

Ze wszystkich stron dobiegały go krzyki i hałasy, ktoś podniesionym głosem pytał, co się stało, inni darli się, że Smok Odrodzony oszalał. Ten kłębek irytacji w głowie, który był Alanną, dostarczał jednak pewnej pociechy. Od wczesnego ranka znajdowała się poza Pałacem, zapewne nawet poza murami miasta. Żałował, że to samo nie odnosiło się do Min. Od czasu do czasu w głębi któregoś korytarza widział mężczyzn i kobiety, głównie była to odziana w czarne liberie służba — biegli, przewracali się, podnosili, by dalej uciekać. Nie widzieli go. Czując jednak pulsującą w sobie Moc, potrafił usłyszeć każdy szept. Jak również ciche szuranie miękkich butów.

Przywarł plecami do ściany tuż obok długiego stołu zastawionego porcelaną, potem szybko splótł wokół siebie Ogień i Powietrze, a potem stanął całkowicie nieruchomo, spowity w Kokon Światła.

W korytarzu pojawiły się Panny — cała kolumna, z zasłoniętymi twarzami — ale przebiegły obok, nie widząc go. Zmierzały w kierunku jego apartamentów. Nie mógł ich zabrać ze sobą, wprawdzie obiecał, że pozwoli im walczyć, ale nie miał zamiaru poprowadzić ich na rzeź. W starciu z Demandredem albo Asmodeanem mogły tylko oddać życie, a on już musiał nauczyć się kolejnych pięciu imion i dołączyć je do swej listy. Somara z Krzywego Szczytu Daryne już na niej była. Obietnica, którą złożył pod przymusem, której będzie musiał dotrzymać. Już przez sam fakt, że ją złożył, zasługiwał na śmierć!

„Orłom i kobietom tylko wtedy zapewnisz bezpieczeństwo, jeśli pozamykasz je w klatkach” — powiedział Lews Therin takim tonem, jakby coś cytował, a potem znienacka zaczął płakać, kiedy ostatnie Panny zniknęły Randowi z oczu.

Ten zaś szedł dalej, skręcając to w jeden, to w inny pałacowy korytarz, oddalając się coraz bardziej od swych apartamentów. Podtrzymywanie Kokonu Światła wymagało bardzo niewielkich ilości Mocy — w istocie tak mało, że żaden mężczyzna nie wyczułby korzystania z saidina, póki nie znalazłby się tuż obok dzierżącego sploty — i używał go zawsze, gdy sądził, że ktoś go może zobaczyć. Tamci musieli mieć swoich szpiegów w Pałacu. Być może dzięki ta’veren wyszedł akurat we właściwym momencie ze swych apartamentów, pod warunkiem oczywiście, iż ta’veren zdolny był oddziaływać na siebie samego, a może był to tylko zwykły zbieg okoliczności. Liczył jednak poniekąd na swą zdolność odkształcania Wzoru i ewentualność, iż napastnicy wpadną mu w ręce, wciąż przekonani o jego śmierci lub kontuzji. Lews Therin wyśmiał tę myśl. Rand czuł nieomal namacalnie, jak tamten w oczekiwaniu zaciera ręce.

Po trzykroć jeszcze musiał korzystać z osłony Mocy, kiedy obok przebiegały Panny z zasłoniętymi twarzami, i raz, kiedy zobaczył Cadsuane sunącą korytarzem na czele co najmniej sześciu Aes Sedai, wśród których żadnej nie rozpoznał. Wyglądały tak, jakby na kogoś polowały. Ściśle rzecz biorąc, nie obawiał się siwowłosej siostry. Nie, oczywiście, że nie! Poczekał jednak, aż ona i jej przyjaciółki na dobre zniknęły mu z oczu, nim uwolnił maskujący splot. Na widok Cadsuane Lewsowi Therinowi jakoś odechciało się śmiać. Milczał jak grób, póki nie zniknęła.

Rand odsunął się od ściany, a wtedy tuż obok otworzyły się drzwi i wyjrzała przez nie Ailil. Nie miał nawet pojęcia, że przydzielono jej kwaterę tak blisko jego pokoi. Tuż za nią stała ciemnoskóra kobieta z grubymi złotymi kolczykami w uszach i licznymi medalionami na złotym łańcuszku biegnącym przez lewy policzek do kółka w nosie. Shalon, Poszukiwaczka Wiatrów Harine din Togara, ambasador Atha’an Miere, która wprowadziła się do Pałacu razem ze świtą nieomal natychmiast po tym, jak Merana poinformowała ją o ratyfikacji umowy. Spotkanie z kobietą, która być może chciała jego śmierci. Oczy tamtych wyszły z orbit na jego widok.

Postąpił z nimi z całą delikatnością, na jaką było go stać, pamiętając jednak, że najważniejszy jest pośpiech. Kilka chwil po tym, jak otworzyły się drzwi, już umieścił cokolwiek stłamszoną Ailil pod łóżkiem w towarzystwie Shalon. Być może wcale nie uczestniczyły w tym, co się działo. Może. Lepiej teraz zadbać o bezpieczeństwo, niż później żałować. Cztery pary kobiecych oczu patrzyły nań wściekle znad ust wypchanych szalami Ailil, dwa ciała szarpały się w więzach pasów zrobionych z kapy na łóżko, których użył do skrępowania ich nadgarstków i kostek. Podwiązana tarcza, którą oddzielił Shalon od Źródła, obezwładni ją na dzień lub dwa, zanim węzeł sam się nie rozpłacze, ale z pewnością ktoś je wcześniej odnajdzie i rozetnie bardziej materialne więzy.

Cały czas przejmując się tą tarczą, uchylił odrobinę drzwi i wyjrzał przez szczelinę — chwilę później wyszedł pośpiesznie na pusty korytarz. Nie mógł pozwolić na to, by Poszukiwaczka Wiatrów zachowała zdolność do przenoszenia, jednak oddzielenie kobiety od Źródła nie było kwestią paru kropel Mocy. Jeśli któryś z napastników był w pobliżu... Ale nawet w głębi krzyżujących się korytarzy nikogo nie zobaczył.

W odległości pięćdziesięciu kroków od pokoi Ailil korytarz wychodził na kwadratowy, otoczony balustradą balkon z błękitnego marmuru, z którego wiódł podwójny szereg szerokich schodów na dół, do kwadratowej komnaty z wysokim łukowym sklepieniem; po drugiej stronie znajdował się identyczny balkon. Długie na dziesięć kroków draperie zwisały ze ścian; przedstawiono na nich ptaki wzbijające się ku niebu, namalowane geometryczną manierą. Pośrodku pomieszczenia stał na czatach Dashiva niepewnie oblizujący wargi. Byli z nim Gedwyn i Rochaid! Lews Therin, zająkując się, zaczął zawodzić o zabijaniu.

1 ... 182 183 184 185 186 187 188 189 190 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)