Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 185 186 187 188 189 190 191 192 193 ... 197
Перейти на страницу:

Po lewej stronie — w pobliżu miejsca, gdzie droga wchodziła na drewniany most wiszący nad zamarzniętym strumieniem, który wił się wokół miasta — z zasp śniegu okrywających wielką kamienną podmurówkę sterczały zwęglone belki. Jakiś lokalny lord, który ociągał się z ogłoszeniem swego poparcia dla Smoka Odrodzonego, i tak miał szczęście, że wykpił się tylko chłostą oraz utratą posiadanych dóbr. Mała grupka strzegących mostu ludzi przyglądała się konnemu oddziałowi, który się do nich zbliżał. Perrin nie dostrzegł żadnego hełmu czy zbroi, jednak każdy z tamtych ściskał w ręku kuszę równie kurczowo co rozwiane poły płaszcza. Nie rozmawiali ze sobą. Po prostu patrzyli, a mgiełki ich oddechów unosiły się w powietrze. Całego miasta strzegły podobne oddziały, ustawione na każdej wiodącej doń drodze, w każdej szczelinie zwartej zabudowy. To był kraj Proroka, ale armia Białych Płaszczy i króla Ailrona wciąż miała pod swoim zarządem spore części jego terytorium.

— Miałem rację, nie chcąc jej zabierać — mruknął — ale i tak będę musiał za to zapłacić.

— Oczywiście, że będziesz musiał zapłacić — warknął Elyas. Jak na człowieka, który przez większość ostatnich piętnastu lat podróżował dużo i głównie pieszo, zupełnie nieźle radził sobie z myszowatym wałachem. Wygrał w kości od Gallenne’a płaszcz podbity futrem z czarnego lisa. Aram, jadący przy drugim boku Perrina, mierzył Elyasa mrocznymi spojrzeniami, brodacz jednak ignorował je. Nie układało się między nimi dobrze. — Mężczyzna wcześniej czy później zawsze płaci, odnosi się to do każdej kobiety, czy zawinił wobec niej czy nie. Ale miałem rację, nieprawdaż?

Perrin pokiwał głową. Niechętnie. Nie miał jakoś ochoty słuchać od obcego mężczyzny rad na temat postępowania z własną żoną, nawet jeśli były to rady bardzo dyskretne i wyrażone w oględny sposób. Co prawda okazały się skuteczne. Rzecz jasna, podniesienie głosu na Faile było równie trudne, jak podnoszenie go na Berelain, jednak to drugie przychodziło mu z coraz większą łatwością, a to pierwsze udało mu się osiągnąć nawet kilka razy. Do rad Elyasa stosował się dosłownie. Cóż, mniej więcej. Jak tylko potrafił. Ten kłujący zapach zazdrości wciąż drażnił jego nozdrza, gdy tylko Berelain znajdowała się w pobliżu, za to z drugiej strony, gdy tylko rozpoczęli powolną jazdę na południe, zupełnie zniknęła tamta woń znamionująca poczucie krzywdy. Ale nie było mu z tym wygodnie. Kiedy wtedy zdecydowanie oznajmił jej, że tego ranka nie będzie mu towarzyszyła, nie zaprotestowała nawet jednym słowem! Pachniała wręcz... zadowoleniem! Choć była także zaskoczona. A jakim sposobem mogła być równocześnie zadowolona i rozzłoszczona? Oczywiście żadnego z tych uczuć nie wyrażała jej twarz, jednak nos nigdy go nie zawiódł. Niemniej czasami myślał sobie, że im więcej dowiaduje się o kobietach, tym mniej o nich wie!

Kiedy kopyta Stayera zadudniły głucho na drewnianych deskach, strażnicy mostu zmarszczyli brwi, a ich palce zabłądziły w stronę spustów broni. Stanowili zwyczajową zbieraninę, z której składały się rzesze wyznawców Proroka: ludzie o brudnych twarzach w jedwabnych kaftanach zbyt wielkich dla nich, uliczni zabijacy o pokrytych bliznami twarzach i różowolicy neofici, wcześniej zapewne rzemieślnicy lub kupcy, których niegdyś przyzwoite odzienie wyglądało tak, jakby od miesięcy nie zdejmowali go nawet na noc. Broń za to mieli w dobrym stanie. Oczy niektórych płonęły gorączką, ale twarze pozostałych były całkowicie bez wyrazu, jakby nawet na chwilę nie mogli sobie pozwolić na okazanie emocji. Oprócz dominującej woni nie mytych ciał, pachnieli skwapliwością, niepewnością, lękiem, zapałem, obawą — wszystko to wymieszane razem.

Nie uczynili najmniejszego ruchu, by zagrodzić im drogę, tylko patrzeli, prawie nie mrugając. Z tego, co Perrin wcześniej słyszał, wynikało, że do Proroka ściągają ludzie wszelkiego pokroju — od dam w jedwabiach po żebraków — w nadziei, że osobiste oddanie mu hołdu zapewni im dodatkowe łaski. Albo może dodatkową ochronę. Dlatego właśnie on również zdecydował się na tę drogę, zabierając ze sobą tylko garstkę towarzyszy. W razie konieczności gotów był zagrozić Masemie, o ile Masemę można było czymkolwiek przestraszyć, jednak wydawało mu się, że lepiej postąpi, jeśli spróbuje dotrzeć do tego człowieka, nie staczając wcześniej bitwy. Przez cały czas, gdy znajdowali się na krótkim moście, a potem póki nie zniknęli wśród domostw Abili, za zakrętem wybrukowanej kamieniami uliczki, Perrin czuł na swoich plecach wzrok tamtych. Gdy wreszcie uczucie zniknęło, nie mógł powstrzymać westchnienia ulgi.

Abila była całkiem sporym miasteczkiem z kilkoma wysokimi wieżami strażniczymi, wiele budynków liczyło nawet i po cztery piętra, wszystkie pokrywała dachówka. Tu i tam szczelinę w zabudowie wypełniał stos zwalonych na kupę kamieni i belek, znacząc miejsce zburzonej gospody lub kupieckiego domostwa. Prorok nie pochwalał bogactw zdobytych drogą handlu ani zysków ciągniętych z pijackich zabaw, wreszcie tego, co jego zwolennicy określali mianem „lubieżności”. Nie pochwalał wielu rzeczy i dawał to do zrozumienia nauczkami nie pozostawiającymi wątpliwości.

Ulice zatłoczone były ludźmi, ale tylko Perrin i jego towarzysze dosiadali koni. Śnieg już dawno zmienił się pod butami przechodniów w na poły zamarzniętą, sięgającą po kostki papkę. Wśród tłumu przesuwały się liczne wozy zaprzężone w woły, niewiele było konnych i właściwie żadnego powozu. Wyjąwszy tych, którzy mieli na sobie znoszone i wyrzucone przez kogoś, a najpewniej zresztą ukradzione ubrania, reszta odziana była w zgrzebne wełny. Większość najwyraźniej spieszyła za jakimiś sprawami, jednak podobnie jak spotkani na drodze, głowy mieli spuszczone. Natomiast leniwie poruszały się grupki uzbrojonych mężczyzn. Ulice pachniały głównie brudem i strachem. Perrin czuł, jak włosy jeżą mu się na karku. W ostateczności, jeśli już do tego przyjdzie, wydostanie się z miasta nie otoczonego murami; nie będzie to trudniejsze niż wjazd do środka.

— Mój panie... — mruknął Balwer, gdy przejeżdżali obok kolejnej sterty gruzu. Ledwie zaczekał na skinienie głowy Perrina, zanim skręcił swym wierzchowcem o tępym pysku i pojechał w inną stronę, skulony w siodle, ciasno owinięty brązowym płaszczem. Nawet tutaj Perrin nie obawiał się, czy ten wysuszony człowieczek da sobie radę. Jak na zwykłego sekretarza, potrafił dowiedzieć się niezliczonych rzeczy podczas tych swoich wypadów. Teraz chyba również doskonale wiedział, co robi.

Po chwili Perrin przegnał z głowy myśli o Balwerze i zajął się tym, po co tutaj przybyli.

Wystarczyło zadać jedno pytanie, kierując je pod adresem chudego młodzieńca z obliczem pełnym zachwytu, aby dowiedzieć się, gdzie przebywa Prorok, a znalezienie wiadomego domu kupca wymagało tylko trzykrotnego zagadywania o drogę. Dom był okazały — cztery piętra z szarego kamienia zdobione marmurowymi gzymsami i marmurowymi framugami. Masema potępiał gromadzenie bogactw, ale chętnie korzystał z gościny u tych, którzy się parali takim procederem. Z drugiej jednak strony Balwer donosił, że równie często nocował w rozpadających się chatynkach biedaków i też był zadowolony. Masema pił tylko wodę, a dokądkolwiek się udał, zawsze wynajmował biedną wdowę i jadł tylko to, co ona mu ugotowała, dobre czy niesmaczne, bez słowa skargi. Perrin sądził jednak, że człowiek ten przysporzył światu zbyt wielkiej liczby wdów, by jego dobroczynność liczyła się jakoś w ogólnym rozrachunku.

Przed frontem wysokiego domu nie było śladu po ciżbie zapełniającej pozostałe ulice miasteczka, ale liczni uzbrojeni strażnicy — przypominający tamtych na moście — sprawiali, że bynajmniej nie było tu pusto. Jedni patrzyli na Perrina ponuro, inni obraźliwie szczerzyli zęby. Dwie Aes Sedai kryły twarze w głębokich kapturach, spod których unosiły się białe obłoczki pary. Kątem oka Perrin dostrzegł, że Elyas muska kciukiem rękojeść długiego noża. On sam musiał się mocno hamować, by nie gładzić topora.

1 ... 185 186 187 188 189 190 191 192 193 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)