Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Wszyscy trzej mężczyźni uważali, że stwór był Pomiotem Cienia — wtrąciła Arrela — ale wydawali się raczej godni zaufanią. — Jeśli ona mówiła, że mężczyzna, który nie należał do Cha Faile, był raczej godny zaufania, to tak jakby ktoś inny powiedział, iż jego słowa są szczere niczym dzwon.
— To w takim razie muszę chyba pojechać do Abili — oznajmiła Faile, zbierając wodze Jaskółki. — Alliandre, zabierz ze sobą Maighdin i Berelain. — W każdej innej sytuacji zaciśnięte usta Berelain towarzyszące tej wypowiedzi stanowiłyby naprawdę zabawny widok. — Parelean, Arrela i Lacile pojadą ze mną... — Jakiś mężczyzna krzyknął i wszyscy aż podskoczyli.
Pięćdziesiąt kroków od miejsca, gdzie stali, jeden z odzianych w zielone kaftany żołnierzy Alliandre właśnie zsuwał się z siodła, a chwilę później Skrzydlaty Gwardzista spadł na ziemię ze strzałą sterczącą z gardła. Wśród drzew pojawili się Aielowie, twarze mieli zasłonięte, w biegu naciągali łuki. Padli kolejni żołnierze. Bain i Chiad już były na nogach, czarne zasłony skrywały im twarze aż po oczy; ich włócznie były wsunięte za pasy przytrzymujące futerały łuków na plecach, one zaś gładko naciągały cięciwy, jednak przed strzałem spojrzały na Faile. Wszędzie wokół byli Aielowie, setki, jak się zdawało. Zaciskała się wokół niech wielka pętla okrążenia. Żołnierze, wciąż siedzący na koniach, opuścili lance, tworząc mur wokół Faile i pozostałych, jednak natychmiast pojawiły się w nim szczeliny, kiedy kolejne strzały Aielów znalazły drogę do celu.
— Ktoś musi przekazać wieści o Masemie lordowi Perrinowi. — Faile zwróciła się do Pareleana oraz dwu kobiet. — Jedno z was musi do niego dotrzeć! Pędźcie jak na skrzydłach wiatru! — Objęła jednym spojrzeniem Alliandre i Maighdin oraz Berelain. — Wszystkie pędźcie jak ogień albo umrzecie tutaj! — Ledwie czekając na potwierdzające skinienia, przeszła od słów do czynów i wbiła obcasy w boki Jaskółki, przemykając przez krąg bezużytecznych żołnierzy. — Na koń! — krzyknęła. Ktoś musiał zanieść wieści Perrinowi. — Na koń!
Pochyliła się nisko nad karkiem Jaskółki i pchnęła karą klacz do wytężonego galopu. Śnieg tryskał spod kopyt, kiedy Jaskółka mknęła, lekko jak ptak, któremu zawdzięczała swe imię. Przez jakieś sto kroków Faile sądziła, że uda jej się uciec. A potem Jaskółka zarżała, potknęła się i przewróciła przez kark z towarzyszeniem ostrego trzasku pękającej kości. Faile wyleciała w powietrze, a potem ciężko uderzyła o ziemię, zanurkowała twarzą w śnieżną zaspę, impet uderzenia pozbawił ją tchu. Desperacko chwytając oddech, powstała jakoś i wyciągnęła nóż zza pasa. Jaskółka zarżała, zanim się potknęła, jeszcze zanim złamała nogę.
Przed nią zamajaczyła sylwetka wysokiego zamaskowanego Aiela, który pojawił się jakby znikąd, a potem uderzył ją w nadgarstek wyprostowaną ręką. Nóż wyślizgnął się z odrętwiałych nagle palców, a zanim zdążyła dobyć następne ostrze, tamten już ją złapał.
Walczyła co sił, wierzgała, biła pięściami, nawet gryzła, ale tamten był tak potężnie zbudowany jak Perrin i co najmniej o głowę wyższy. Wydawał się równie twardy jak Perrin, biorąc pod uwagę wrażenie, jakie wywierały na nim jej ciosy. Gotowa była płakać ze złości wobec poniżającej swobody, z jaką dał sobie z nią radę, najpierw pozbawiając wszystkich noży, które spokojnie wsadził za swój pas i którymi rozciął później jej rzeczy. Zanim zdała sobie sprawę, już leżała naga na śniegu, nadgarstki miała skrępowane za plecami jedną z pończoch, drugą zaś obwiązaną wokół szyi jak smycz.
Nie miała innego wyboru, jak tylko pójść za nim, drżąc i ślizgając się na śniegu. Skóra pierzchła jej z zimna. Światłości, jak mogła nie zauważyć, że ten dzień jest naprawdę mroźny? Światłości, gdyby tylko komuś udało się uciec z wieściami o Masemie! I żeby temu komuś udało się też donieść Perrinowi o jej schwytaniu, aczkolwiek nie wątpiła, że uda jej się jakoś uciec.
Pierwsze ciało, które zobaczyła, należało do Pareleana, spoczywał rozciągnięty na wznak z mieczem w wyprostowanej ręce. Znakomity kaftan z pasami satyny na rękawach cały zalany był krwią. Potem przestała liczyć poległych. Skrzydlaci Gwardziści w czerwonych napierśnikach, żołnierze Alliandre w ciemnozielonych hełmach, jeden z sokolników, nad którym zakapturzony jastrząb trzepotał na próżno skrzydłami, ponieważ tamten wciąż trzymał pęto w zaciśniętej, zesztywniałej w śmierci garści. Postanowiła jednak nie tracić nadziei.
Pierwszymi jeńcami, których zobaczyła, klęczącymi wśród Aielów — mężczyzn i Panien z opuszczonymi na piersi zasłonami — były Bain i Chiad, każda naga, z rękoma spoczywającymi na kolanach. Po twarzy Bain spływała krew, zlepiając jej ognistorude włosy. Lewy policzek Chiad był purpurowy i obrzmiały, szare oczy patrzyły cokolwiek szkliście. Klęczały przed tamtymi, prostując plecy, biernie, ale bez wstydu, kiedy jednak wielki Aiel pchnął ją brutalnie, by uklękła obok nich, powstały.
— To nie jest słuszne, Shaido — niewyraźnie, ze złością powiedziała Chiad.
— Ona nie przestrzega ji’e’toh — warknęła Bain. — Nie możesz z niej uczynić gai’shain.
— Niech gai’shain będą cicho — powiedziała obojętnym głosem jakaś siwiejąca Panna. Bain i Chiad obdarzyły Faile pełnymi skruchy spojrzeniami, a potem na powrót zagłębiły się w milczącym wyczekiwaniu. Kuląc się i próbując chociaż w ten sposób ukryć swą nagość, Faile nie wiedziała, śmiać się czy płakać. Wybrałaby te dwie kobiety, gdyby trzeba było uciekać z dowolnego więzienia na świecie, ale w obecnej sytuacji żadna z nich nie podniesie nawet ręki, a wszystko przez ji’e’toh.
— Powtarzam raz jeszcze, Efalin — mruknął człowiek, który ją pojmał — to głupota. My pełzniemy po tym... śniegu. — Słowo to dziwnie zabrzmiało w jego ustach. — Zbyt wielu tu wszędzie uzbrojonych mężczyzn. Powinniśmy pójść na wschód, a nie brać kolejnych gai’shain, przez których tylko wędrujemy jeszcze wolniej.
— Sevanna chce mieć więcej gai’shain, Rolan — odrzekła siwiejąca Panna. Jednak zmarszczyła brwi, a w jej szarych oczach na moment rozbłysła dezaprobata.
Wciąż drżąca Faile zamrugała, słysząc te imiona. Światłości, ależ ziąb potrafił osłabiać procesy myślowe. Sevanna. Shaido. Przecież byli na Sztylecie Zabójcy Rodu. Najdalej jak można od tego miejsca bez przekraczania Grzbietu Świata! Najwyraźniej jednak wcale tak nie było. O tym także Perrin powinien się dowiedzieć, kolejny powód do jak najszybszej ucieczki. Teraz wszakże, kiedy tak klęczała na śniegu, zastanawiając się, które członki najpierw sobie odmrozi, szansę na ucieczkę wyglądały marnie. Koło najwyraźniej postanowiło w dwójnasób odpłacić jej za szyderstwa z drżącej Berelain. Naprawdę z tęsknotą zaczęła wyglądać grubych wełnianych szat, w jakie przyodziewano gai’shain. Tym, którzy ją schwytali, nie spieszyło się jednak. Najpierw należało poczekać na innych jeńców.
Pierwsza była Maighdin, obdarta z szat i skrępowana jak Faile, która jednak przez cały czas opierała się i walczyła, póki prowadząca ją Panna jednym kopnięciem nie zbiła jej z nóg. Maighdin opadła ciężko i siedziała w śniegu, wytrzeszczając oczy tak mocno, że Faile gotowa byłaby się roześmiać, gdyby nie było jej żal kobiety. Następna była Alliandre, zgięta niemalże w pół w próżnym wysiłku ukrycia swej nagości, po niej przyszła kolej na Arrelę, która zdawała się na poły sparaliżowana brakiem odzienia i dwie Panny musiały ją prawie wlec za sobą. Na koniec pojawił się jeszcze jeden wysoki Aiel, który niósł wściekle wierzgającą Lacile pod pachą jak paczkę.
— Pozostali nie żyją albo zdołali uciec — powiedział mężczyzna, ciskając drobną Cairhieniankę na śnieg obok Faile. — Sevanna będzie musiała zadowolić się tym, co mamy Efalin. I tak za bardzo interesują ją ludzie noszący jedwabie.