Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Rand powoli skinął głową. Ogirowie właściwie nigdy nie kłamali, a w nielicznych przypadkach próby kłamstwa wypadały tak nieprzekonująco, że rzadko pozwalali sobie po raz drugi na nieprawdziwą wypowiedź. Słowa każdego ogira traktowano więc z równą powagą jak przysięgę człowieka. Czyli że Bramy będą pilnie strzeżone. Z wyjątkiem tych w Ziemiach Granicznych i w górach leżących na południe od Amadicii i Tarabonu. A przecież przy użyciu Bram można by odbyć podróże od Grzbietu Świata aż po Ocean Aryth i z Ziem Granicznych aż do Morza Sztormów, stale przemieszczając się w dziwnym świecie znajdującym się jakoś poza czasem bądź też może obok niego. Dwa dni chodzenia po Drogach i człowiek mógł się przenieść o sto mil lub o pięćset — zależnie od wybranych ścieżek. I zależnie od tego, czy był skłonny zaryzykować niebezpieczeństwo. W Drogach bowiem łatwo można umrzeć albo narazić się na coś gorszego. Już wszak dawno temu zapanowały na nich ciemności i doszło do ich częściowego rozkładu. Trolloków wprawdzie nie obchodziły, przynajmniej nie wtedy, gdy prowadzili ich Myrddraale. Trolloki zainteresowane były wyłącznie zabijaniem, szczególnie właśnie wtedy, gdy znajdowały się pod dowództwem Myrddraali. Jednakże dziewięć Bram pozostało niestrzeżonych, toteż istniało zagrożenie, że któraś z nich może się otworzyć i wypuścić dziesiątki tysięcy trolloków. Z kolei ustawienie straży jakiegokolwiek rodzaju nie było prawdopodobnie możliwe bez współpracy stedding. Wielu ludzi w ogóle wszak nie wierzyło w istnienie ogirów, spośród tych wierzących zaś jedynie nieliczni mieli ochotę się w te sprawy mieszać. Może wtrąciliby się Asha’mani, gdyby Rand posiadał przy swoim boku wystarczająco dużo godnych zaufania tych przenoszących Moc mężczyzn.
Nagle zrozumiał, że nie on jeden odczuwa zmęczenie. Loial wyglądał na wyczerpanego i wymizerowanego. Jego kaftan był zmiętoszony i wisiał luźno na ciele. Dla ogira zbyt długie przebywanie na zewnątrz stedding było niebezpieczne, a Loial zostawił swój dom już dobre pięć lat temu. Może nie wystarczyły mu krótkie wizyty, które złożył podczas ubiegłych kilku miesięcy.
— Chyba powinieneś teraz wrócić do domu, Loialu. Stedding Shangtai znajduje się zaledwie o kilka dni stąd.
Krzesło pod ogirem zaskrzypiało zatrważająco, ponieważ Loial wyprostował się na siedzeniu, jakby kij połknął. Jego uszy także stanęły pionowo, sugerując niepokój.
— Moja matka tam będzie, Randzie. Jest sławnym Mówcą. Nigdy nie opuszcza Wielkiego Zgromadzenia.
— Do tej pory na pewno nie zdołała pokonać całej tej odległości od Dwu Rzek — wyjaśnił mu Rand.
Matka Loiala była także przypuszczalnie sławnym piechurem, istniały wszakże ograniczenia, nawet dla ogirów.
— Nie znasz mojej matki — mruknął Loial. Odgłos wypowiedzianego zdania przypominał posępne uderzanie w ogromny bęben. — Przyprowadzi jeszcze z sobą Erith. Bez wątpienia.
Min pochyliła się ku ogirowi, a w jej oczach zamigotały niebezpieczne światełka.
— Mówisz dobrze o Erith, którą... wiem to... pragniesz poślubić. Dlaczego więc stale od niej uciekasz?
Rand obserwował dziewczynę ze swego miejsca przy kominku. Małżeństwo... Aviendha zakładała, że al’Thor ją poślubi, podobnie sądziła Elayne, a także Min. W stylu Aielów. Dziwne, że Elayne tak uważała, lecz chyba tak było. Co myślała Min? Nigdy mu nic na ten temat nie powiedziała. Nie powinien był się z nimi wiązać. Gdy on umrze, wszystkie trzy oszaleją ze zgryzoty.
Uszy Loiala zadrżały teraz ostrzegawczo. Właśnie z powodu tych uszu ogirowie byli tak marnymi kłamcami. Loial zrobił kilka łagodnych gestów.
— No cóż, Min, chcę tego, oczywiście, że chcę. Erith jest piękna i bardzo spostrzegawcza. Opowiadałem ci kiedyś o uwadze, z jaką zawsze mnie słucha, a potem wyjaśnia mi, że... Och, oczywiście, że chcę ją poślubić. Mówię to każdemu, kogo spotykam. Tak, pragnę poślubić Erith! Tyle że... jeszcze nie teraz. Widzisz, Min, my nie jesteśmy tacy jak wy, ludzie. Ty zrobisz wszystko, o co Rand cię poprosi. Erith natomiast będzie oczekiwała, że osiedlę się w jednym stedding i pozostanę na zawsze w domu. Żony nigdy nie pozwalają ogirom nigdzie chodzić i nic robić, jeśli oznacza to opuszczenie stedding na okres dłuższy niż kilka dni. Mam moją książkę do skończenia, a jak miałbym ją skończyć, nie obserwując wszystkich poczynań Randa? Jestem przekonany, że on zrobił mnóstwo rzeczy, odkąd wyjechałem z Cairhien i wiem, że nigdy tych wszystkich szczegółów nie uzupełnię. A Erith po prostu nie zrozumiałaby mnie. Min, czy ty się na mnie gniewasz?
— Dlaczego sądzisz, że się na ciebie gniewam? — odparowała chłodno.
Loial westchnął ciężko i to z tak wyraźną ulgą, że Rand otworzył szeroko oczy. O Światłości, ten ogir naprawdę pomyślał, że Min mówi prawdę. Że wcale się na niego nie wścieka! Wiedział, że Loial zupełnie nie rozumie kobiet, nawet Min — może zwłaszcza Min... Powinien się zatem jeszcze sporo nauczyć o tych sprawach, zanim poślubi tę swoją Erith. W przeciwnym razie żona po prostu wejdzie mu na głowę. Al’Thor pomyślał, że najlepiej szybko wyciągnąć ogira z tego pokoju, bo niedługo Min wykona za Erith całą robotę. Odchrząknął.
— Zastanowisz się nad tym w nocy, Loialu — oznajmił. — Może do rana zmienisz zdanie. — W duszy rzeczywiście miał nadzieję, że Loial je zmieni. Ogir przebywał już zbyt długo z dala domu. Z drugiej strony wszakże... Rand mógłby użyć Loiala, jeśli informacje Alivii na temat Seanchan były prawdziwe. Och, czasami al’Thor sam się sobą brzydził! — W każdym razie teraz muszę porozmawiać z Bashere’em. I z Logainem.
Po wypowiedzeniu tego ostatniego imienia zacisnął usta. Co robił Logain w czarnym stroju Asha’mana?
Ogir nie wstał. Jego zmartwiona mina się pogłębiła, uszy znów mu opadły, a brwi się opuściły.
— Randzie, muszę ci coś powiedzieć. O Aes Sedai, które z nami przyszły.
Podczas jego opowieści za oknami ponownie rozjarzyły się błyskawice, a grzmot uderzył gwałtowniej niż przedtem. W przypadku niektórych burz okres ciszy oznaczał jedynie nadejście najgorszego.
„Kazałem ci pozabijać je wszystkie, kiedy miałeś szansę” — zaśmiał się w jego głowie Lews Therin. „Kazałem ci tak zrobić”.
— Jesteś pewna, że byli połączeni więzią, Samitsu? — spytała twardo Cadsuane. I na tyle głośno, ażeby przekrzyczeć grzmot uderzający w dach budynku rezydencji.
Grzmoty i błyskawice pasowały do jej nastroju. Cadsuane miała nawet ochotę warknąć. Jedynie dzięki wcześniejszemu szkoleniu i ogromnemu doświadczeniu potrafiła usiedzieć spokojnie, popijając gorącą herbatę imbirową. Od bardzo dawna nie ujawniała już swoich emocji, tym niemniej w tej chwili pragnęła kąsać. Coś lub kogoś.
Samitsu także trzymała w dłoniach porcelanową filiżankę z herbatą, tyle że miała jeszcze sporo do wypicia; nie przyjęła też propozycji Cadsuane i nie usiadła. W tym momencie smukła siostra odwróciła się od kominka po lewej stronie, w którego płomienie spoglądała, a gdy poruszyła głową, dzwoneczki w jej ciemnych włosach zabrzęczały. Nie postarała się wysuszyć odpowiednio włosów, toteż wisiały jej na plecach wilgotne i ciężkie. W jej leszczynowych oczach czaił się niepokój.