Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Błyskawica znów rozświetliła teren za oknami.
— Tak, tak, wystarczy — przerwała w końcu Elza swemu Strażnikowi. — Dobrze postąpiłeś, Fearilu. Wielu pewnie by się zdziwiło, gdybyś jako jedyny odmówił odszukania swojej Aes Sedai. — Przez więź dotarła do kobiety ogromna ulga mężczyzny. Elza bywała surowa, gdy chodziło o posłuszeństwo i wypełnianie jej rozkazów, a chociaż Fearil wiedział, że nie mogła go zabić, karała go, maskując więź i nie podzielając jego bólu. No i postawiła osłonę przeciwpodsłuchową, która stłumiłaby jego ewentualne wrzaski. Tyle że Elza nie lubiła krzyczeć niemal tak bardzo, jak nie lubiła burzy z błyskawicami. — No cóż, dobrze, że jesteś ze mną — ciągnęła. Szkoda, że ci dzicy Aielowie wciąż przetrzymywali Ferę, chociaż pomyślała, że będzie musiała starannie wypytać tę Białą o powody, dla których złożyła przysięgę. Dopiero wtedy może zdoła jej zaufać. Aż do czasu podróży do Cairhien nie miała pojęcia, że łączy ją coś z Ferą. I wielka szkoda, że nie towarzyszył jej nikt z członkiń jej serca, po prostu wysłano ją do Cairhien, a ona nie kwestionowała otrzymywanych rozkazów. — Myślę, że wkrótce będzie musiało umrzeć kilku ludzi. — Natychmiast, gdy ona sama zdecyduje którzy. Strażnik pochylił głowę i do kobiety przez więź dotarła jego ogromna przyjemność. Fearil lubił zabijać. — Tymczasem usuniesz wszystkich, którzy zagrażają Smokowi Odrodzonemu. Wszystkich — dodała twardo.
Zrozumiała coś w okresie, kiedy sama pozostawała więźniem tych dzikusów. Tak, tak, Smok Odrodzony musi dożyć do Tarmon Gai’don, w przeciwnym razie w jaki sposób mógłby go wówczas pokonać Wielki Władca Ciemności?!
25
Kiedy zakładać klejnoty
Perrin niecierpliwie chodził wielkimi krokami w tę i z powrotem po kwiecistych dywanach ułożonych na podłodze namiotu i co rusz wzruszał ramionami na niewygodę ciemnozielonego jedwabnego kaftana, który rzadko nosił, odkąd dostał go od Faile. Żona twierdziła, że wyszukany, srebrny haft pasuje do jego ramion, on jednak uważał, że szeroki, skórzany pas przytrzymujący topór u jego boku sugeruje tylko, iż Perrin jest głupcem, udającym kogoś lepszego, niż był w rzeczywistości. Czasami naciągał mocniej rękawice albo spoglądał z furią na swój obszyty futrem płaszcz, który — gotów do założenia — leżał na oparciu krzesła. Dwukrotnie mężczyzna wyjmował z rękawa arkusz papieru i rozwijał go, po czym, nawet nie zwalniając kroku, przez chwilę studiował szkic mapy Malden. W tym mieście Shaido Aiel więzili Faile.
Chociaż Jondyn, Get i Hu dogonili uciekających mieszkańców Malden, jedyną przydatną rzeczą, jaką przynieśli, była ta mapa. Udało im się także zatrzymać niektóre osoby i porozmawiać z nimi, proponując wykonanie zadania. Niestety, ludzie silni, którzy nadawaliby się do walki, nie żyli już lub w białych strojach służyli Shaido Aiel jako gai’shain, natomiast w grupie zbiegów pozostali jedynie starcy, osoby bardzo młode lub chore czy kalekie. Według Jondyna na samą myśl, że ktoś chciałby ich zmusić do powrotu i walki z Shaido, większość uciekinierów przyspieszała tylko kroku, kierując się na północ, do Andoru, gdzie powinni znaleźć bezpieczeństwo. Mapa z kolei stanowiła swego rodzaju łamigłówkę, niezrozumiałą układankę złożoną z labiryntu ulic, fortecy i wielkiego rezerwuaru zajmującego północno-wschodni skraj Malden. Zwodziła Perrina rozmaitością możliwości. Wiedział wszakże, że są to tylko możliwości, chyba że poradzi sobie z poważniejszą łamigłówką, której nie uwzględniono na mapie, czyli ogromną masą Shaido Aiel, którzy rozłożyli się wokół otoczonego murami miasta. W dodatku wśród tych rzesz Aielów znajdowało się czterysta bądź też pięćset Mądrych Shaido, a zatem kobiet z umiejętnością przenoszenia Mocy. Z tego też względu mapa ponownie wróciła do jego rękawa, Perrin zaś nie przestawał chodzić w tę i z powrotem po pomieszczeniu.
Namiot w czerwone pasy irytował zresztą mężczyznę równie mocno jak mapa, podobnie wyposażenie siedziby — zdobione złoceniami krzesła, które przechowywano złożone, stół z mozaikowym blatem, stojące zwierciadło, umywalnia z lustrem, nawet ustawione w szeregu pod zewnętrzną ścianą okute mosiądzem kufry. Na dworze było jeszcze ciemnawo, więc zapalono wszystkie dwanaście lamp; ich blask odbijały zwierciadła. W dających ciepło, zabijające nocne lodowate zimno, koszach z płonącymi węglami nadal tlił się żar. Perrin miał nawet dwa jedwabne gobeliny Faile, przyozdobione rzędami ptaków i kwiatów. Wyjął je i powiesił na tyczkach wspierających dach. Pozwolił Lamgwinowi przyciąć swoją brodę, a także zgolić zarost sięgający wyżej, aż do policzków, i podgolić sobie kark. Umył się i włożył czyste ubranie. Już wcześniej przygotował namiot na przybycie żony. Wszystko czekało tu na nią, jakby wybrała się jedynie na przejażdżkę konną. Perrin postępował tak nie dla siebie, lecz dla tych, którzy dotąd widzieli w nim jedynie „cholernego lorda”. Teraz patrzyli na niego i nabierali pewności siebie. Tyle że jemu rozmaite drobiazgi stale przypomniały, że Faile nie pojechała wcale na żadną jeździecką wycieczkę.
Zdjął jedną z rękawic, pomacał w kieszeni kaftana i przesunął palcami po schowanym tam rzemieniu. Były na nim już trzydzieści dwa węzły! Pamiętał o tym doskonale, choć czasami, gdy przez całą noc leżał rozbudzony w łóżku, w którym od dawna nie było Faile, po raz kolejny liczył te węzły. W jakiś sposób kojarzyły mu się z żoną. A bezsenność i tak wydawała się lepsza niż koszmary.
— Jeśli nie usiądziesz, będziesz zbyt zmęczony na jazdę do So Habor. Nawet z pomocą Nealda — zauważyła Berelain z lekka rozbawionym tonem. — Mnie wyczerpuje już samo patrzenie na ciebie.
Zapanował nad sobą i nie obrzucił jej piorunującym spojrzeniem, na które miał ochotę. W granatowej, jedwabnej sukni do jazdy konnej, ze ściśle przylegającymi do szyi szerokimi, złotymi naszyjnikami nabijanymi łzami ognia oraz diademem z symbolizującym Mayene Złotym Jastrzębiem w locie, Pierwsza siedziała na swoim szkarłatnym płaszczu ułożonym na jednym ze składanych krzeseł. Ręce, w których zaciskała czerwone rękawiczki, trzymała na kolanach. Wydawała się opanowana jak Aes Sedai, a pachniała... cierpliwością. Nie rozumiał, dlaczego nagle zmienił się jej zapach, lecz nieoczekiwanie Perrin przestał się przy niej czuć niczym tłuste jagnię duszone w jeżynach, które ma być jej posiłkiem. I niemal był jej za tę zmianę wdzięczny. Dobrze móc z kimś porozmawiać o tęsknocie za Faile. A Berelain słuchała go i pachniała współczuciem.
— Chcę być tutaj, jeśli... kiedy Gaul i Panny Włóczni sprowadzą jakichś więźniów. — Na własne słówko „jeśli” i pauzę skrzywił się równie mocno, jak na myśl o koniecznej zwłoce. A przecież ani na chwilę nie zaczął wątpić. Prędzej czy później schwytają wszak kilku Shaido... chociaż najwyraźniej nie była to bynajmniej łatwa sprawa. Branie jeńców nie było bezpieczne, choć konieczne, szczególnie że Shaido postępowali znacznie ostrożniej w porównaniu z resztą Aielów. Sulin wyjaśniła mu tę kwestię powoli i cierpliwie. On zaś niecierpliwił się coraz bardziej. — Co zatrzymuje Argandę? — warknął.
Ghealdanin, odrzuciwszy lekkie klapy, wszedł akurat do namiotu, jakby Perrin wezwał mężczyznę poprzez wypowiedzenie jego imienia. Pierwszy Kapitan miał twarz pobladłą, a oczy zapadnięte. Wnosząc z jego wyglądu, sypiał równie mało co Aybara. Ten niski osobnik nosił dziś srebrzysty napierśnik, ale nie wziął hełmu. Nie ogolił się jeszcze tego ranka, toteż jego podbródek zacieniała siwiejąca szczecina. W odzianej w rękawicę dłoni trzymał grubą, skórzaną sakiewkę, którą z brzękiem rzucił na stół obok dwóch już tam leżących.
— Ze skarbca Królowej — oświadczył cierpko. W ostatnich dziesięciu dniach przemawiał niemal wyłącznie kwaśnym tonem. — Aż nadto starczy jako nasz udział. Musiałem roztrzaskać zamek i postawić trzech ludzi do ochrony kufra. Rozbity zamek to pokusa nawet dla najlepszego z nich.