Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Teraz się z tobą spotka — warknęła ostro Elza.
Cadsuane znów o mało nie zazgrzytała zębami. Sekret Alivii będzie musiał poczekać. Podobnie jak tajemnica Algarina.
Gdy weszła do pomieszczenia, młodzieniec stał. Niemal dorównywał wzrostem i szerokością ramion Lanowi. Miał na sobie czarny kaftan ze złotymi haftami na rękawach i wysokim kołnierzem. Cadsuane strój ów skojarzył się z odzieniem Asha’manów — z haftami dodanymi dla zmylenia jej — lecz nic nie powiedziała. Rand wykonał grzeczny ukłon, podprowadził ją do kominka, przed którym stało krzesło z ozdobioną chwostami poduszką, a następnie spytał uprzejmie, czy nie napiłaby się wina. Dodał, że trunek w dzbanie stojącym na bocznym stoliku wraz z dwoma pucharami nieco się już prawdopodobnie ochłodził, ale w każdej chwili można posłać po nowy. Cadsuane pracowała dla niego wystarczająco ciężko, dzięki czemu Rand zachowywał się wobec niej grzecznie. Mógł sobie nosić taki kaftan, jaki chciał, istniały bowiem ważniejsze sprawy, w których Cadsuane musiała mu doradzić. Czasem doradzić, a czasem — jeśli trzeba — odciągnąć go od czegoś albo zachęcić do jakiegoś ruchu. Postanowiła zatem, że nie będzie tracić czasu na pogawędkę o jego ubraniu.
Skłoniwszy dwornie głowę, podziękowała za wino. Puchar z napitkiem dawał wprawdzie różne sposobności — można było sączyć trunek, gdy trzeba było na moment skupić myśli lub wpatrywać się w zawartość pucharu, kiedy się chciało ukryć wzrok — Cadsuane odrzuciła jednakże te sposobności, uważała bowiem, że powinna poświęcić młodemu rozmówcy całą swoją uwagę. Z jego twarzy można było wyczytać niemal równie mało jak z twarzy sióstr. Ze swymi ciemnorudawymi włosami i szaroniebieskimi oczyma mógłby uchodzić za Aiela, tyle że naprawdę niewielu Aielów charakteryzowało się tak lodowatym spojrzeniem. Przy tych oczach poranne niebo, w które Cadsuane wpatrywała się przedtem, wydawało się wręcz gorące. Kobieta zauważyła też, że obecnie te oczy stały się jeszcze zimniejsze niż wcześniej, przed Shadar Logoth. Zimniejsze i niestety twardsze. Poza tym Rand wyglądał też na... zmęczonego.
— Algarin miał brata, który potrafił przenosić Moc — wyjaśnił, odwracając się, ażeby stanąć przodem do jej krzesła.
A w połowie obrotu... zatoczył się. Złapał się poręczy krzesła z krótkim śmiechem, udając, że się potknął o własne buty, Cadsuane wszakże wiedziała, że było inaczej. Nie sięgnął też po saidina (widziała już uprzednio, jak się zataczał podczas przenoszenia), w przeciwnym razie jej ozdoby na pewno by ją ostrzegły. Corele twierdziła, że al’Thor musi tylko zażyć nieco snu i w ten sposób odzyska siły po Shadar Logoth. O Światłości, za wszelką cenę trzeba utrzymać tego chłopca przy życiu, bo jeśli umrze, wszystkie jej wysiłki okażą się daremne!
— Wiem — odparła. Doszła do wniosku, że Algarin powiedział mu wszystko, toteż dodała: — To właśnie ja schwytałam Emarina i zabrałam go do Tar Valon.
Niektórzy ludzie mogliby uznać za dziwne, że Algarin jest jej za coś takiego wdzięczny, jednakże jego młodszy brat przeżył jeszcze ponad dziesięć lat po poskromieniu, z którym Cadsuane pomogła mu się pogodzić. A bracia byli sobie bardzo bliscy.
Rand usiadł na krześle i uniósł brwi. Wyraźnie zatem nie znał dotąd tego szczegółu historii.
— Algarin chce się poddać testom — rzucił.
Spokojnie i bez słowa wytrzymała jego spojrzenie. Dzieci Algarina pożeniły się już, a niektóre nawet pomarły. Może ten mężczyzna był gotowy do zmiany stylu życia. Tak czy owak, Aes Sedai jeden osobnik więcej z umiejętnością przenoszenia Mocy czy jeden mniej nie sprawiał właściwie w tym momencie różnicy. Chyba że chodziło o młodzieńca, który w tej chwili się na nią gapił.
Sekundę później podbródek al’Thora poruszył się na znak czegoś w rodzaju kiwnięcia głową. Czy Rand ją sprawdzał?!
— Nie obawiaj się, chłopcze, nie zawaham się, gdy trzeba cię będzie wyzwać od głupców — oświadczyła.
Większość osób po jednym spotkaniu z nią zapamiętywała, że Cadsuane ma ostry język, jednakże temu młodemu mężczyźnie musiała od czasu do czasu o tym fakcie przypominać. Teraz słysząc jej słowa, odchrząknął. Może wesoło, może ze smutkiem. Cadsuane pamiętała, że miała go czegoś nauczyć, choć chyba sam już nie wiedział, o co mu właściwie chodziło. Nieważne. Mogłaby wyliczyć wiele takich spraw.
Jego obojętna, zupełnie pozbawiona emocji twarz wyglądała jak wyrzeźbiona z kamienia, tym niemniej Rand zerwał się z miejsca i zaczął nerwowo chodzić od kominka do drzwi i z powrotem. Trzymane za plecami dłonie zaciskał w pięści.
— Rozmawiałem z Alivią o Seanchanach — oświadczył. — Z jakiegoś powodu nazywają swoje wojsko Wiecznie Zwycięską Armią. Twierdzą, że nigdy nie przegrali żadnej wojny. Owszem, ponosili klęski w bitwach, lecz nigdy w wojnach. Gdy przegrają bitwę, siadają bowiem i dumają, co zrobili źle, bądź też omawiają sposób, w jaki wróg zdołał ich przechytrzyć. Następnie zmieniają swój plan na taki, który pozwoli im zwyciężyć.
— Mądre podejście — oceniła Cadsuane, kiedy al’Thor przerwał długą wypowiedź. Wyraźnie oczekiwał na jakiś komentarz z jej strony, więc dodała: — Znam mężczyzn, którzy postępują tak samo. Na przykład Davram Bashere. A także Gareth Bryne, Rodel Ituralde czy Agelmar Jagad. Nawet Pedron Niall za życia szacował w ten sposób przeszłe potyczki. I wszyscy kapitanowie określani mianem wielkich.
— Właśnie — zgodził się młodzieniec, nie przestając chodzić po pomieszczeniu. Nie patrzył na Cadsuane, może w ogóle jej nie dostrzegał, bez wątpienia wszakże słuchał tego, co mówiła. — Postępuje tak pięciu mężczyzn, sami wielcy kapitanowie. A Seanchanie? Wszyscy! Tak działają od tysiąca lat. Jeśli uznają, że trzeba coś zmienić, zmieniają to, lecz się nie poddają.
— Bierzesz pod uwagę możliwość, że nijak nie można ich pokonać? — spytała opanowanym tonem.
Spokój zawsze stanowił najlepszą strategię, póki nie poznało się faktów, a zwykle także później.
Młodzieniec odwrócił się do niej i wyprostował. Oczy miał zimne niczym kostki lodu.
— W końcu zdołam ich pokonać — obwieścił, starając się panować nad głosem. Cadsuane była zadowolona z jego wymuszonej uprzejmości. Im rzadziej będzie musiała udowadniać, że potrafi i może go karać za odstępstwa od reguł, tym lepiej. — Tyle że... — zaczął, po czym gwałtownie przerwał, gdyż dobiegły go z korytarza przenikające przez drzwi odgłosy kłótni.
Chwilę później drzwi gwałtownie się otworzyły, a w progu pojawiła się Elza, a właściwie jej plecy. Kobieta wchodziła do pomieszczenia tyłem, wciąż krzycząc głośno i machając rękoma, gdyż usiłowała zapobiec wtargnięciu dwóch innych sióstr. Erian, bladolica, choć obecnie zarumieniona, praktycznie odpychała blokującą jej dostęp drugą Zieloną. Sarene, istota tak piękna, że niebrzydka Erian wyglądała przy niej niemal pospolicie, przybrała chłodniejszą minę, czego można się było spodziewać po Białej, tym niemniej potrząsała głową z rozdrażnieniem i na tyle mocno, że kolorowe paciorki w jej cienkich warkoczach uderzały o siebie ze stukotem. Cadsuane wiedziała, że Sarene posiada niezły temperament, chociaż zazwyczaj doskonale nad sobą panowała.
— Bartol i Rashan przybywają — obwieściła głośno Erian z mocniejszym z powodu wzburzenia illiańskim akcentem. Mówiła o swoich dwóch Strażnikach, których zostawiła w Cairhien. — Nie posłałam po żadnego z nich, ale ktoś z nimi Podróżuje. Godzinę temu poczułam nagle, że się zbliżają, a przed chwilą znów, jeszcze mocniej. Bez wątpienia przybywają do nas.