Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Dookoła nich pod osłoną dymu przybijały inne tratwy wypełnione powstańcami. Pięciuset Uawari Nahs i dwa pułki piechoty lądowały w ciszy pół mili za liniami Konowerczyków. Prawie pięć tysięcy ludzi. I albo uda im się wzniecić panikę, spłoszyć zwierzęta, podpalić obóz, albo zginą.
Od ich prawej strony, zza ściany dymu, dochodziły stłumione odgłosy wściekłej walki. Pora się przyłączyć.
Gdzieś przed nimi rozległo się parskanie koni.
Uware Lew uśmiechnął się.
Rozdział 41
Schodzili coraz niżej i niżej, jeden poziom, drugi i trzeci. Mijali mniejsze i większe komnaty, niemal wszystkie pozbawione mebli, co utwierdzało Altsina w przekonaniu, że statek został rozszabrowany i usunięto z niego wszystko, co nie było częścią żywej konstrukcji. Usunięto albo zniszczono.
Im schodzili niżej, tym powietrze stawało się cięższe i cieplejsze. Miejscami na czarnych ścianach skraplała się woda. Raz minęli salę, której sufit porastały jakieś fosforyzujące grzyby. Jeśli statek był żywym bóstwem, to było to bardzo chore bóstwo. Słabe i umierające.
Psy wskazywały trop bez wahania, sygnalizując też, jak twierdził ich przewodnik, że zbliżają się do celu. To była dobra wiadomość, bo po jakiejś godzinie zużyli już czternaście pochodni.
Wtedy na drodze stanęły im pierwsze drzwi zamknięte na głucho. Szerokie na cztery stopy, masywne jak zamkowa furta.
— Topory! Raz, dwa! — padła komenda. — Bergh i Nur, zgaście pochodnie. Oszczędzamy światło.
Ciężkie toporzyska załomotały o czarne drzwi z taką siłą, że ciosy wprawiały w drżenie podłogę.
Altsin przetarł spocone czoło.
— Mogę o coś zapytać?
Oficer odwrócił się i spojrzał na złodzieja uważnie.
— Pytaj. Tylko o żadne głupoty.
— Naprawdę zawrócisz, gdy zużyjecie połowę pochodni?
— Tak.
— To… zdumiewająco rozsądne.
Porucznik wykrzywił się, jakby taki, było nie było, komplement go uraził. Milczał chwilę, wciąż zmarszczony, wreszcie zapytał:
— Widziałeś kiedyś zamieć w górach?
— Co?
— Zamieć, czarowniku. Mówimy wtedy, że Dress kłóci się z Anday’yą. Wicher zwala ludzi z nóg, tumany śniegu są takie, że nie widzisz nawet własnej ręki, a jeśli spluniesz pod wiatr, do dostaniesz w gębę grudką lodu. W górach, jak przychodzą wieści, że ktoś ugrzązł na szlaku i trzeba mu pomóc, to narzucasz kożuch i idziesz na ratunek. Ścierwem jest ten, który odmówi pomocy. Ale jak w połowie drogi widzisz, że nadciąga zamieć, to zawracasz. I nikt nie powie ci złego słowa, choćbyś porzucił rodzonego brata. Bo jest różnica między odwagą a samobójstwem. Rozumiesz. Robimy, co się da, żeby ocalić własnych ludzi. Ale nasza moc ma granice. A twoja?
A, więc o to chodziło w tej historyjce. Porucznik nadal próbował go wybadać. I mimo że Altsin wcale mu się nie dziwił, postanowił jeszcze trochę pozgrywać głupca.
— Nie rozumiem.
Oficer westchnął, oparł się o ścianę, która wciąż trzęsła się od uderzeń toporami, i kontynuował:
— Zważ, że nie zapytałem, czy możesz nam załatwić światło, Żołądź, bo gdybyś mógł, zapewne sam byś to zaproponował. Mam rację? To pozwoliłoby nam zaoszczędzić pochodnie, dało więcej czasu…
Altsin wzruszył ramionami. Nigdy jeszcze nie próbował wyczarowywać światła. Nie było potrzeby, bo jego wzrok ostatnio okazywał się zdumiewająco dobry. Ale nie miał najmniejszej ochoty uczyć się tego właśnie tu i teraz.
— Nie. Nie dam rady.
W rudej brodzie błysnęły zęby, ale nie był to wcale radosny i przyjacielski uśmiech.
— Może popełniłem błąd, namawiając cię, żebyś z nami zszedł, co? Tracę czas? Powiedz? Co potrafisz, czarowniku? Podpalać? Zamrażać? Rozmazać kogoś po ścianie? A może chociaż wyczuć zastawioną pułapkę? Czy może tylko ładnie żeglować małą łódką? — głos porucznika ścichł do szeptu, chyba po to, żeby nikt poza Altsinem nie słyszał kolejnych słów. — Jestem zmęczony, Żołądź, czy jak ci tam na imię. Moi ludzie giną jeden za drugim, mimo że staram się utrzymać ich przy życiu. Wyznaczyłem trzech z nich specjalnie do pilnowania twojej dupy i może się okazać, że któryś niepotrzebnie zginie, bo ty okażesz się bezużyteczną cipą. A wtedy przysięgam na Matkę, Byka i tę lodową dziwkę, która narobiła nam tylu kłopotów, że każę przywiązać ci solidny ciężar do stóp i wywalę za burtę. Więc powiedz mi albo pokaż, co umiesz, a jeśli nie, to wypieprzaj stąd na górę.
To byłoby nawet niezłe rozwiązanie. Cofnąć się korytarzem, wyjść spiralnymi schodami na powietrze i nie brać udziału w tym szaleństwie. Tylko jak ten zasrany oficerek cię nazwał? Bezużyteczną cipą?
Altsin miał wrażenie, że jego kręgosłup zamienił się w lodową kolumnę, z której zimno rozlewało się na resztę ciała. Sukinsyn. Pieprzony, zasrany, jębnięty w durny, wojskowy łeb kawał tępego kutasa.
Musiał przymknąć na chwilę oczy, zacisnąć z całych sił dłonie w pięści, wziąć długi oddech. Kim był ten żałosny oficerek? Mógłbym mu wyrwać serce i zmusić, by patrzył, jak bije mi w ręce, nim upadłby na ziemię i umarł.
Ale wtedy musiałbyś walczyć z każdym z jego żołnierzy. Każdym. Na śmierć i życie. Tego mu zazdrościsz? Takiej lojalności? To pragnienie Altsina Awendeha, tęskniącego do złodziejskich więzi Ligi Czapki, czy Bitewnej Pięści, pragnącego znaleźć sobie nowych czcicieli? Albo tęskniącego za braterstwem broni wykutym w walce.
Pieprzyć to.
Odwrócił się od porucznika i roztrącając żołnierzy, ruszył w stronę drzwi, które już zbyt długo blokowały im drogę.
Dwóch strażników waliło w nie toporami, ale czarne drewno, twardsze niż dąb, ani myślało się poddawać. Altsin wyciągnął rękę do najbliższego.
— Twój topór, żołnierzu.
Coś dziwnego musiał mieć w głosie, bo zdyszany mężczyzna bez słowa podał mu broń. To był wojskowy topór na dość krótkim drzewcu, z przedłużoną brodą i masywnym obuchem. Lepiej nadawał się do rozwalania głów niż rąbania drewna.