Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 181 182 183 184 185 186 187 188 189 ... 210
Перейти на страницу:

Do­oko­ła nich pod osło­ną dymu przy­bi­ja­ły inne tra­twy wy­peł­nio­ne po­wstań­ca­mi. Pię­ciu­set Uawa­ri Nahs i dwa puł­ki pie­cho­ty lą­do­wa­ły w ci­szy pół mili za li­nia­mi Ko­no­wer­czy­ków. Pra­wie pięć ty­się­cy lu­dzi. I albo uda im się wznie­cić pa­ni­kę, spło­szyć zwie­rzę­ta, pod­pa­lić obóz, albo zgi­ną.

Od ich pra­wej stro­ny, zza ścia­ny dymu, do­cho­dzi­ły stłu­mio­ne od­gło­sy wście­kłej wal­ki. Pora się przy­łą­czyć.

Gdzieś przed nimi roz­le­gło się par­ska­nie koni.

Uwa­re Lew uśmiech­nął się.

Rozdział 41

Scho­dzi­li co­raz ni­żej i ni­żej, je­den po­ziom, dru­gi i trze­ci. Mi­ja­li mniej­sze i więk­sze kom­na­ty, nie­mal wszyst­kie po­zba­wio­ne me­bli, co utwier­dza­ło Alt­si­na w prze­ko­na­niu, że sta­tek zo­stał roz­sza­bro­wa­ny i usu­nię­to z nie­go wszyst­ko, co nie było czę­ścią ży­wej kon­struk­cji. Usu­nię­to albo znisz­czo­no.

Im scho­dzi­li ni­żej, tym po­wie­trze sta­wa­ło się cięż­sze i cie­plej­sze. Miej­sca­mi na czar­nych ścia­nach skra­pla­ła się woda. Raz mi­nę­li salę, któ­rej su­fit po­ra­sta­ły ja­kieś fos­fo­ry­zu­ją­ce grzy­by. Je­śli sta­tek był ży­wym bó­stwem, to było to bar­dzo cho­re bó­stwo. Sła­be i umie­ra­ją­ce.

Psy wska­zy­wa­ły trop bez wa­ha­nia, sy­gna­li­zu­jąc też, jak twier­dził ich prze­wod­nik, że zbli­ża­ją się do celu. To była do­bra wia­do­mość, bo po ja­kiejś go­dzi­nie zu­ży­li już czter­na­ście po­chod­ni.

Wte­dy na dro­dze sta­nę­ły im pierw­sze drzwi za­mknię­te na głu­cho. Sze­ro­kie na czte­ry sto­py, ma­syw­ne jak zam­ko­wa fur­ta.

— To­po­ry! Raz, dwa! — pa­dła ko­men­da. — Bergh i Nur, zga­ście po­chod­nie. Oszczę­dza­my świa­tło.

Cięż­kie to­po­rzy­ska za­ło­mo­ta­ły o czar­ne drzwi z taką siłą, że cio­sy wpra­wia­ły w drże­nie pod­ło­gę.

Alt­sin prze­tarł spo­co­ne czo­ło.

— Mogę o coś za­py­tać?

Ofi­cer od­wró­cił się i spoj­rzał na zło­dzie­ja uważ­nie.

— Py­taj. Tyl­ko o żad­ne głu­po­ty.

— Na­praw­dę za­wró­cisz, gdy zu­ży­je­cie po­ło­wę po­chod­ni?

— Tak.

— To… zdu­mie­wa­ją­co roz­sąd­ne.

Po­rucz­nik wy­krzy­wił się, jak­by taki, było nie było, kom­ple­ment go ura­ził. Mil­czał chwi­lę, wciąż zmarsz­czo­ny, wresz­cie za­py­tał:

— Wi­dzia­łeś kie­dyś za­mieć w gó­rach?

— Co?

— Za­mieć, cza­row­ni­ku. Mó­wi­my wte­dy, że Dress kłó­ci się z An­day’yą. Wi­cher zwa­la lu­dzi z nóg, tu­ma­ny śnie­gu są ta­kie, że nie wi­dzisz na­wet wła­snej ręki, a je­śli splu­niesz pod wiatr, do do­sta­niesz w gębę grud­ką lodu. W gó­rach, jak przy­cho­dzą wie­ści, że ktoś ugrzązł na szla­ku i trze­ba mu po­móc, to na­rzu­casz ko­żuch i idziesz na ra­tu­nek. Ścier­wem jest ten, któ­ry od­mó­wi po­mo­cy. Ale jak w po­ło­wie dro­gi wi­dzisz, że nad­cią­ga za­mieć, to za­wra­casz. I nikt nie po­wie ci złe­go sło­wa, choć­byś po­rzu­cił ro­dzo­ne­go bra­ta. Bo jest róż­ni­ca mię­dzy od­wa­gą a sa­mo­bój­stwem. Ro­zu­miesz. Ro­bi­my, co się da, żeby oca­lić wła­snych lu­dzi. Ale na­sza moc ma gra­ni­ce. A two­ja?

A, więc o to cho­dzi­ło w tej hi­sto­ryj­ce. Po­rucz­nik na­dal pró­bo­wał go wy­ba­dać. I mimo że Alt­sin wca­le mu się nie dzi­wił, po­sta­no­wił jesz­cze tro­chę po­zgry­wać głup­ca.

— Nie ro­zu­miem.

Ofi­cer wes­tchnął, oparł się o ścia­nę, któ­ra wciąż trzę­sła się od ude­rzeń to­po­ra­mi, i kon­ty­nu­ował:

— Zważ, że nie za­py­ta­łem, czy mo­żesz nam za­ła­twić świa­tło, Żo­łądź, bo gdy­byś mógł, za­pew­ne sam byś to za­pro­po­no­wał. Mam ra­cję? To po­zwo­li­ło­by nam za­osz­czę­dzić po­chod­nie, dało wię­cej cza­su…

Alt­sin wzru­szył ra­mio­na­mi. Ni­g­dy jesz­cze nie pró­bo­wał wy­cza­ro­wy­wać świa­tła. Nie było po­trze­by, bo jego wzrok ostat­nio oka­zy­wał się zdu­mie­wa­ją­co do­bry. Ale nie miał naj­mniej­szej ocho­ty uczyć się tego wła­śnie tu i te­raz.

— Nie. Nie dam rady.

W ru­dej bro­dzie bły­snę­ły zęby, ale nie był to wca­le ra­do­sny i przy­ja­ciel­ski uśmiech.

— Może po­peł­ni­łem błąd, na­ma­wia­jąc cię, że­byś z nami zszedł, co? Tra­cę czas? Po­wiedz? Co po­tra­fisz, cza­row­ni­ku? Pod­pa­lać? Za­mra­żać? Roz­ma­zać ko­goś po ścia­nie? A może cho­ciaż wy­czuć za­sta­wio­ną pu­łap­kę? Czy może tyl­ko ład­nie że­glo­wać małą łód­ką? — głos po­rucz­ni­ka ścichł do szep­tu, chy­ba po to, żeby nikt poza Alt­si­nem nie sły­szał ko­lej­nych słów. — Je­stem zmę­czo­ny, Żo­łądź, czy jak ci tam na imię. Moi lu­dzie giną je­den za dru­gim, mimo że sta­ram się utrzy­mać ich przy ży­ciu. Wy­zna­czy­łem trzech z nich spe­cjal­nie do pil­no­wa­nia two­jej dupy i może się oka­zać, że któ­ryś nie­po­trzeb­nie zgi­nie, bo ty oka­żesz się bez­u­ży­tecz­ną cipą. A wte­dy przy­się­gam na Mat­kę, Byka i tę lo­do­wą dziw­kę, któ­ra na­ro­bi­ła nam tylu kło­po­tów, że każę przy­wią­zać ci so­lid­ny cię­żar do stóp i wy­wa­lę za bur­tę. Więc po­wiedz mi albo po­każ, co umiesz, a je­śli nie, to wy­pie­przaj stąd na górę.

To by­ło­by na­wet nie­złe roz­wią­za­nie. Cof­nąć się ko­ry­ta­rzem, wyjść spi­ral­ny­mi scho­da­mi na po­wie­trze i nie brać udzia­łu w tym sza­leń­stwie. Tyl­ko jak ten za­sra­ny ofi­ce­rek cię na­zwał? Bez­u­ży­tecz­ną cipą?

Alt­sin miał wra­że­nie, że jego krę­go­słup za­mie­nił się w lo­do­wą ko­lum­nę, z któ­rej zim­no roz­le­wa­ło się na resz­tę cia­ła. Su­kin­syn. Pie­przo­ny, za­sra­ny, jęb­nię­ty w dur­ny, woj­sko­wy łeb ka­wał tę­pe­go ku­ta­sa.

Mu­siał przy­mknąć na chwi­lę oczy, za­ci­snąć z ca­łych sił dło­nie w pię­ści, wziąć dłu­gi od­dech. Kim był ten ża­ło­sny ofi­ce­rek? Mógł­bym mu wy­rwać ser­ce i zmu­sić, by pa­trzył, jak bije mi w ręce, nim upadł­by na zie­mię i umarł.

Ale wte­dy mu­siał­byś wal­czyć z każ­dym z jego żoł­nie­rzy. Każ­dym. Na śmierć i ży­cie. Tego mu za­zdro­ścisz? Ta­kiej lo­jal­no­ści? To pra­gnie­nie Alt­si­na Awen­de­ha, tę­sk­nią­ce­go do zło­dziej­skich wię­zi Ligi Czap­ki, czy Bi­tew­nej Pię­ści, pra­gną­ce­go zna­leźć so­bie no­wych czci­cie­li? Albo tę­sk­nią­ce­go za bra­ter­stwem bro­ni wy­ku­tym w wal­ce.

Pie­przyć to.

Od­wró­cił się od po­rucz­ni­ka i roz­trą­ca­jąc żoł­nie­rzy, ru­szył w stro­nę drzwi, któ­re już zbyt dłu­go blo­ko­wa­ły im dro­gę.

Dwóch straż­ni­ków wa­li­ło w nie to­po­ra­mi, ale czar­ne drew­no, tward­sze niż dąb, ani my­śla­ło się pod­da­wać. Alt­sin wy­cią­gnął rękę do naj­bliż­sze­go.

— Twój to­pór, żoł­nie­rzu.

Coś dziw­ne­go mu­siał mieć w gło­sie, bo zdy­sza­ny męż­czy­zna bez sło­wa po­dał mu broń. To był woj­sko­wy to­pór na dość krót­kim drzew­cu, z prze­dłu­żo­ną bro­dą i ma­syw­nym obu­chem. Le­piej nada­wał się do roz­wa­la­nia głów niż rą­ba­nia drew­na.

1 ... 181 182 183 184 185 186 187 188 189 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)