Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 177 178 179 180 181 182 183 184 185 ... 210
Перейти на страницу:

Zdą­żył jesz­cze ciąć pro­ca­rza w gło­wę i wpa­dli w roz­pro­szo­nych pie­szych.

Przez chwi­lę oba­la­li bun­tow­ni­ków sa­mym pę­dem, ko­nie gry­zły i tra­to­wa­ły ich z za­ja­dło­ścią szko­lo­nych do wal­ki zwie­rząt. Sło­wik ude­rzył z le­wej, z pra­wej, chla­snął po rę­kach osła­nia­ją­cych ja­sną gło­wę, od­bił tar­czą cios wy­mie­rzo­ny po­sta­wio­ną na sztorc kosą i szty­chem tra­fił ko­sy­nie­ra w twarz. Męż­czy­zna za­wył i upadł na ko­la­na, inny jeź­dziec z per­dii stra­to­wał go w peł­nym ga­lo­pie.

— Uwa­ga­aa!

Grest zer­k­nął w stro­nę, w któ­rą po­ka­zy­wał krzy­czą­cy, i na­tych­miast zo­rien­to­wał się, o co cho­dzi.

Bun­tow­ni­cy roz­pię­li czę­ścio­wo ta­bor i zza wo­zów wy­pa­dło kil­ka se­tek kon­ni­cy, pę­dząc na po­moc pie­cho­cie.

Wo­jow­ni­cy Rodu Sło­wi­ka star­li się już kil­ka razy z jaz­dą Krwa­we­go Ka­hel­le i mie­li o niej jak naj­lep­sze zda­nie. Po­wstań­cy rzad­ko zdo­by­wa­li ko­nie bo­jo­we, więc wsa­dza­li na nie naj­lep­szych jeźdź­ców. Do tego uzbra­ja­li ich w naj­lep­szą zdo­bycz­ną broń, pan­ce­rze i heł­my.

No na­resz­cie! God­ny prze­ciw­nik!

Trąb­ka osa­dzi­ła ich od­dział w miej­scu, dała kil­ka ude­rzeń ser­ca na wy­rów­na­nie szy­ku. Ode­rwa­li się od pie­cho­ty i ru­nę­li na spo­tka­nie bun­tow­ni­ków.

Ru­szy­li ga­lo­pem, a od­le­głość mię­dzy nimi a szar­żu­ją­cą kon­ni­cą nie­wol­ni­ków ma­la­ła w oczach. Per­dia pę­dzi­ła co­raz szyb­ciej i szyb­ciej, ko­nie prze­szły w cwał, wy­cią­gnę­ły się przy zie­mi, już wi­dzie­li błysk oczu nie­przy­ja­cie­la.

Trąb­ka za­brzmia­ła do­no­śnie i tuż przez zde­rze­niem zwar­li się w sze­ro­ką na kil­ka­dzie­siąt koni ścia­nę sta­li, chra­pów i ko­pyt.

Ude­rzy­li! Pier­sią w pierś, łbem o łeb. Wierz­chow­ce oba­la­ły się na zie­mię albo sta­wa­ły dęba, młó­cąc no­ga­mi i się­ga­jąc ku in­nym ko­niom okrwa­wio­ny­mi zę­ba­mi. Wizg, kwik, rże­nie po­prze­dzi­ły o pół mgnie­nia oka brzęk sta­li.

Grest spa­ro­wał cios sza­blą, z bli­ska trza­snął prze­ciw­ni­ka gło­wi­cą w twarz, aż tam­ten zwa­lił się z ko­nia, przy­jął po­tęż­ne ude­rze­nie to­po­rem na tar­czę, skon­tro­wał, chy­bił i już prze­bi­li się przez li­nię wro­giej ka­wa­le­rii.

Nie­wol­ni­ków nie było zbyt wie­lu.

Zer­k­nął w pra­wo. Nie­ata­ko­wa­na już pie­cho­ta ucie­ka­ła w nie­ła­dzie, lecz jej spo­ra część ze­bra­ła się w kupę i naj­wy­raź­niej mia­ła za­miar iść na po­moc jeź­dzie. Zza pierw­sze­go wału wy­ło­nił się licz­ny od­dział pi­ki­nie­rów i też ru­szył ku nim.

Nie­waż­ne. Skoń­czą tu, nim po­wol­ni pie­chu­rzy do­czła­pią na miej­sce.

Ką­tem oka do­strzegł ruch, od­wró­cił się, jed­no­cze­śnie uno­sząc tar­czę i wy­ko­nu­jąc roz­pacz­li­we pchnię­cie w pierś wro­ga.

Tra­fił go pro­sto w ser­ce.

I za­marł.

* * *

Głu­pi lu­dzie po­wia­da­ją, że ta­kie rze­czy nie po­win­ny się zda­rzać. Nie, je­śli na świe­cie ist­nie­je coś ta­kie­go jak spra­wie­dli­wość, ład i po­rzą­dek. Lecz mą­drzy mó­wią, że nie ma co pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem, a spra­wie­dli­wość i ład ist­nie­ją tyl­ko tam, gdzie lu­dzie są dość roz­sąd­ni i sil­ni, by je pie­lę­gno­wać.

Mat­ka na­zwa­ła go Oher, po­noć po ojcu jej dziad­ka. Wy­cho­wy­wał się na plan­ta­cji, któ­rej wła­ści­ciel oprócz dro­go­cen­nych przy­praw ho­do­wał też ko­nie. A on za­wsze miał rękę do koni.

Taki dar.

Do­ra­stał na plan­ta­cji, naj­pierw po­ma­ga­jąc w staj­ni, czysz­cząc bok­sy i szczot­ku­jąc ko­nie, a póź­niej, gdy jego pan roz­po­znał sa­mo­rod­ny ta­lent, ujeż­dża­jąc dwu- i trzy­lat­ki oraz ści­ga­jąc się w za­wo­dach or­ga­ni­zo­wa­nych przez znu­dzo­ną szlach­tę. Ni­g­dy nie pró­bo­wał ucie­kać, na­wet do­sia­da­jąc naj­szyb­sze­go ko­nia w oko­li­cy, bo jego bli­scy po­nie­śli­by karę.

Po­tem zmar­ła mu mat­ka, w rok póź­niej oj­ciec.

Wła­ści­ciel do­ce­nił jego umie­jęt­no­ści i pod­niósł ran­gę do po­piel­ne­go, zmie­nił ob­ro­żę z że­la­znej na skó­rza­ną, pod­bi­tą atła­sem. Ale ob­ro­ża to ob­ro­ża, więc gdy wy­bu­chło po­wsta­nie, Oher do­siadł ko­nia i uciekł ra­zem z brać­mi i ich żo­na­mi.

Do­wód­cy po­wstań­czej ka­wa­le­rii wy­star­czy­ło tyl­ko rzu­cić okiem na zbie­ga, by zo­sta­wić go na ko­niu, dać pan­cerz, hełm i to­pór do ręki.

Od tego cza­su wie­le go­dzin dzien­nie uczył się ro­bić bro­nią, poza tym słu­żył jako go­niec i zwia­dow­ca. Raz na­wet wziął udział w praw­dzi­wej po­tycz­ce, w któ­rej uda­ło mu się nie zgi­nąć.

A te­raz wo­kół sza­la­ła śmierć, jego to­wa­rzy­sze wal­czy­li ze Sło­wi­ka­mi, by dać za­sra­nej pie­cho­cie czas na uciecz­kę, a on sam miał przed sobą jed­ne­go z tych su­kin­sy­nów, któ­ry jak­by ni­g­dy nic za­trzy­mał się na chwi­lę i ga­pił na ich od­dzia­ły.

Oher spiął ko­nia i ru­szył na wro­ga, sta­jąc w strze­mio­nach dla za­da­nia moc­niej­sze­go cio­su. Tam­ten od­wró­cił się, tknię­ty ja­kimś prze­czu­ciem, pró­bo­wał unieść tar­czę, ale Oher ude­rzył z ca­łej siły, na­pę­dza­ny stra­chem i wście­kło­ścią. I na­wet gdy zo­ba­czył twarz tego dru­gie­go, gdy ogar­nął go gra­ni­czą­cy ze śmier­cią stu­por, a coś po­ca­ło­wa­ło pro­sto w ser­ce, nie zdo­łał po­wstrzy­mać cio­su, bo cięż­ki to­pór już ciął po­wie­trze.

Do­się­gnął tam­te­go po­nad kra­wę­dzią zbyt ni­sko unie­sio­nej tar­czy, roz­rą­bu­jąc mu szy­ję tuż przy oboj­czy­ku.

* * *

Kie­dyś, za­nim tra­fił do ahy­ry, miał bra­ta, z któ­rym lu­bił się ba­wić. Byli pra­wie nie­roz­łącz­ni, wia­do­mo – bliź­nia­cy. Po la­tach pra­wie o nim za­po­mniał, o bra­cie z taką samą twa­rzą. W gnieź­dzie spo­tkał no­wych bra­ci. W świe­cie dziec­ka nie­wol­ni­ków ta­kie rze­czy nie były ni­czym nie­zwy­kłym.

Kie­dyś miał bra­ta, któ­re­go sprze­da­no jak wo­re­czek pie­przu, choć za znacz­nie niż­szą cenę. Byli pra­wie nie­roz­łącz­ni, wia­do­mo – bliź­nia­cy. Po la­tach pra­wie o nim za­po­mniał, o bra­cie z taką samą twa­rzą. W świe­cie dziec­ka nie­wol­ni­ków lu­dzie bez prze­rwy po­ja­wia­li się i zni­ka­li.

* * *

Opo­wia­da­no so­bie póź­niej, że po­środ­ku pola bi­twy, mię­dzy po­zy­cja­mi Sło­wi­ków a ta­bo­rem nie­wol­ni­czej ar­mii, sta­ły przez ja­kiś czas dwa ko­nie. Ich jeźdź­cy byli mar­twi, ale pa­dli so­bie w ra­mio­na, szcze­pie­ni w uści­sku, jak­by je­den sta­rał się po­wstrzy­mać dru­gie­go przed upad­kiem, a ich wierz­chow­ce na­wet nie pró­bo­wa­ły się ru­szyć z miej­sca.

1 ... 177 178 179 180 181 182 183 184 185 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)