Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Zdążył jeszcze ciąć procarza w głowę i wpadli w rozproszonych pieszych.
Przez chwilę obalali buntowników samym pędem, konie gryzły i tratowały ich z zajadłością szkolonych do walki zwierząt. Słowik uderzył z lewej, z prawej, chlasnął po rękach osłaniających jasną głowę, odbił tarczą cios wymierzony postawioną na sztorc kosą i sztychem trafił kosyniera w twarz. Mężczyzna zawył i upadł na kolana, inny jeździec z perdii stratował go w pełnym galopie.
— Uwagaaa!
Grest zerknął w stronę, w którą pokazywał krzyczący, i natychmiast zorientował się, o co chodzi.
Buntownicy rozpięli częściowo tabor i zza wozów wypadło kilka setek konnicy, pędząc na pomoc piechocie.
Wojownicy Rodu Słowika starli się już kilka razy z jazdą Krwawego Kahelle i mieli o niej jak najlepsze zdanie. Powstańcy rzadko zdobywali konie bojowe, więc wsadzali na nie najlepszych jeźdźców. Do tego uzbrajali ich w najlepszą zdobyczną broń, pancerze i hełmy.
No nareszcie! Godny przeciwnik!
Trąbka osadziła ich oddział w miejscu, dała kilka uderzeń serca na wyrównanie szyku. Oderwali się od piechoty i runęli na spotkanie buntowników.
Ruszyli galopem, a odległość między nimi a szarżującą konnicą niewolników malała w oczach. Perdia pędziła coraz szybciej i szybciej, konie przeszły w cwał, wyciągnęły się przy ziemi, już widzieli błysk oczu nieprzyjaciela.
Trąbka zabrzmiała donośnie i tuż przez zderzeniem zwarli się w szeroką na kilkadziesiąt koni ścianę stali, chrapów i kopyt.
Uderzyli! Piersią w pierś, łbem o łeb. Wierzchowce obalały się na ziemię albo stawały dęba, młócąc nogami i sięgając ku innym koniom okrwawionymi zębami. Wizg, kwik, rżenie poprzedziły o pół mgnienia oka brzęk stali.
Grest sparował cios szablą, z bliska trzasnął przeciwnika głowicą w twarz, aż tamten zwalił się z konia, przyjął potężne uderzenie toporem na tarczę, skontrował, chybił i już przebili się przez linię wrogiej kawalerii.
Niewolników nie było zbyt wielu.
Zerknął w prawo. Nieatakowana już piechota uciekała w nieładzie, lecz jej spora część zebrała się w kupę i najwyraźniej miała zamiar iść na pomoc jeździe. Zza pierwszego wału wyłonił się liczny oddział pikinierów i też ruszył ku nim.
Nieważne. Skończą tu, nim powolni piechurzy doczłapią na miejsce.
Kątem oka dostrzegł ruch, odwrócił się, jednocześnie unosząc tarczę i wykonując rozpaczliwe pchnięcie w pierś wroga.
Trafił go prosto w serce.
I zamarł.
* * *
Głupi ludzie powiadają, że takie rzeczy nie powinny się zdarzać. Nie, jeśli na świecie istnieje coś takiego jak sprawiedliwość, ład i porządek. Lecz mądrzy mówią, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a sprawiedliwość i ład istnieją tylko tam, gdzie ludzie są dość rozsądni i silni, by je pielęgnować.
Matka nazwała go Oher, ponoć po ojcu jej dziadka. Wychowywał się na plantacji, której właściciel oprócz drogocennych przypraw hodował też konie. A on zawsze miał rękę do koni.
Taki dar.
Dorastał na plantacji, najpierw pomagając w stajni, czyszcząc boksy i szczotkując konie, a później, gdy jego pan rozpoznał samorodny talent, ujeżdżając dwu- i trzylatki oraz ścigając się w zawodach organizowanych przez znudzoną szlachtę. Nigdy nie próbował uciekać, nawet dosiadając najszybszego konia w okolicy, bo jego bliscy ponieśliby karę.
Potem zmarła mu matka, w rok później ojciec.
Właściciel docenił jego umiejętności i podniósł rangę do popielnego, zmienił obrożę z żelaznej na skórzaną, podbitą atłasem. Ale obroża to obroża, więc gdy wybuchło powstanie, Oher dosiadł konia i uciekł razem z braćmi i ich żonami.
Dowódcy powstańczej kawalerii wystarczyło tylko rzucić okiem na zbiega, by zostawić go na koniu, dać pancerz, hełm i topór do ręki.
Od tego czasu wiele godzin dziennie uczył się robić bronią, poza tym służył jako goniec i zwiadowca. Raz nawet wziął udział w prawdziwej potyczce, w której udało mu się nie zginąć.
A teraz wokół szalała śmierć, jego towarzysze walczyli ze Słowikami, by dać zasranej piechocie czas na ucieczkę, a on sam miał przed sobą jednego z tych sukinsynów, który jakby nigdy nic zatrzymał się na chwilę i gapił na ich oddziały.
Oher spiął konia i ruszył na wroga, stając w strzemionach dla zadania mocniejszego ciosu. Tamten odwrócił się, tknięty jakimś przeczuciem, próbował unieść tarczę, ale Oher uderzył z całej siły, napędzany strachem i wściekłością. I nawet gdy zobaczył twarz tego drugiego, gdy ogarnął go graniczący ze śmiercią stupor, a coś pocałowało prosto w serce, nie zdołał powstrzymać ciosu, bo ciężki topór już ciął powietrze.
Dosięgnął tamtego ponad krawędzią zbyt nisko uniesionej tarczy, rozrąbując mu szyję tuż przy obojczyku.
* * *
Kiedyś, zanim trafił do ahyry, miał brata, z którym lubił się bawić. Byli prawie nierozłączni, wiadomo – bliźniacy. Po latach prawie o nim zapomniał, o bracie z taką samą twarzą. W gnieździe spotkał nowych braci. W świecie dziecka niewolników takie rzeczy nie były niczym niezwykłym.
Kiedyś miał brata, którego sprzedano jak woreczek pieprzu, choć za znacznie niższą cenę. Byli prawie nierozłączni, wiadomo – bliźniacy. Po latach prawie o nim zapomniał, o bracie z taką samą twarzą. W świecie dziecka niewolników ludzie bez przerwy pojawiali się i znikali.
* * *
Opowiadano sobie później, że pośrodku pola bitwy, między pozycjami Słowików a taborem niewolniczej armii, stały przez jakiś czas dwa konie. Ich jeźdźcy byli martwi, ale padli sobie w ramiona, szczepieni w uścisku, jakby jeden starał się powstrzymać drugiego przed upadkiem, a ich wierzchowce nawet nie próbowały się ruszyć z miejsca.