Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 178 179 180 181 182 183 184 185 186 ... 210
Перейти на страницу:

Po­dob­no na ich iden­tycz­nych twa­rzach wi­dać było śla­dy łez.

* * *

— Ile razy jesz­cze za­mie­rzasz po­słać ich do ata­ku? Ilu jesz­cze musi zgi­nąć? Cały twój plan bę­dzie moż­na o kant dupy roz­bić, jak brak­nie nam lu­dzi!

Pore Lun Dha­ro sa­pał i dy­szał, a bły­ska­wi­ce wy­ta­tu­owa­ne na jego pier­si zda­wa­ły się wić. W ostat­nim ata­ku rzu­cił swo­je skrom­ne siły do szar­ży na do­brze po­nad dwa ty­sią­ce Sło­wi­ków, na­cie­ra­ją­cych na od­dzia­ły wal­czą­ce w cen­trum z ko­no­wer­ską pie­cho­tą. Cze­ka­li na to, bo jak na iro­nię to ko­py­ta koni ko­no­wer­skiej jaz­dy mia­ły spraw­dzić, czy grunt przed ta­bo­rem na­da­je się do ata­ku. Lecz i tak nie­mal dali się za­sko­czyć, gdy sta­lo­we sze­re­gi ru­szy­ły z miej­sca i za­ta­cza­jąc łuk, ude­rzy­ły na po­wstań­czą pie­cho­tę.

Pra­wie uda­ło im się wbić w bok Puł­ku Lisa. Były Bły­ska­wi­ca za­re­ago­wał w ostat­niej chwi­li, jego pię­ciu­set jeźdź­ców sko­czy­ło na ata­ku­ją­cych Sło­wi­ków, zmu­si­ło ich do kontr­szar­ży, co dało czas pie­cho­cie na wy­co­fa­nie się pod osło­ną strzel­ców i pi­ki­nie­rów.

Ale nie­wie­le bra­ko­wa­ło. Do­słow­nie kil­ku chwil.

A i tak po­nad set­ka jeźdź­ców Lun Dha­ro zo­sta­ła na polu bi­twy. A dru­gie tyle było ran­nych, w tym on sam, sie­dzą­cy te­raz w szta­bo­wym na­mio­cie przed Ka­he­lem-saw-Kir­hu bez pan­ce­rza i heł­mu, z lewą ręką owi­nię­tą ban­da­żem i z wście­kło­ścią wy­pi­sa­ną na ob­li­czu.

— Zrób wresz­cie, co za­pla­no­wa­no, i niech ta bi­twa się skoń­czy.

Do­wód­ca po­wstań­czej ar­mii po­wi­tał go w na­mio­cie tyl­ko dla­te­go, by nie kłó­cić się z ko­czow­ni­kiem na oczach ca­łej ar­mii. Był spo­koj­ny. Jak sama śmierć.

— Bi­twę mogę za­koń­czyć na­wet te­raz — po­wie­dział ci­cho. — Wy­star­czy, że się wy­co­fa­my. Tyl­ko co po­tem? Pój­dą za nami, a nie znaj­dzie­my lep­sze­go miej­sca na ko­lej­ne star­cie. Kor’ben po­trze­bu­je jesz­cze tro­chę cza­su. Ku­pu­je­my mu go.

— Ten cho­ler­ny Ver­dan­no…

— Ten cho­ler­ny Ver­dan­no wła­śnie skoń­czył — roz­legł się głos Ol­he­wa­ra i Wo­zak wkro­czył do na­mio­tu. — Nie­do­brze jest, gdy głów­no­do­wo­dzą­cy zni­ka żoł­nie­rzom z oczu.

— Nie będę z nim dys­ku­to­wał na oczach wszyst­kich. A ra­czej nie będę wy­słu­chi­wał jego wrza­sków. Ile przy­go­to­wa­łeś?

— Sto tratw i wszyst­kie pięć­set wo­zów. Zwia­dow­cy mó­wią, że idzie do­bry wiatr. Z za­cho­du.

Wszy­scy trzej wy­mie­ni­li spoj­rze­nia i uśmiech­nę­li się sze­ro­ko.

Ist­nie­ją dwa naj­lep­sze spo­so­by, by za­mknąć wro­gą ar­mię w ko­tle. Pierw­szy to zmu­sić ją do ata­ku, prze­ko­nać o nad­cho­dzą­cym zwy­cię­stwie i co­fać śro­dek szyb­ciej niż skrzy­dła. Dru­gi to zajść ją z bo­ków. Tyl­ko czy da się to zro­bić pie­cho­tą prze­ciw woj­skom skła­da­ją­cym się w po­ło­wie z jaz­dy? W cią­gu naj­da­lej go­dzi­ny mie­li po­znać od­po­wiedź na to py­ta­nie. Saw-Kir­hu zer­k­nął na Bły­ska­wi­cę.

— Dasz radę wsiąść na ko­nia?

Obaj wie­dzie­li, że nie cho­dzi o wsia­da­nie, ale o do­wo­dze­nie w bi­twie. Pore Lun Dha­ro uśmiech­nął się wil­czo.

— Spró­buj mnie po­wstrzy­mać.

* * *

— Do­brze! Ko­niec zmia­ny! Szy­ko­wać się!

Kos­se Olu­wer pchnął już goń­ców, gdzie trze­ba, wy­dał też wszyst­kie roz­ka­zy, ja­kie mógł wy­dać, więc te­raz tyl­ko prze­cha­dzał się w tyl­nych sze­re­gach i grzmiał. Niech jego chłop­cy wie­dzą, że do­wód­ca czu­wa.

Kil­ka razy zlu­zo­wa­li już przed­nie bry­tah, więc w tej chwi­li pra­wie po­ło­wa Ba­wo­łów mia­ła za sobą bez­po­śred­ni udział w wal­ce. I spi­sa­ła się świet­nie. Był z nich dum­ny jak ni­g­dy do­tąd, na­wet Ko­tły skła­da­ją­ce się w więk­szo­ści z mło­dzi­ków, z Cie­ląt, któ­re nie ukoń­czy­ły jesz­cze peł­ne­go szko­le­nia, sta­ły ni­czym ska­ła.

Ta bi­twa bę­dzie zwy­cię­stwem Rodu Ba­wo­ła i nikt nie od­bie­rze im chwa­ły.

Na­gle po­czuł drże­nie zie­mi pod sto­pa­mi i padł na nie­go ol­brzy­mi cień.

Ma­ahir za­trzy­mał się tuż za af’ge­mi­dem Ba­wo­łów, za­wa­chlo­wał usza­mi i za­trą­bił ogłu­sza­ją­co. A jego kor­nak szcze­rzył się z góry jak sza­lo­ny.

I za­nim Kos­se Olu­wer zdo­łał otwo­rzyć usta, Pani Oka zsu­nę­ła się po sznu­ro­wej dra­bin­ce i sta­nę­ła na zie­mi.

— Jak sy­tu­acja?

Ba­wół na­brał po­wie­trza, go­tów do wy­gło­sze­nia dłuż­szej ty­ra­dy. Co ona so­bie, na Żar w Ser­cu Aga­ra, my­śla­ła?

— Na­wet nie pró­buj — wark­nę­ła ci­cho, groź­nie. — Nie je­stem w na­stro­ju. Sam ka­za­łeś przy­go­to­wać dla mnie sło­nia.

— Ale z my­ślą, że bę­dziesz po­ru­szać się po grzbie­cie wzgó­rza, pani! O, gdzieś tam. — Wska­zał punkt sto jar­dów za nimi. — Tu jest nie­bez­piecz­nie.

— Do­la­tu­ją tu strza­ły albo ka­mie­nie?

— Nie, ale to nie zna­czy, że nie je­ste­śmy w za­się­gu zdol­ne­go pro­ca­rza. A Ma­ahi­ra trud­no nie za­uwa­żyć.

— I zda­je się, że wła­śnie o to ci cho­dzi­ło, Kos­se. — De­ana d’Klle­an po­ma­cha­ła do krę­cą­cych się przy ba­li­stach żoł­nie­rzy, a naj­bliż­szy z nich upu­ścił wiąz­kę beł­tów. — Mia­łam być wi­docz­na, a jed­no­cze­śnie od­le­gła. Lecz Sa­miy nie słu­cha two­ich roz­ka­zów, tyl­ko mo­ich. Ile jesz­cze mo­że­my tu trzy­mać?

Wzru­szył ra­mio­na­mi, po­brzę­ku­jąc zbro­ją.

— Ile trze­ba, pani. Nie zu­ży­li­śmy jesz­cze pią­tej czę­ści po­ci­sków do ma­chin, a cza­row­ni­cy na­wet się nie spo­ci­li. Mó­wią, że to naj­ła­twiej­sza bi­twa, jaką w ży­ciu sto­czy­li.

— I pew­nie wy­da­ją już w my­ślach za­ro­bio­ne zło­to. Pa­mię­tasz roz­ka­zy? Te o jeń­cach?

— Brać.

— No wła­śnie. A masz już ja­kichś? Bo Sam­po­re twier­dzi, że ża­den nie­wol­nik nie dał się schwy­tać żyw­cem.

— Oko­ło czter­dzie­stu. Więk­szość cięż­ko ran­na. Po­trze­bu­jesz ję­zy­ka, pani? Mogę ka­zać roz­grzać że­la­zo.

Wy­ko­na­ła gest, któ­ry nie­wie­le mu mó­wił.

— Nie. Nie trze­ba. Ale przy­po­mi­nam, że nie chcę bez­sen­sow­nej rze­zi na ko­niec. Nie chcę wie­czo­rem krztu­sić się dy­mem z ty­się­cy sto­sów.

— Ro­zu­miem, ale Agar…

— Czu­ję, że jest w ła­ska­wym na­stro­ju. Chcesz się ze mną o to kłó­cić?

— Nie, pani.

Jak ona to robi?, po­my­ślał. Pa­mię­tał De­anę d’Klle­an z pierw­sze­go spo­tka­nia, za­raz po tym, jak zo­sta­ła wy­nie­sio­na do wła­dzy. Spra­wia­ła wra­że­nie przy­tło­czo­nej i lek­ko prze­ra­żo­nej tym, co się wo­kół dzia­ło. A te­raz? Mó­wił do niej „pani”, bo tak było trze­ba, ale też czuł, że „pani” to naj­wła­ściw­sze sło­wo, ja­kim na­le­ża­ło się zwra­cać do tej ko­bie­ty.

Prze­rwał mu tę­tent ko­pyt.

— Dy­y­y­ym! Dym na pra­wym skrzy­dle! — Go­niec osa­dził ko­nia i wi­dząc Pło­mień Aga­ra, ze­sko­czył z sio­dła. — Pani, af’ge­mi­dzie, bun­tow­ni­cy wzno­szą za­sło­nę z dymu na­prze­ciw na­sze­go ta­bo­ru!

1 ... 178 179 180 181 182 183 184 185 186 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)