Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Podobno na ich identycznych twarzach widać było ślady łez.
* * *
— Ile razy jeszcze zamierzasz posłać ich do ataku? Ilu jeszcze musi zginąć? Cały twój plan będzie można o kant dupy rozbić, jak braknie nam ludzi!
Pore Lun Dharo sapał i dyszał, a błyskawice wytatuowane na jego piersi zdawały się wić. W ostatnim ataku rzucił swoje skromne siły do szarży na dobrze ponad dwa tysiące Słowików, nacierających na oddziały walczące w centrum z konowerską piechotą. Czekali na to, bo jak na ironię to kopyta koni konowerskiej jazdy miały sprawdzić, czy grunt przed taborem nadaje się do ataku. Lecz i tak niemal dali się zaskoczyć, gdy stalowe szeregi ruszyły z miejsca i zataczając łuk, uderzyły na powstańczą piechotę.
Prawie udało im się wbić w bok Pułku Lisa. Były Błyskawica zareagował w ostatniej chwili, jego pięciuset jeźdźców skoczyło na atakujących Słowików, zmusiło ich do kontrszarży, co dało czas piechocie na wycofanie się pod osłoną strzelców i pikinierów.
Ale niewiele brakowało. Dosłownie kilku chwil.
A i tak ponad setka jeźdźców Lun Dharo została na polu bitwy. A drugie tyle było rannych, w tym on sam, siedzący teraz w sztabowym namiocie przed Kahelem-saw-Kirhu bez pancerza i hełmu, z lewą ręką owiniętą bandażem i z wściekłością wypisaną na obliczu.
— Zrób wreszcie, co zaplanowano, i niech ta bitwa się skończy.
Dowódca powstańczej armii powitał go w namiocie tylko dlatego, by nie kłócić się z koczownikiem na oczach całej armii. Był spokojny. Jak sama śmierć.
— Bitwę mogę zakończyć nawet teraz — powiedział cicho. — Wystarczy, że się wycofamy. Tylko co potem? Pójdą za nami, a nie znajdziemy lepszego miejsca na kolejne starcie. Kor’ben potrzebuje jeszcze trochę czasu. Kupujemy mu go.
— Ten cholerny Verdanno…
— Ten cholerny Verdanno właśnie skończył — rozległ się głos Olhewara i Wozak wkroczył do namiotu. — Niedobrze jest, gdy głównodowodzący znika żołnierzom z oczu.
— Nie będę z nim dyskutował na oczach wszystkich. A raczej nie będę wysłuchiwał jego wrzasków. Ile przygotowałeś?
— Sto tratw i wszystkie pięćset wozów. Zwiadowcy mówią, że idzie dobry wiatr. Z zachodu.
Wszyscy trzej wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się szeroko.
Istnieją dwa najlepsze sposoby, by zamknąć wrogą armię w kotle. Pierwszy to zmusić ją do ataku, przekonać o nadchodzącym zwycięstwie i cofać środek szybciej niż skrzydła. Drugi to zajść ją z boków. Tylko czy da się to zrobić piechotą przeciw wojskom składającym się w połowie z jazdy? W ciągu najdalej godziny mieli poznać odpowiedź na to pytanie. Saw-Kirhu zerknął na Błyskawicę.
— Dasz radę wsiąść na konia?
Obaj wiedzieli, że nie chodzi o wsiadanie, ale o dowodzenie w bitwie. Pore Lun Dharo uśmiechnął się wilczo.
— Spróbuj mnie powstrzymać.
* * *
— Dobrze! Koniec zmiany! Szykować się!
Kosse Oluwer pchnął już gońców, gdzie trzeba, wydał też wszystkie rozkazy, jakie mógł wydać, więc teraz tylko przechadzał się w tylnych szeregach i grzmiał. Niech jego chłopcy wiedzą, że dowódca czuwa.
Kilka razy zluzowali już przednie brytah, więc w tej chwili prawie połowa Bawołów miała za sobą bezpośredni udział w walce. I spisała się świetnie. Był z nich dumny jak nigdy dotąd, nawet Kotły składające się w większości z młodzików, z Cieląt, które nie ukończyły jeszcze pełnego szkolenia, stały niczym skała.
Ta bitwa będzie zwycięstwem Rodu Bawoła i nikt nie odbierze im chwały.
Nagle poczuł drżenie ziemi pod stopami i padł na niego olbrzymi cień.
Maahir zatrzymał się tuż za af’gemidem Bawołów, zawachlował uszami i zatrąbił ogłuszająco. A jego kornak szczerzył się z góry jak szalony.
I zanim Kosse Oluwer zdołał otworzyć usta, Pani Oka zsunęła się po sznurowej drabince i stanęła na ziemi.
— Jak sytuacja?
Bawół nabrał powietrza, gotów do wygłoszenia dłuższej tyrady. Co ona sobie, na Żar w Sercu Agara, myślała?
— Nawet nie próbuj — warknęła cicho, groźnie. — Nie jestem w nastroju. Sam kazałeś przygotować dla mnie słonia.
— Ale z myślą, że będziesz poruszać się po grzbiecie wzgórza, pani! O, gdzieś tam. — Wskazał punkt sto jardów za nimi. — Tu jest niebezpiecznie.
— Dolatują tu strzały albo kamienie?
— Nie, ale to nie znaczy, że nie jesteśmy w zasięgu zdolnego procarza. A Maahira trudno nie zauważyć.
— I zdaje się, że właśnie o to ci chodziło, Kosse. — Deana d’Kllean pomachała do kręcących się przy balistach żołnierzy, a najbliższy z nich upuścił wiązkę bełtów. — Miałam być widoczna, a jednocześnie odległa. Lecz Samiy nie słucha twoich rozkazów, tylko moich. Ile jeszcze możemy tu trzymać?
Wzruszył ramionami, pobrzękując zbroją.
— Ile trzeba, pani. Nie zużyliśmy jeszcze piątej części pocisków do machin, a czarownicy nawet się nie spocili. Mówią, że to najłatwiejsza bitwa, jaką w życiu stoczyli.
— I pewnie wydają już w myślach zarobione złoto. Pamiętasz rozkazy? Te o jeńcach?
— Brać.
— No właśnie. A masz już jakichś? Bo Sampore twierdzi, że żaden niewolnik nie dał się schwytać żywcem.
— Około czterdziestu. Większość ciężko ranna. Potrzebujesz języka, pani? Mogę kazać rozgrzać żelazo.
Wykonała gest, który niewiele mu mówił.
— Nie. Nie trzeba. Ale przypominam, że nie chcę bezsensownej rzezi na koniec. Nie chcę wieczorem krztusić się dymem z tysięcy stosów.
— Rozumiem, ale Agar…
— Czuję, że jest w łaskawym nastroju. Chcesz się ze mną o to kłócić?
— Nie, pani.
Jak ona to robi?, pomyślał. Pamiętał Deanę d’Kllean z pierwszego spotkania, zaraz po tym, jak została wyniesiona do władzy. Sprawiała wrażenie przytłoczonej i lekko przerażonej tym, co się wokół działo. A teraz? Mówił do niej „pani”, bo tak było trzeba, ale też czuł, że „pani” to najwłaściwsze słowo, jakim należało się zwracać do tej kobiety.
Przerwał mu tętent kopyt.
— Dyyyym! Dym na prawym skrzydle! — Goniec osadził konia i widząc Płomień Agara, zeskoczył z siodła. — Pani, af’gemidzie, buntownicy wznoszą zasłonę z dymu naprzeciw naszego taboru!