Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 183 184 185 186 187 188 189 190 191 ... 210
Перейти на страницу:

— Za­mieć — wy­chry­piał. — Nad­cho­dzi za­mieć.

— Co?

Kil­ku żoł­nie­rzy zer­k­nę­ło na nie­go z za­sko­cze­niem, ale rudy ofi­cer oka­zał się nad­spo­dzie­wa­nie by­stry.

— Skąd wiesz?

— Uży­łem ma­gii i wiem. Pa­mię­ta­cie dro­gę na górę? Nie, o nic nie py­taj, po­rucz­ni­ku… — Od­chrząk­nął i splu­nął fleg­mą gę­stą jak okrę­to­wa smo­ła. — Pa­mię­ta­cie?

— Tak. Za­zna­cza­li­śmy ją.

— To do­brze. Otwo­rzę te drzwi i sam się prze­ko­nasz, o czym mó­wię. A po­tem mu­si­my bar­dzo szyb­ko się stąd wy­do­stać. Naj­le­piej bie­giem. Te­raz się cof­nij­cie.

Pod­szedł do ścia­ny, po­środ­ku któ­rej tkwi­ła fur­ta iden­tycz­na z tą, któ­rą przed chwi­lą wy­ła­mał. Bo ta kom­na­ta to po­ste­ru­nek straż­ni­czy… ostat­ni przed głów­ną kry­jów­ką be­stii. Je­śli straż­ni­cy mu­sie­li mieć pew­ność, że zro­bi­li wszyst­ko, co w ich mocy, żeby ra­to­wać kom­pa­nów, trud­no o lep­szy do­wód. Skrzy­wił się w chłod­nym uśmie­chu i na­wet nie pró­bo­wał się za­sta­na­wiać, czy­je to uczu­cie.

Tym ra­zem nie ba­wił się w wa­le­nie to­po­rem. Po pro­stu się­gnął po Moc, prze­kuł ją w świa­tło i ogień i pchnął na prze­szko­dę.

Wą­ski jak drzew­ce włócz­ni stru­mień roz­pa­lo­nej do bia­ło­ści ener­gii wy­try­snął spo­mię­dzy jego rąk i ude­rzył w drzwi, w mgnie­niu oka prze­pa­la­jąc je na wy­lot. Alt­sin roz­sze­rzał dło­nie, zwięk­sza­jąc sze­ro­kość stru­mie­nia do sto­py, dwóch, trzech, a drew­no marsz­czy­ło się i roz­pa­da­ło w pył, sma­ga­ne pie­kiel­nym ża­rem.

Po­wie­trze w kom­na­cie zgęst­nia­ło i w kil­ka chwil wy­peł­ni­ło się dy­mem, aż żoł­nie­rze za­czę­li prze­py­chać się do wyj­ścia, kasz­ląc i prze­cie­ra­jąc oczy. Nie zwa­żał na to.

Kla­snął w dło­nie, ga­sząc ogień, i od­wró­cił się, sta­jąc twa­rzą w twarz z do­wód­cą Szó­stej. Twar­dy skur­czy­byk.

— Mó­wi­łeś, że nie po­tra­fisz wy­cza­ro­wać świa­tła.

— Uwa­żasz, że to było świa­tło? — Alt­sin mach­nął ręką, prze­kształ­ca­jąc Moc w stru­mień po­wie­trza, a reszt­ki drzwi ra­zem w fu­try­ną po­le­cia­ły w ciem­ność.

I spa­dły na dół. Co naj­mniej kil­ka­dzie­siąt stóp po­ni­żej.

— Chodź, po­rucz­ni­ku, po­ka­żę ci two­ją za­mieć.

Ofi­cer pod­szedł, oparł się o kra­wędź dziu­ry i mil­czał przez kil­ka dłu­gich chwil. A po­tem za­klął. Ci­cho i bez­sil­nie.

Znaj­do­wa­li się na kra­wę­dzi wiel­kiej jamy, ja­ski­ni wła­ści­wie wy­drą­żo­nej w ży­wym stat­ku. Dłu­giej i sze­ro­kiej na prze­szło sto jar­dów. Świe­tli­sta lan­ca po prze­pa­le­niu drzwi po­mknę­ła da­lej, pod­pa­la­jąc wszyst­ko na swo­jej dro­dze, więc na prze­ciw­le­głej ścia­nie pło­nę­ły ja­kieś dzi­wacz­ne kon­struk­cje, a je­den z wiel­kich ni­czym stu­let­ni świerk słu­pów pod­trzy­mu­ją­cych su­fit roz­go­rzał ja­snym ogniem. Wi­dzie­li więc wszyst­ko wy­raź­nie: ol­brzy­mie wrę­gi że­ber stat­ku, wodę mię­dzy nimi, ja­kieś ku­li­ste kon­struk­cje o śred­ni­cy kil­ku­na­stu jar­dów, przy­cze­pio­ne do ścian. To wła­śnie one pło­nę­ły te­raz na prze­ciw­le­głym koń­cu jamy, a dzie­siąt­ki stwo­rów ucie­ka­ły z nich, wy­da­jąc świ­dru­ją­ce uszy pi­ski.

Te kon­struk­cje wy­ja­śnia­ły przy­naj­mniej, gdzie po­dzia­ły się tka­ni­ny i bo­aze­rie ze ścian. Oraz – Alt­sin wy­chy­lił się nie­co i przyj­rzał od­le­głej o kil­ka­dzie­siąt stóp kuli – skó­ry zdar­te z poj­ma­nych człon­ków za­ło­gi.

Część żoł­nie­rzy wró­ci­ła do kom­na­ty, ale ża­den się nie od­zy­wał. Bo i nie było sen­su mar­no­wać słów. Ma­ka­brycz­nych kul, któ­re nie sta­nę­ły w pło­mie­niach, było jesz­cze co naj­mniej dwa­dzie­ścia, a z każ­dej wy­le­wał się już stru­mień be­stii. Ile ich mo­gło być? Kil­ka­set? Ty­siąc? To nie mia­ło zna­cze­nia, bo na­wet część sta­da, któ­re kłę­bi­ło się te­raz na dole, wy­star­czy­ło­by, żeby po­ko­nać Szó­stą. Je­śli stwo­ry za­bra­ły tu schwy­ta­nych straż­ni­ków, po­trze­ba by ca­łe­go puł­ku cięż­kiej pie­cho­ty, żeby oczy­ścić tę ja­ski­nię.

Zło­dziej wy­chy­lił się moc­niej. Do drzwi, któ­re prze­pa­lił, pro­wa­dzi­ła ram­pa w po­sta­ci ster­ty śmie­ci. Pod­pa­lił ją i cof­nął się szyb­ko przed stru­mie­niem żaru.

— To da nam chwi­lę. Ucie­ka­my.

Po­rucz­nik nie drgnął.

— Spal resz­tę.

— Co?

— Pod­pal resz­tę, cza­row­ni­ku. Spal wszyst­ko.

Na twa­rzy ofi­ce­ra ma­lo­wa­ły się bez­sil­ność oraz czy­sty gniew. Zło­dziej ro­zu­miał to, ale nie miał za­mia­ru speł­niać tego roz­ka­zu.

— Nie roz­pa­lę więk­sze­go ognia w brzu­chu stat­ku. Na­wet je­śli to czar­ne drew­no kiep­sko pło­nie. Ty nie wiesz, co to zna­czy po­żar okrę­tu, żoł­nie­rzu. Chcesz zo­stać, to zo­stań, ale czas nam się koń­czy.

Rudy po­rucz­nik po­trzą­snął gło­wą, jak­by bu­dził się ze złe­go snu.

— Do­bra. Wra­ca­my. I to bie­giem. Bergh, pro­wa­dzisz. Nur, idziesz na koń­cu i jak się da, blo­ku­jesz wszyst­kie drzwi. Żo­łądź, idziesz przy mnie. I le­piej, że­byś miał jesz­cze pod ręką ja­kieś cza­ry. Ru­sza­my!

Po­bie­gli truch­tem w stro­nę wyj­ścia, a za nimi przez trzesz­cze­nie ognia prze­bi­ja­ły się co­raz gło­śniej­sze i wście­klej­sze pi­ski hor­dy.

* * *

Koń­czy­li ewa­ku­ację z dol­ne­go po­kła­du. Wła­śnie ostat­ni żoł­nie­rze wspię­li się na kasz­tel, wcią­gnię­to wszyst­kie liny i wy­sta­wio­no war­ty. Wi­zja se­tek be­stii wy­le­wa­ją­cych się spod po­kła­du i sztur­mu­ją­cych ich ostat­nią po­zy­cję spra­wia­ła, że dzi­siej­szej nocy z pew­no­ścią nikt nie zmru­ży oka.

— Pa­nie po­rucz­ni­ku.

Ve­ler­gorf pod­szedł do ofi­ce­ra ci­chut­ko, wy­ko­nu­jąc po­wol­ne ru­chy, jak­by bał się, że każ­dy na­gły gest wy­wo­ła wy­buch. Ken­neth za­uwa­żył już, że wszy­scy cho­dzą wo­kół nie­go jak wo­kół śmier­dzą­ce­go jaj­ka.

— Mów.

Dzie­sięt­nik zdjął hełm, po­dra­pał się po gło­wie, wes­tchnął. Wresz­cie na­brał po­wie­trza i rzu­cił szyb­ko:

— Nie mógł pan ich oca­lić.

— Wiem. — Po­rucz­nik za­ci­snął dło­nie w pię­ści. — To jed­nak nie ma zna­cze­nia. Ja nimi do­wo­dzi­łem i to moja wina.

— Nie może się pan ob­wi­niać o każ­dą śmierć, bo…

— Nie ob­wi­niam się, Var­henn. Taki jest los żoł­nie­rzy, że cza­sem giną. Ale czym in­nym jest po­lec w bi­twie albo zgi­nąć na szla­ku, a czym in­nym… ta­kie coś. Nie wi­dzia­łeś tego… tego gniaz­da pod po­kła­dem. A ten cho­ler­ny cza­row­nik nie chciał go wy­pa­lić. Zwy­czaj­nie od­mó­wił.

— On po­cho­dzi z mor­skie­go mia­sta. Le­piej zna się na stat­kach niż my. Może i miał ra­cję z tym ogniem.

Obaj spoj­rze­li w stro­nę no­szy, gdzie Żo­łądź po­chy­lał się nad Bo­re­he­dem i wo­dził dłoń­mi wo­kół cia­ła sza­ma­na, jak­by gła­dził nie­wi­docz­ny ko­kon. Po tym, co po­ka­zał na dole, ża­den straż­nik nie pró­bo­wał mu prze­szko­dzić.

— Nie jest zwy­kłym, przy­głu­pim cze­lad­ni­kiem z gil­dii ma­gów, praw­da, pa­nie po­rucz­ni­ku?

1 ... 183 184 185 186 187 188 189 190 191 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)