Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Kosse Oluwer zerknął na przedpole. Rzeczywiście, lewe skrzydło buntowników, to przy rzece, tonęło w mlecznych kłębach. Jeszcze kilka chwil temu ich nie było, więc musiała to być zaplanowana akcja. Na dodatek wiatr spychał dym w stronę ich linii.
Na szczęście kompaniami najemników dowodzili doświadczeni oficerowie.
— Co to znaczy? — zapytała Deana d’Kllean z dziwnym napięciem w głosie. — Spróbują uciec pod tą osłoną?
— Gdyby tak było, postawiliby ją na całej linii, pani. Nie, myślę, że odbili się od nas tyle razy, że teraz spróbują szczęścia z najemnikami w naszym taborze. Zmusiliśmy ich do zdecydowanego działania. — Wskazał na Maahira. — Powinnaś się cofnąć na bezpieczną odległość. Natychmiast, pani.
Bez słowa skinęła głową i wspięła się na grzbiet słonia.
Oluwer musiał przyznać, że to była jedna z tych rzeczy, które w niej lubił. Nigdy nie kłóciła się, słysząc dobre rady.
Ukłonił się w kierunku pancernej wieżyczki na grzbiecie zwierzęcia i odwrócił do gońca.
— Niech Alen Ts’ardan podciągnie osiem brytah na prawe skrzydło. Mają być gotowi do wsparcia taboru, jeśli najemnicy skrewią.
— Wykonam!
— Dobrze. Reszta oddziałów w naszym obozie ma stanąć w pełnej gotowości. Dość obijania się.
* * *
Coś się zaczynało dziać. Kailean połączyła się z duchem Berdetha i oglądała teraz obóz jego oczyma. Do tej pory czekające w rezerwie oddziały zachowywały się raczej swobodnie, najemnicy wręcz beztrosko, siedząc pod dającymi cień płachtami i grając w kości. Nawet zawodowa piechota Konoweryn nie wykazywała żadnych oznak niepokoju. Żołnierze co prawda chodzili w pełnych zbrojach, ale ich tarcze i długie włócznie tkwiły na stojakach, a dowódcy pozwalali im nawet na popijanie rozcieńczonego wina.
Teraz to się zmieniło, a ona miała okazję na własne oczy zobaczyć sprawność Rodu Bawoła. Gdy tylko zabrzmiały bębny, ciężka piechota w mgnieniu oka zmieniła się z bandy odpoczywających łajz w machinę wojenną. Tarcze i włócznie znikły ze stojaków jakby je wiatr zdmuchnął i w mniej niż minutę żołnierze zebrali się w karne, liczące ponad stu ludzi oddziały.
Po chwili kilka z nich odbiegło gdzieś w bok, pokrzykując rytmicznie.
Najemnicy porzucili kości i też zebrali się w kompanie. Może nie dorównujące Bawołom sprawnością i z pewnością gorzej wyekwipowane, ale i tak błyskające taką ilością stali, że pozazdrościć.
— Co widzisz, Kailean? — Laskolnyk położył jej rękę na ramieniu, wyrywając z transu.
— Szykują się. Ale nie wiem na co. Na razie jednak nie wyglądają na zaniepokojonych.
— Janne?
Ptasznik przymknął oczy. Używał swojego talentu przez dłuższy czas i był już zmęczony, miał coraz większe trudności z opanowaniem ciała jakiegoś ptaka.
— Nad rzeką jest dym, kha-dar. Zakrył wodę i kawał prawego skrzydła Konowerczyków — znużonym gestem machnął ręką w stronę wyjścia z namiotu. — Część z nich poszła pod tabor, reszta czeka i…
Zamrugał, potrząsnął głową i nagle westchnął ciężko.
— Nie dam rady. Zaraz mi łeb pęknie. Muszę odpocząć.
— W porządku, Janne. — Laskolnyk nie wyglądał na rozczarowanego. — Odwaliłeś kawał dobrej roboty.
Kocimiętka wstał, przeciągnął się, aż trzasnęły mu stawy, i zaklął.
— Psiakrew, za stary jestem, żeby tyle czasu siedzieć na dupie i nic nie robić. Ruszymy się wreszcie, kha-dar?
Uśmiech dowódcy czaardanu wyglądał prawie figlarnie.
— Jeszcze nie, Sarden. Cierpliwości. Lea, proszę, ubrudź sobie trochę dłonie.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
— W środku bitwy? Czego mam nasłuchiwać?
— Skrzypienia osi i ziemi trzeszczącej pod kołami. Czyli wozów, córko. Wozów.
* * *
— Tabor! Tabor niewolników się rusza!
Przez długą, naprawdę długą chwilę szeregi Słowików stały i patrzyły na coś, co wszyscy spośród nich widzieli pierwszy raz w życiu. Szeroki na ponad sto pięćdziesiąt jardów rząd wozów drgnął, ruszył z miejsca i skierował się na nich w ciszy. Absolutnej ciszy.
Po jakimś czasie dowódcy wreszcie zareagowali.
— Ósma Perdia Czerwona naprzód! Zwiad!
Dwustu jeźdźców ruszyło stępa, płynnie przechodząc w kłus i galop. Wróg użył niecodziennego sposobu walki, ale oni należeli do Rodu Słowika. Byle czym nie dało się ich zatrzymać.
Tylko w miarę jak zbliżali się do taboru, jasnym stawało się, że to nie jest byle co.
Przody pojazdów jeżyły się co najmniej trzema rzędami bambusowych pik ustawionych pod różnymi kątami. Z tyłu, na wysokich drągach, łopotały płachty różnokolorowych materiałów. Cała konstrukcja miała ponad dwadzieścia stóp wysokości i wyglądała przerażająco. Na tyle, że w odległości jakichś stu jardów pierwsze konie zaczęły się boczyć i zwalniać, przestraszone tą dziwną, nieznaną rzeczą, do której musiały się zbliżać.
I wtedy ta rzecz zaczęła kąsać.
Setki pocisków wyleciały z głębi taboru, wystrzelone przez niewidocznych łuczników, i spadły na konnych. Kilku jeźdźców zwaliło się z siodeł, niektóre zwierzęta całkiem odmówiły posłuszeństwa i mimo bojowego szkolenia złamały szyk i rozpierzchły się. Dowódca perdii zagwizdał:
„W lewo”.
Skręcili, przyjmując na siebie jeszcze jedną salwę, ale byli już na nią przygotowani i większość wojowników uniosła tarcze. Z boku tabor wyglądał podobnie jak z przodu: wozy miały wysokie burty, z których wystawały trzy rzędy zaostrzonych i utwardzonych w ogniu bambusowych pik: pierwszy poziomo, na wysokości końskich piersi, drugi uniesiony dwie stopy wyżej, a trzeci pod takim kątem, że nawet najskoczniejszy wierzchowiec nie pokonałby tej wysokości. Za nimi do wewnętrznych burt wozów przymocowano długie drągi z łopoczącymi na wietrze, szerokimi wstęgami jedwabiu.
W wysokich burtach na moment otworzyły się szczeliny strzelnicze i perdia dostała salwę w bok. Jednocześnie z deszczem pocisków od góry.
Tego było za wiele. Gwizdek zagrał skoczny trel i oddział odskoczył do tyłu.