Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 179 180 181 182 183 184 185 186 187 ... 210
Перейти на страницу:

Kos­se Olu­wer zer­k­nął na przed­po­le. Rze­czy­wi­ście, lewe skrzy­dło bun­tow­ni­ków, to przy rze­ce, to­nę­ło w mlecz­nych kłę­bach. Jesz­cze kil­ka chwil temu ich nie było, więc mu­sia­ła to być za­pla­no­wa­na ak­cja. Na do­da­tek wiatr spy­chał dym w stro­nę ich li­nii.

Na szczę­ście kom­pa­nia­mi na­jem­ni­ków do­wo­dzi­li do­świad­cze­ni ofi­ce­ro­wie.

— Co to zna­czy? — za­py­ta­ła De­ana d’Klle­an z dziw­nym na­pię­ciem w gło­sie. — Spró­bu­ją uciec pod tą osło­ną?

— Gdy­by tak było, po­sta­wi­li­by ją na ca­łej li­nii, pani. Nie, my­ślę, że od­bi­li się od nas tyle razy, że te­raz spró­bu­ją szczę­ścia z na­jem­ni­ka­mi w na­szym ta­bo­rze. Zmu­si­li­śmy ich do zde­cy­do­wa­ne­go dzia­ła­nia. — Wska­zał na Ma­ahi­ra. — Po­win­naś się cof­nąć na bez­piecz­ną od­le­głość. Na­tych­miast, pani.

Bez sło­wa ski­nę­ła gło­wą i wspię­ła się na grzbiet sło­nia.

Olu­wer mu­siał przy­znać, że to była jed­na z tych rze­czy, któ­re w niej lu­bił. Ni­g­dy nie kłó­ci­ła się, sły­sząc do­bre rady.

Ukło­nił się w kie­run­ku pan­cer­nej wie­życz­ki na grzbie­cie zwie­rzę­cia i od­wró­cił do goń­ca.

— Niech Alen Ts’ar­dan pod­cią­gnie osiem bry­tah na pra­we skrzy­dło. Mają być go­to­wi do wspar­cia ta­bo­ru, je­śli na­jem­ni­cy skre­wią.

— Wy­ko­nam!

— Do­brze. Resz­ta od­dzia­łów w na­szym obo­zie ma sta­nąć w peł­nej go­to­wo­ści. Dość obi­ja­nia się.

* * *

Coś się za­czy­na­ło dziać. Ka­ile­an po­łą­czy­ła się z du­chem Ber­de­tha i oglą­da­ła te­raz obóz jego oczy­ma. Do tej pory cze­ka­ją­ce w re­zer­wie od­dzia­ły za­cho­wy­wa­ły się ra­czej swo­bod­nie, na­jem­ni­cy wręcz bez­tro­sko, sie­dząc pod da­ją­cy­mi cień płach­ta­mi i gra­jąc w ko­ści. Na­wet za­wo­do­wa pie­cho­ta Ko­no­we­ryn nie wy­ka­zy­wa­ła żad­nych oznak nie­po­ko­ju. Żoł­nie­rze co praw­da cho­dzi­li w peł­nych zbro­jach, ale ich tar­cze i dłu­gie włócz­nie tkwi­ły na sto­ja­kach, a do­wód­cy po­zwa­la­li im na­wet na po­pi­ja­nie roz­cień­czo­ne­go wina.

Te­raz to się zmie­ni­ło, a ona mia­ła oka­zję na wła­sne oczy zo­ba­czyć spraw­ność Rodu Ba­wo­ła. Gdy tyl­ko za­brzmia­ły bęb­ny, cięż­ka pie­cho­ta w mgnie­niu oka zmie­ni­ła się z ban­dy od­po­czy­wa­ją­cych łajz w ma­chi­nę wo­jen­ną. Tar­cze i włócz­nie zni­kły ze sto­ja­ków jak­by je wiatr zdmuch­nął i w mniej niż mi­nu­tę żoł­nie­rze ze­bra­li się w kar­ne, li­czą­ce po­nad stu lu­dzi od­dzia­ły.

Po chwi­li kil­ka z nich od­bie­gło gdzieś w bok, po­krzy­ku­jąc ryt­micz­nie.

Na­jem­ni­cy po­rzu­ci­li ko­ści i też ze­bra­li się w kom­pa­nie. Może nie do­rów­nu­ją­ce Ba­wo­łom spraw­no­ścią i z pew­no­ścią go­rzej wy­ekwi­po­wa­ne, ale i tak bły­ska­ją­ce taką ilo­ścią sta­li, że po­zaz­dro­ścić.

— Co wi­dzisz, Ka­ile­an? — La­skol­nyk po­ło­żył jej rękę na ra­mie­niu, wy­ry­wa­jąc z transu.

— Szy­ku­ją się. Ale nie wiem na co. Na ra­zie jed­nak nie wy­glą­da­ją na za­nie­po­ko­jo­nych.

— Jan­ne?

Ptasz­nik przy­mknął oczy. Uży­wał swo­je­go ta­len­tu przez dłuż­szy czas i był już zmę­czo­ny, miał co­raz więk­sze trud­no­ści z opa­no­wa­niem cia­ła ja­kie­goś pta­ka.

— Nad rze­ką jest dym, kha-dar. Za­krył wodę i ka­wał pra­we­go skrzy­dła Ko­no­wer­czy­ków — znu­żo­nym ge­stem mach­nął ręką w stro­nę wyj­ścia z na­mio­tu. — Część z nich po­szła pod ta­bor, resz­ta cze­ka i…

Za­mru­gał, po­trzą­snął gło­wą i na­gle wes­tchnął cięż­ko.

— Nie dam rady. Za­raz mi łeb pęk­nie. Mu­szę od­po­cząć.

— W po­rząd­ku, Jan­ne. — La­skol­nyk nie wy­glą­dał na roz­cza­ro­wa­ne­go. — Od­wa­li­łeś ka­wał do­brej ro­bo­ty.

Ko­ci­mięt­ka wstał, prze­cią­gnął się, aż trza­snę­ły mu sta­wy, i za­klął.

— Psia­krew, za sta­ry je­stem, żeby tyle cza­su sie­dzieć na du­pie i nic nie ro­bić. Ru­szy­my się wresz­cie, kha-dar?

Uśmiech do­wód­cy cza­ar­da­nu wy­glą­dał pra­wie fi­glar­nie.

— Jesz­cze nie, Sar­den. Cier­pli­wo­ści. Lea, pro­szę, ubrudź so­bie tro­chę dło­nie.

Dziew­czy­na zmarsz­czy­ła brwi.

— W środ­ku bi­twy? Cze­go mam na­słu­chi­wać?

— Skrzy­pie­nia osi i zie­mi trzesz­czą­cej pod ko­ła­mi. Czy­li wo­zów, cór­ko. Wo­zów.

* * *

— Ta­bor! Ta­bor nie­wol­ni­ków się ru­sza!

Przez dłu­gą, na­praw­dę dłu­gą chwi­lę sze­re­gi Sło­wi­ków sta­ły i pa­trzy­ły na coś, co wszy­scy spo­śród nich wi­dzie­li pierw­szy raz w ży­ciu. Sze­ro­ki na po­nad sto pięć­dzie­siąt jar­dów rząd wo­zów drgnął, ru­szył z miej­sca i skie­ro­wał się na nich w ci­szy. Ab­so­lut­nej ci­szy.

Po ja­kimś cza­sie do­wód­cy wresz­cie za­re­ago­wa­li.

— Ósma Per­dia Czer­wo­na na­przód! Zwiad!

Dwu­stu jeźdź­ców ru­szy­ło stę­pa, płyn­nie prze­cho­dząc w kłus i ga­lop. Wróg użył nie­co­dzien­ne­go spo­so­bu wal­ki, ale oni na­le­że­li do Rodu Sło­wi­ka. Byle czym nie dało się ich za­trzy­mać.

Tyl­ko w mia­rę jak zbli­ża­li się do ta­bo­ru, ja­snym sta­wa­ło się, że to nie jest byle co.

Przo­dy po­jaz­dów je­ży­ły się co naj­mniej trze­ma rzę­da­mi bam­bu­so­wych pik usta­wio­nych pod róż­ny­mi ką­ta­mi. Z tyłu, na wy­so­kich drą­gach, ło­po­ta­ły płach­ty róż­no­ko­lo­ro­wych ma­te­ria­łów. Cała kon­struk­cja mia­ła po­nad dwa­dzie­ścia stóp wy­so­ko­ści i wy­glą­da­ła prze­ra­ża­ją­co. Na tyle, że w od­le­gło­ści ja­kichś stu jar­dów pierw­sze ko­nie za­czę­ły się bo­czyć i zwal­niać, prze­stra­szo­ne tą dziw­ną, nie­zna­ną rze­czą, do któ­rej mu­sia­ły się zbli­żać.

I wte­dy ta rzecz za­czę­ła ką­sać.

Set­ki po­ci­sków wy­le­cia­ły z głę­bi ta­bo­ru, wy­strze­lo­ne przez nie­wi­docz­nych łucz­ni­ków, i spa­dły na kon­nych. Kil­ku jeźdź­ców zwa­li­ło się z sio­deł, nie­któ­re zwie­rzę­ta cał­kiem od­mó­wi­ły po­słu­szeń­stwa i mimo bo­jo­we­go szko­le­nia zła­ma­ły szyk i roz­pierz­chły się. Do­wód­ca per­dii za­gwiz­dał:

„W lewo”.

Skrę­ci­li, przyj­mu­jąc na sie­bie jesz­cze jed­ną sal­wę, ale byli już na nią przy­go­to­wa­ni i więk­szość wo­jow­ni­ków unio­sła tar­cze. Z boku ta­bor wy­glą­dał po­dob­nie jak z przo­du: wozy mia­ły wy­so­kie bur­ty, z któ­rych wy­sta­wa­ły trzy rzę­dy za­ostrzo­nych i utwar­dzo­nych w ogniu bam­bu­so­wych pik: pierw­szy po­zio­mo, na wy­so­ko­ści koń­skich pier­si, dru­gi unie­sio­ny dwie sto­py wy­żej, a trze­ci pod ta­kim ką­tem, że na­wet naj­skocz­niej­szy wierz­cho­wiec nie po­ko­nał­by tej wy­so­ko­ści. Za nimi do we­wnętrz­nych burt wo­zów przy­mo­co­wa­no dłu­gie drą­gi z ło­po­czą­cy­mi na wie­trze, sze­ro­ki­mi wstę­ga­mi je­dwa­biu.

W wy­so­kich bur­tach na mo­ment otwo­rzy­ły się szcze­li­ny strzel­ni­cze i per­dia do­sta­ła sal­wę w bok. Jed­no­cze­śnie z desz­czem po­ci­sków od góry.

Tego było za wie­le. Gwiz­dek za­grał skocz­ny trel i od­dział od­sko­czył do tyłu.

1 ... 179 180 181 182 183 184 185 186 187 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)